Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 maja 2017
w Esensji w Google

Kto się śmieje ostatni

[1] 2 3 9 »
– No dobrze, a tamten czarny mag, swego czasu na tyle ważny, że własnej córce zleciłeś pilnowanie go. Wspomniałeś, że jest zdolny.
– Niezły. Ale…
Oczy Jaharilah rozbłysły.
– Nadałby się.

Agnieszka Hałas
‹Kto się śmieje ostatni›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Hałas
TytułKto się śmieje ostatni
OpisOpowieści o Brune Keare zwanym Krzyczącym w Ciemności są już właściwie klasyką polskiej fantasy. Z dumą prezentujemy kolejne przygody żmija.
Gatunekfantasy
And the winds they sweep my manic funereal ground
Some deranged and some devour
to haunt me down in my darkest hour
Yet another mind of the Devil’s design

(Sirenia)
Achice
z podziękowaniem za uwagi
1. Szkatułka
Lis, który węszył w wysokiej trawie w poszukiwaniu ptasich gniazd, uniósł łebek i pisnął ze zdziwienia. Szkarłatna łuna rozlewała się coraz szerzej po pociemniałym niebie, odbijając się w strugach i jeziorkach; posępny krajobraz Wiedźmich Bagien w tym świetle wyglądał jak ze złego snu. Nastąpiło zachwianie Ekwilibrium – coś zakłóciło delikatną równowagę prądów Zmroczy, oddzielających świat materialny od sfer zamieszkanych przez demony i duchy. Oczywiście lis o tym nie wiedział i nie mógł wiedzieć, a jedyne pytanie, jakie na widok łuny pojawiło się w jego mózgu, brzmiało – uciekać czy czekać?…
Czerwień przygasła, przechodząc w purpurę, potem w smugi ponurego fioletu. Powiał lodowaty wiatr, niosąc dziwne szepty, westchnienia i szlochy. Spłoszone ptaki zerwały się chmarą… Ogarnięty przerażeniem lis umknął w zarośla.
• • •
Wiele mil na południowy wschód od Wiedźmich Bagien to samo zachwianie było na tyle silne, żeby w mieście Kang nad Zatoką Snów wywołać umiarkowany zamęt. Instrumenty w pracowniach magów i alchemików wariowały. Na podwórzu za domem sklepikarza Lagata suszące się pranie nagle buchnęło płomieniem i spaliło się, zanim patrzący zdążyli ochłonąć ze zdumienia. Na głównej ulicy konie ciągnące wóz z drewnem spłoszyły się, gdy tuż przed nimi zmaterializował się skrzydlaty duch z głową psa, który natychmiast spadł na ziemię i rozpłynął się w świecącą kałużę ektoplazmy. Lekko nawiedzony żebrak, który dzień w dzień zaczepiał ludzi na placu targowym, przepowiadając rychły koniec świata, na widok łuny tak się przeraził, że zaczął uciekać na oślep, wpadł na stragan z owocami i oberwał kijem po plecach od rozsierdzonej przekupki.
Nad dzielnicami biedoty, znanymi jako Labirynt Łez, jak zwykle wisiała mgiełka dymu. Tu mało kto przejmował się kolorowymi smugami na niebie. Nikt też nie zwracał uwagi na nędzarza, który utykając wlókł się pomiędzy budami i lepiankami. Ktoś, kto przyjrzałby mu się baczniej, dostrzegłby, że jego pokryte zaschniętym błotem łachmany jeszcze niedawno stanowiły kompletny strój. Teraz skórzane spodnie były porwane, przy kaftanie brakowało guzików, zaś koszula została w całości przeznaczona na opatrunki na ramieniu, szyi i udzie. Brudne płótno plamiła zaschnięta krew. Mężczyzna powłóczył w pyle bosymi nogami, na których ukąszenia owadów pozostawiły jątrzące się rany, a równie pokaleczonymi rękoma przyciskał do piersi coś owiniętego w szmaty.
Przed lepianką wyglądającą jeszcze marniej od innych siedział otulony kocem staruszek z siwą kozią bródką. Na widok zbliżającej się postaci przemówił:
– Wejdź, synu. Czekają na ciebie.
W ciemnym wnętrzu cuchnęło. Bzyczące muchy obsiadły stojącą na ziemi miskę z resztkami strawy. Przestąpiwszy próg, obdarty skłonił się niezgrabnie.
– Chwała Pani Kwiatów!
– Czołem, bracie – odparł niedbale gruby człowieczek, siedzący na rozkopanym barłogu. – Niech skonam, ależ piękne zachwianie spowodowałeś. Trochę czasu upłynie, zanim srebrni sobie z tym poradzą. Gdzie szkatułka? Ach, przyniosłeś, widzę. Rozwiń, chcę ją obejrzeć.
– Tutaj?
– Pewno. Nie ma strachu, dopóki Jhurri pilnuje drzwi.
Obdarty zaczął rozplątywać zawiniątko. Przychodziło mu to z trudem, bo palce miał pokaleczone i zesztywniałe. W końcu spod szmat ukazało się wieko hebanowej szkatułki. Grubas zatarł ręce, nie kryjąc radości.
– Wyśmienicie, wyśmienicie! Ależ jej wysokość się ucieszy. – Obrzucił przybysza wzrokiem, jakby po raz pierwszy zauważając stan jego odzienia, krew na opatrunkach oraz oczy błyszczące gorączką w zarośniętej twarzy. – Ciężko było?
