Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 stycznia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Zapasy

Bazyli Nowak
[1] 2 »
Przygnieciony nadprogramową dawką kobiecości traciłem siły w tempie błyskawicznym, i co gorsza, dusiłem się zdecydowanie szybciej niż poprzednio. Słowa grzęzły w odgradzającej mnie od świata zewnętrznego mięsistości. Piersią matki wykarmiony i ludzkości na pożytek dany, teraz piersiami, tyle że nie matki, miałem być zamordowany.

Bazyli Nowak
‹Zapasy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorBazyli Nowak
TytułZapasy
OpisCzyta. Pisze. Pod wpływem kaprysu popełnił tę przekorną historyjkę, kojarzącą się nieco z tekstami Sławomira Mrożka, i nie bez wahania zdecydował się ją upublicznić.
Gatunekhumor / satyra
Od lat byłem stałym bywalcem naszej miejskiej biblioteki, jej oddanym, wiernym czytelnikiem. Mogli mnie pokazywać na wystawach albo w broszurach reklamowych jako żywy przykład kulturalnego rozwoju miasta, raz zresztą wziąłem udział w sesji zdjęciowej do folderu promującego region, i chociaż znalazłem się tylko na jednej fotografii, to wyszedłem na niej, nieskromnie powiem, bardzo godnie. Zdjęcie cymes, kolorowe, gustowne, w instytucji, z którą byłem głęboko i na zabój związany. Widać na nim, jak siedzę w czytelni z wyłożonym przede mną Traktatem logiczno-filozoficznym Wittgensteina, wkompo­nowany w otoczenie z nie mniejszą wprawą niż stojące na szafie paprotki. Trochę jak literat, a trochę jak krytyk. Sól ziemi lokalnej. Znali mnie tam doskonale, witali uśmiechem, doradzali i żegnali pełnym sympatii „do widzenia”. Śmiało mogę powiedzieć, że tylko na poczcie miałem lepszą renomę. Niestety, to wszystko należy już do przeszłości, a wspominam o tym tylko po to, aby pokazać, jak wiele straciłem przez upór i zadufanie w sobie.
U źródeł dramatu były zaś pewne aspiracje. Ponad rok temu wypożyczyłem Ulissesa Jamesa Joyce’a, książkę pokaźnych, biblijnych rozmiarów, której widmo od lat mnie prześladowało. Bez znajomości tej powieści czułem się dotąd niespełniony intelektualnie. Pamiętam, że kiedy ją wypożyczałem, przyszedłem do biblioteki ubrany na galowo, trzymając głowę wysoko, prostopadle do sklepienia, a prawą rękę między zapiętymi guzikami marynarki. Z wielką czcią, ale i dumą odbierałem powieść pana Joyce’a, czym bez dwóch zdań zrobiłem dobre wrażenie na paniach w bibliotece, wpatrzonych we mnie jak w święty obrazek. Ukłoniłem się do kolan, pożegnałem i opromieniony wiosennym słońcem, a także szczęściem z uzyskania tego arcydzieła literatury światowej, wróciłem do domu. Wówczas zaczęła się moja gehenna.
Mordowałem się z panem Joyce’em niemiłosiernie, dość powiedzieć, że w ciągu dnia byłem w stanie przeczytać jedną stronę, góra dwie, a i to tylko pobudzony solidną dawką kofeiny, najedzony, wypoczęty, po ośmiogodzinnym śnie. W takim tempie ukończenia lektury spodziewałem się po paru latach. Trzymałem tego Ulissesa, prolongowałem, trzymałem, prolongowałem drugi raz, znowu trzymałem, aż pewnego dnia przyszło pocztą wstrząsające powiadomienie, że dość tego. Że muszę już go oddać, bo jak nie, to windykator mnie znajdzie i nie wiadomo, co zrobi, może nawet palce połamie. W każdym razie nic dobrego dla mnie. Przeraziłem się wtedy nie na żarty, nigdy bowiem nie występowałem przeciw prawu i nawet na czerwonym świetle nie zdarzało mi się przechodzić, o pluciu na chodnik nie wspominając. Nie pozostawiono mi innych dróg wyjścia. Po przeczytaniu trzystu stron, z których zresztą nic nie zrozumiałem, musiałem oddać, niespełniony i rozczarowany, prześladującą mnie przez lata książkę.
