Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 stycznia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Zapasy

Bazyli Nowak
« 1 [2]
Uderzyłem w jej miłość zawodową, bibliotekarską. Wiedziałem, że ta musi przeważać nad pasjami zapaśniczymi i faktycznie, uścisk się rozluźnił. Pani Jadwiga przechyliła się, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście Szekspir nielegalnie znalazł się między autorami iberoamerykańskimi. To była dla mnie szansa. Jakimś cudem wyrwałem się skonsternowanej bibliotekarce i na czworakach, bo po pojedynku nie byłem nawet w stanie się podnieść, dowlokłem się za najbliższą półkę, naiwnie wierząc, że zgubię w ten sposób lamparcicę w jej własnym legowisku. Tam zatrzymałem się, aby odzyskać siły. Nagły ryk rozczarowania oznajmił mi, że pani Jadwiga już poznała się na moim oszukaństwie i pała żądzą odwetu. Nie zdążyłem jeszcze dojść do siebie, kiedy skoczyła mi drapieżnie na plecy i przewaliła na ziemię, głowę moją umieszczając między potężnymi piersiami. Jak później sprawdziłem, technikę tę nazywają kluczem niemieckim, bardzo akuratnie, bo na półkach obok znajdowała się literatura niemiecka. A i druga nazwa – krawat – też bardzo na miejscu, moja głowa ewidentnie robiła tu bowiem właśnie za tę część przyodziewku.
Wiedziałem, że w tej pozycji długo nie wytrzymam. Poprzednia miała w sobie co prawda jakąś posągową statyczność, ale do tego też lotność pogańskich rzeźb, tak że był nawet czas na poprawienie sobie kołnierzyka, w tym wypadku zupełnie zaś straciłem orientację w terenie. Ciężar zwalistej architektury w wydaniu romańskim. Przygnieciony nadprogramową dawką kobiecości traciłem siły w tempie błyskawicznym, i co gorsza, dusiłem się zdecydowanie szybciej niż poprzednio. Słowa grzęzły w odgradzającej mnie od świata zewnętrznego mięsistości. Piersią matki wykarmiony i ludzkości na pożytek dany, teraz piersiami, tyle że nie matki, miałem być zamordowany. Byłby to epilog dramatycznie okrutny i przewrotny. Nie mogłem na to pozwolić. Pozbawiony innych możliwości reakcji ugryzłem panią Jadwigę w tę część ciała, która znajdowała się najbliżej mojej twarzy, a której z imienia nie chcę po raz kolejny przypominać. Żadne tam erotyczne podgryzanie, tylko najprawdziwsze z prawdziwych ugryzienie. Lamparcica odskoczyła z wściekłością. Ja odturlałem się do następnego rzędu – z książkami językoznawczymi i psychologicznymi.
Czułem, że za chwilę rozegra się ostatni akt tego dramatu, dlatego stanąłem dzielnie na nogach, wydobywając z siebie resztki sił. Sądziłem, że dzięki temu łatwiej się obronię. I to był mój błąd. Amatorszczyzna. Pani Jadwiga tylko na to czekała. Wyłoniła się znienacka, już z przygotowanym planem uderzenia, ale zawadziła o wystający słownik języka polskiego pod red. Mirosława Bańko, zwracając zawczasu moją uwagę – i tylko dlatego suples, którym rzuciła mnie na ziemię, nie był idealny. Nie wiem, jak to się stało, że po chwili znaleźliśmy się w akrobatycznej pozycji – ja z jedną nogą opartą o Kognitywno-komunikacyjną teorię przekładu na trzeciej półce od dołu, w bliskim zresztą towarzystwie jej prawej nogi, z drugą złożoną niewygodnie pod siedzeniem, ona na mnie z pantoflem niebezpiecznie blisko mojej głowy, tak że rękoma musiałem trzymać go na dystans. Na drugiej nodze, którą szukała konfrontacji z tą moją nogą usytuowaną na półkach, pantofla już nie miała. Górna część jej ciała, z rękoma i głową, leżała dość bezładnie na wykładzinie. Nie mogła jej podnieść, ponieważ zbyt karkołomnie się ułożyła, a i piersi stanowiły nielichą przeszkodę. Teraz je błogosławiłem, bo przed rękoma i morowym warkoczem już bym się nie obronił.