– Wasza jadowitość… Tego się nie da opisać. – Spojrzenie mężczyzny stało się błędne, jakby na nowo przeżywał wszystkie trudy, ból i strach. – Nigdy nie widziałem w jednym miejscu tylu czarów pułapkowych. Płonące mury, rzeźby plujące trucizną, w samym skarbcu klątwa na klątwie… Później byłem za słaby, żeby się od razu tu przenieść, kilka dni i nocy spędziłem na bagnach… słuchając wycia zmor… – Głos załamał mu się. Grubas poklepał go po ramieniu gestem, który w zamierzeniu miał dodawać otuchy, ale sprawił jedynie, że obdarty syknął i gwałtownie się cofnął.
– Głowa do góry, bracie. Mam tu coś, co ci wynagrodzi z nawiązką wszystkie kłopoty. Jej wysokość w swej hojności dorzuciła do podstawowej sumy jeszcze premię. Ręczę, że starczy ci i na leki, i na hulanki.
Zważył w ręku wypchany skórzany mieszek, po czym z uśmiechem wręczył go obdartemu. Ten z okrzykiem radości podrzucił zapłatę do góry, a następnie – niezdarnie, lecz z gorączkowym pośpiechem – rozplątał rzemyki i wydał kolejny okrzyk na widok złota. Jednak nie było mu dane długo się cieszyć. Zaledwie dotknął monet, jego twarz wykrzywiła się w okropnym grymasie. Upuszczając sakiewkę, oburącz chwycił się za gardło, po czym padł na ziemię, wijąc się w drgawkach i charcząc. Jego oczy wyszły z orbit, usta wypełniła piana. W końcu znieruchomiał.
Staruszek, który w międzyczasie wsunął się do lepianki, gwizdnął z cicha.
– Klątwa Zatrutego Złota, Sona-Tadana… Słyszałem o niej. Uaktywniła się w momencie kradzieży, a zabiła go w momencie, gdy przyjął wynagrodzenie.
– A niech to sępy i harpie! – Grubas z wściekłością uderzył pięścią w barłóg. – Niech to czarny Flereus spali! Jej wysokość będzie ze mnie pasy darła!
– Spokojnie, Khis, nie gorączkuj się. – Starzec z niezmąconym spokojem przykucnął, żeby wyzbierać rozsypane dukaty. Jego szata nieco się przy tym podwinęła i można było dostrzec, że zamiast jednej stopy ma końskie kopyto. – Wytłumaczę jej wysokości, że to nie twoja wina. Ostatecznie Sona-Tadana to skażona magia, kto by się jej spodziewał w skarbcu srebrnych?
– Niby racja, ale… Do kroćset, Jhurri! To już siódmy agent stracony w związku z tą sprawą. Wszystko po to, żeby zdobyć… – Grubas popatrzył na szkatułkę, po czym starannie zawinął ją z powrotem. – Dobra, nie nam oceniać. Widocznie jej wysokość uważa, że warto.
– Nie nam oceniać – przytaknął Jhurri, chowając mieszek w zanadrzu. – No, zabierajmy się, nic tu po nas.
– Chwila, a co z tym tu? Zostawimy go tak? Jeszcze ktoś rozpozna, i co wtedy?
Starzec pogrzebał po kieszeniach, wyciągnął kilka obłych, czarnych ziaren. Wsunął jedno do ust trupa, a pozostałe umieścił na jego piersi, pod ubraniem. Zamknąwszy oczy, zaintonował jękliwą, dziwną pieśń.
Nasiona zakiełkowały. Sinozielone pędy rosły w oczach, rozgałęziając się, aż całe zwłoki pokryła sieć pulsujących ni to łodyg, ni macek. Po chwili ciało złodzieja zaczęło ciemnieć i rozpadać się, przemieniając się w brunatną maź.
Jhurri z lubością wciągnął w nozdrza woń rozkładu, po czym popatrzył na grubasa.
– Patrz i ucz się, Khis. Nie ma jak olotah, gdy trzeba szybko posprzątać. A teraz zabieramy się stąd.
Stanąwszy ramię przy ramieniu jednocześnie wypowiedzieli kilka chrapliwie brzmiących słów. Zasyczało, otoczyła ich chmura dymu. Gdy opar się rozwiał, w cuchnącym wnętrzu lepianki nie było już nikogo.
• • •
Władczyni Doliny Kwiatów nie lubowała się w mroczności.
Niebo w jej królestwie emanowało rozproszonym, ciepłym światłem, niczym lampa z bursztynowego szkła. Łagodnie falujące wzgórza porastała srebrzysta trawa. Płochliwe białe sarny pasły się w cieniu cyprysów.
Ziemskie pory roku nie miały tu znaczenia. Na łąkach kwitły obok siebie kalie, złotogłów, maki i chryzantemy. Śmigały nad nimi ważki i czarne motyle. Lekki wiatr niósł mieszankę odurzających woni oraz odległe echa jęków.
W wąskiej, lecz głębokiej dolince pod rozłożystymi drzewami zalegał półmrok. Mech porastał leżące tu i ówdzie spękane marmurowe tablice, na których wyryto imiona potępionych i grzechy, którymi się splamili. Na dnie dolinki szemrał strumień, zaś nad strumieniem wznosił się łukowaty kamienny mostek.
Jaharilah oparła się o rzeźbioną balustradę w pozie aż proszącej się o to, by jakiś mistrz uwiecznił ją na portrecie. Miała na sobie suknię ze złotej lamy o prostym kroju, podkreślającym smukłość sylwetki. Za uchem zatknęła kwiat lilii o płomiennożółtych płatkach, pięknie kontrastujących z atramentową czernią loków, spływających kaskadą na plecy. Pióra jej skrzydeł były ciemnobłękitne.
– Spójrz, Favill, prawda, że piękne narcyzy? Pożerają dusze tych, którzy zgrzeszyli pychą.
Jej towarzysz odmruknął coś uprzejmie, zaledwie rzuciwszy okiem we wskazanym kierunku. Rozmiłowany w pylistych pustkowiach, mało dbał o uroki przyrody, nawet tak nietuzinkowej.
[1] 2 3 9 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Selekcja naturalna
Anna Grzanek