Tak się złożyło, że kiedy szedłem do biblioteki, aby zwrócić powieść pana Joyce’a, zaczęła się już kolejna wiosna, tym razem jednak nie byłem ubrany na galowo, tylko jak sztubaczek szczupaczek, w sweterku w serek, z wyłożonym kołnierzykiem koszuli, uczesany bardzo skromnie, niewyzywająco. Wszystkie te techniki kamuflażu i obrazowej perswazji miały zamaskować moje książkowe chuligaństwo i wzbudzić współczucie u bibliotekarek. Myślę, że to przez wiosnę skłonny byłem rok temu wierzyć w swoje czytelnicze możliwości, a tego dnia w zalety mojego skromnego ubioru. Jak się miało okazać, optymizm ten nie pozwolił mi się właściwie przygotować na to, co mnie spotkało. Jeszcze w bibliotece, jeszcze na schodach prowadzących na pierwsze piętro, gdzie znajdowała się wypożyczalnia, i jeszcze tuż przed oszklonymi drzwiami, za którymi siedziała pani Jadwiga, kobieta w okolicach pięćdziesiątki, z przystojnym wąsem pod nosem i bardzo ciężkim, morowym warkoczem – jeszcze wtedy wydawało mi się, że ceną za przetrzymanie książki będzie tylko wstyd, zaczerwienione lica i niewielka kara pieniężna.
Mimo wszystko gotów byłem zachować wszelkie możliwe środki ostrożności, dlatego wszedłem do wypożyczalni, a właściwie wślizgnąłem się, nieśmiało jak myszka.
– Dzień dobry – powiedziałem i zadrżałem.
– Proszę. – Żadnej kurtuazyjnej odpowiedzi, tylko ręka władczo wyciągnięta po tego nieszczęsnego Ulissesa, którego dusiłem pod pachą.
– Już, już. – Bardzo zaaferowany, poganiam siebie, książka pana Joyce’a wyślizguje mi się spod pachy, łapię ją jednak w locie, rozpalony na policzkach jak piecyk grzewczy. Bardzo kompromitujące okoliczności, już wiedziałem, że nie ocalę swojej reputacji. Pani Jadwiga jak z kamienia, wąs też się nie porusza.
– Dziesięć złotych – padła następna komenda, której zresztą się spodziewałem.
Wyciągnąłem posłusznie rękę z banknotem i kiedy bibliotekarka ponuro odebrała ode mnie pieniądze, zacząłem się wycofywać, zupełnie już bez śmiałości do wypożyczania nowej książki, właściwie to z postanowieniem, że nigdy więcej tu nie przyjdę, nie po czymś takim. Zanim dotarłem do drzwi, a dzieliły mnie od nich cztery kroki, żal mnie ogarnął, że sam sobie zamykam drogę powrotu do tego przybytku kultury – pozostanie tylko biblioteka pedagogiczna, ale tak czy inaczej moje nazwisko będzie już w tajemnym rejestrze czytelników nieodpowiedzialnych i godnych pożałowania, znanym wszystkim bibliotekom świata. Bardzo mnie to gryzło przez te cztery kroki, które wykonałem do drzwi, ale kiedy już do nich doszedłem, nacisnąłem klamkę i odkryłem z przerażeniem, że są zamknięte – kto i kiedy je zamknął? – na powrót zapragnąłem nie postawić więcej nogi w tym miejscu. I w żadnym podobnym. Ale było za późno.
– Panie Marcinie, czy nie ma pan już nic do powiedzenia? – dobiegł mnie zza pleców podstępnie uprzejmy głos pani Jadwigi, i to tak blisko, że na karku, tuż nad kołnierzykiem sztubaczka szczupaczka, poczułem ciepło jej oddechu, a w nosie zapach mielonki, prawdopodobnie jej drugiego śniadania.
Odwróciłem się. Stała nos w nos, ale że zaraz skurczyłem się przed nią, dostosowując się do sytuacji społecznej, to był już właściwie nos w pępku.
– Przepraszam! – powiedziałem po namyśle z ekscytacją w głosie, jak uczeń, który w ostatnim momencie przypomina sobie odpowiedź ratującą go przed złą oceną.
– Tak, panie Marcinie, ale to już nie wystarczy. Zawiódł nas pan wszystkich, zawiódł mnie pan osobiście.