Nie miałem wglądu w tę niebanalną kompozycję z perspektywy trzeciej osoby, ale towarzyszyło mi głębokie poczucie, że to już nie antyk ani tym bardziej romanizm, tylko pełny barok, przy czym w ruchu były tylko te dwie nogi – jej i moja – w okolicach Kognitywno-komunikacyjnej teorii przekładu, na trzeciej półce od dołu. Tam sytuacja była wyjątkowo dynamiczna, bo pani Jadwiga wyraźnie nastawała na moją nogę w przekonaniu, że chcę wyrządzić jakąś krzywdę znajdującym się w tym miejscu książkom. I przez tę jej bibliotekarską nadgorliwość ta krzywda rzeczywiście się wydarzyła, wielka krzywda, bo rzeczona Kognitywno-komunikacyjna teoria przekładu tak niefortunnie spadła na ziemię, że na kilku stronach zagiął się rożek. Nie uszło to uwagi bibliotekarki, w której znowu szczęśliwie dla mnie odezwały się inne pasje. Tak zwinnie wyplątała się ze, zdawać by się mogło, nierozplątywalnego splotu, że aż się zdziwiłem. I już żale, płacze, lamenty, bardzo jakoś nielicujące z wcześniejszym zapaśniczym profesjonalizmem, z tym stanem skupienia zmagających się atletów, a nawet i lamparcią zajadłością. Owszem, wzruszyłem się na chwilę, zobaczyłem raz jeszcze, czemu sercem była oddana, ale nie chciałem zanadto przesadzić w empatii, zdrowy egoizm wziął w górę. Raz jeszcze spróbowałem szczęścia i zacząłem się wycofywać.
Przy oszklonych drzwiach powtórka z rozrywki – oddech na karku i zapach mielonki w nosie. Zrezygnowany już, zastanawiałem się tylko, co teraz: narzutka czy może krzyżak? Pani Jadwiga, z Ulissesem w ręce, minęła mnie jednak bez słowa i otworzyła drzwi. Nieufny byłem, ale co miałem zrobić? Otworzyła, więc musiałem przynajmniej spróbować, licząc się z tym, że jakoś wykorzysta tę moją nieroztropność.
Wykorzystała. Już jedną nogą byłem za progiem, kiedy podała mi książkę pana Joyce’a, uśmiechając się złośliwie. Zaskoczony tym gestem, wziąłem ją bezwiednie i od razu pożałowałem.
– Ma pan miesiąc. Po tym czasie pana przepytam. W razie czego powtórzymy lekcję zapasów.
I zamknęła drzwi przed moim nosem. Tak się tym przejąłem, że zapomniałem o poprawieniu kołnierzyka, na dodatek koszula wyszła mi wcześniej ze spodni. Nieprzystojnie wracałem więc do domu, zupełnie nie jak sztubaczek szczupaczek, choć nieco godności dodawał mi ten niesiony w ręce Ulisses. Ale to sprawy trzeciorzędne, istotniejsze jest to, że praca domowa, którą zadała mi pani Jadwiga, poprzestawiała moje życie do góry nogami.
Zostały mi dwa tygodnie. Już pierwszego dnia po tamtej feralnej wizycie w bibliotece wziąłem urlop miesięczny i przestałem udzielać się towarzysko. Nikt nie wie, gdzie jestem, nawet telefonów nie odbieram, a jedzenie tylko zamawiam. Schudłem i urosła mi broda. Wszystko dla oszczędności czasu, który w całości postanowiłem przeznaczać na czytanie książki pana Joyce’a. Udało mi się wyrobić normę piętnastu stron dziennie. To jednak nie wystarczy, matematyki nie da się oszukać. Żadnych wydanych bryków, w internecie też niewiele streszczeń. Na samą myśl o nelsonie, którym pani Jadwiga powali mnie na ziemię, krew zastyga mi w żyłach. Bardzo, bardzo wiele problemów przysporzyli mi pan Joyce i jego książka, no i te moje aspiracje. Ale co poradzić, mleko się rozlało. Jutro mam pierwsze zajęcia w lokalnej sekcji zapaśniczej.
koniec
« 1 [2]
23 grudnia 2017
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Klątwy
Karolina Kot

2 XII 2017

Na miejscu zastał policję, saperów, rozhisteryzowaną kobietę i tłum niespokojnych pasażerów. Kobieta zarzekała się, że naprawdę widziała bombę z zapalnikiem, tłum potakiwał.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Odbicie w lustrze
Tomasz Jarząb

18 XI 2017

Płynę w Rzece wśród milionów innych użytkowników. Ich potrzeby i oczekiwania przenikają się w tym samym dążeniu – chcą czegoś od Rzeki, brać, zagarniać, nigdy nic nie dając. Zjednoczeni w tym, jak nie scala żadne państwo, oddani sprawie jak najwięksi fanatycy, spójni i homogeniczni jak jeden organizm. Rzeka jest w nich, a oni są Rzeką.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opar absurdu
Adrianna Filimonowicz

11 XI 2017

Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.