20 V 2017

Dalej było już tylko dziwniej. Inny Poznań zaczął się pojawiać również w dzień; najpierw tylko na ułamki sekund, ale jednak. Śmiali się, że przestał być Nocnym Poznaniem, ale był to bardzo nerwowy i niepewny śmiech.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Czy jestem morzem lub smokiem głębiny [Hi 7,12]
Anna Dudało

1 IV 2017

Miał śliczny uśmiech i ciepłe spojrzenie. Aparycja, która sprawia, że rozmówca czuje się od razu spokojniejszy i chętniejszy do zwierzeń. Gdyby mu na tym zależało, byłby doskonałym handlowcem, który zarabia krocie na prowizji. Miał dar do zjednywania sobie ludzi. I często z niego korzystał. Szczególnie gdy zakończył terapię, na którą wysłali go przerażeni rodzice. Przecież nie co dzień dzieciak wychodzi prawie cało z rąk mordercy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Pisarz
Agnieszka Zapart

25 III 2017

Zabawnie było patrzeć, jak mimo tragicznego obrotu wydarzeń wspomnienie pierwszej randki nadal przywołuje na twarz matki młodzieńczo naiwny uśmiech. Podobno ojciec wysłał jej list, w którym były karty z odręcznymi rysunkami oraz pytaniami w stylu: „wtorek, 16:00, spacer nad jeziorem?”; „środa, 19:00, lody w Maleńkiej?”; „sobota, 8:00, wycieczka do Wrocławia?”. Oczywiście wybrała wycieczkę. Rodzice byli na nią wściekli, ale ona nie żałowała.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Marzec 2017
— Dawid Kantor, Daniel Markiewicz, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Styczeń 2017
— Miłosz Cybowski, Dawid Kantor, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Osty kłują
— Magdalena Kubasiewicz

I potępieni mogą marzyć
— Marcin Mroziuk

Esensja czyta: Sierpień 2015
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Marcin Mroziuk, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Esensja czyta: Kwiecień 2015
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek

Na smokach wojska latające i inne sarmackie historie
— Zofia Marduła

Wichry zmian
— Magdalena Kubasiewicz

Tropem węża
— Beatrycze Nowicka

W barwach czerni i srebra
— Magdalena Kubasiewicz

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.