O ja biedny. Jej słowa zapowiadały jakieś wielkie nieszczęście, ale nie wiedziałem jeszcze, co to miało być. Przeląkłem się, gdy tylko wyobraziłem sobie, że zechce reedukować mnie w zakresie wiedzy o panu Joysie i jego Ulissesie. Już widziałem siebie siedzącego w czytelni w ławce i siłującego się z analizą pierwszych stron tej okrutnej powieści. I panią Jadwigę stojącą nade mną, z linijką w ręce, w wyczekującej postawie, pełnej irytacji z powodu mojej ślamazarności. Nie wydałem się sobie zanadto fotogeniczny w takich okolicznościach przyrody. Te obrazki nie pasowałyby do folderu promującego życie kulturalne miasta. Nawet paprotki na szafie nic by nie zmieniły.
Stałem tak bezbronny, jak żuczek bez chitynki, wzbierając po uszy już nie tylko wstydem, ale i strachem. Wreszcie nie całkiem świadomy, co robię, ale chyba spragniony wyjścia z niecodziennej i dwuznacznej sytuacji, zdobyłem się na wymijający krok w kierunku półek z literaturą iberoamerykańską. Włożyłem w ten manewr wiele uczucia i pasji, tak żeby był jak najbardziej konspiracyjny. Nie wymknąłem się. Tytuły książek Cortazara były ostatnią rzeczą, którą zobaczyłem w pozycji wertykalnej, zostałem bowiem zupełnie niespodziewanie powalony na ziemię przez panią Jadwigę podwójnym nelsonem. Jeśli wcześniej, z nosem w pępku strofującej mnie bibliotekarki, czułem, że moja strefa komfortu została naruszona, to w obecnym położeniu widziałem nieledwie gwałt, a z całą pewnością wyrafinowaną molestację. Sprowadzony do parteru, z podwiniętym sweterkiem i rozchełstanym kołnierzykiem, zamarłem w trwodze. Pełną napięcia ciszę mąciła tylko dyskretna polifonia oddechów. Sapałem i ja, i pani Jadwiga, oboje zastygli w antycznej pozie, niestety nie był to splot dwóch równorzędnych atletów. W tych zawodach udział brali amator i profesjonalista – i to ja miałem nieszczęście być tym pierwszym.
Nie mogłem rozegrać tego w sportowym duchu, pozostawało obmyślenie jakiegoś fortelu. Z trudem przychodziło mi jednak nie tylko poruszanie ciałem w takiej sytuacji, ale i wyobraźnią, pani Jadwiga trzymała mnie mocno, ja zaczynałem tracić oddech. Udusi mnie zaraz lamparcica – pomyślałem i w jakimś ostatnim geście desperacji wyciągnąłem wolną rękę przed siebie, zrzucając na ziemię jedną z książek. Mignęły mi przed oczyma słowa: „Pamięć Szekspira”. I nagle olśnienie, rychło w czas, bo pani Jadwiga wyraźnie szła na całego, to miała być kara ostateczna za przetrzymanie książki, już zaczynałem toczyć ślinę.
– Jak to… możliwe – zacząłem wypluwać z wysiłkiem słowa, krztusząc się – że na tej półce… stoi Szekspir?
[1] 2 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Przepraszamy – w związku z trwającymi właśnie pracami technicznymi komentowanie zostało chwilowo wstrzymane.

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Klątwy
Karolina Kot

2 XII 2017

Na miejscu zastał policję, saperów, rozhisteryzowaną kobietę i tłum niespokojnych pasażerów. Kobieta zarzekała się, że naprawdę widziała bombę z zapalnikiem, tłum potakiwał.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Odbicie w lustrze
Tomasz Jarząb

18 XI 2017

Płynę w Rzece wśród milionów innych użytkowników. Ich potrzeby i oczekiwania przenikają się w tym samym dążeniu – chcą czegoś od Rzeki, brać, zagarniać, nigdy nic nie dając. Zjednoczeni w tym, jak nie scala żadne państwo, oddani sprawie jak najwięksi fanatycy, spójni i homogeniczni jak jeden organizm. Rzeka jest w nich, a oni są Rzeką.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opar absurdu
Adrianna Filimonowicz

11 XI 2017

Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.