Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tolkienowska opowieść wigilijna

Grzegorz Wiśniewski
[1] 2 3 »
Ash nazg durbatuluk… – popłynęły słowa w języku Mordoru, nasączone tak okropną mroczną mocą, że aż śnieg wokół pociemniał.
Osobnik w czerwonym kubraku podskoczył jak dźgnięty igłą i palnął widmowego jeźdźca w twarz.

Grzegorz Wiśniewski
‹Tolkienowska opowieść wigilijna›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorGrzegorz Wiśniewski
TytułTolkienowska opowieść wigilijna
OpisZgodnie z długą (już czteroletnią) tradycją, Greg Wiśniewski obdarza nas opowieścią wigilijną (wcześniejsze – Imperialną, Matriksową i Obcą znajdziecie w poprzednich numerach „Framzety” i „Esensji”). Miała sie ona pojawić w grudniu, który to termin wydawał się właściwszy, ale dystrybutor wyciął nam numer i wprowadził do polskich kin „Władcę Pierścieni” z dwumiesięcznym opóźnieniem. Dlatego też, drodzy Czytelnicy, otrzymujecie Tolkienowską Opowieść Wigilijną na …Wielkanoc.
Gatunekfanfiction, fantasy
Tego roku, który kronikarze odnotowali jako 3021, ostatni rok Trzeciej Ery, przyszła taka zima, jakiej najstarsi hobbici nie pamiętali. Przydusiła cały Shire niczym zbyt gruba puchowa kołdra, zatkała drogi zwałami śniegu, przeszyła wszystkie Ćwiartki lodowatym wiatrem. Jednak wbrew temu co sądzili mieszkańcy, nie uniemożliwiła podróżowania. O ile oczywiście ktoś był odpowiednio zdeterminowany, aby podróżować w taką pogodę.
Ojcowie Bag End jak zwykle w zimowy wieczór zebrali się w karczmie Bartendera Barlimana, zlokalizowanej w Dolince. Bezpieczni za grubymi, okrągłymi drzwiami, przy stoliku opartym o ścianę pieca, gawędzili o tym, o czym zwykle gawędzą w przymusowo wolnym czasie osoby takie jak oni – o zmieniającym się świecie. Prawdę mówiąc osoby tak stateczne, o tak wysokiej reputacji oczywiście nie potrafią na takie tematy gawędzić, robili zatem to w czym jako decydenci byli bezkonkurencyjni – biadolili.
Ebenezer Proudfoot biadolił najbardziej. Przez cały wieczór konstatował publicznie o tym, jak to świat schodzi na psy, które potem pętają się po całym Shire. Na koniec wyłożył słuchaczom to, co naprawdę mu na sercu leżało.
– Od razu widać, – zaciągnął się głębiej dymem fajkowego ziela – że znów się Numenor w Fornoście panoszy. Odwiedzają nas tu w Shire najróżniejsze cudaki, w drodze do albo i z dworu króla Elessara. Nanoszą nam tu różnawych obyczajów niczym byle zimowy wędrowiec śniegu do sieni.
– Dobrze mówicie – przytaknął Longbottom nie wyjmując fajki z ust. – Będzie jak z tym kupcem, co to nam niedawno nazwoził szkaradnych laleczek z materii i dzieciom rozdawał za kilka miedziaków. Wszystkie teraz pacholęta biegają po domach z tymiż lalkami wrzeszcząc na siebie „Pikaczu! Pikaczu!”. Ani chybi to jakieś bezeceństwa po orkowemu…
– Tylko patrzeć, – smętnie potwierdził Proudfoot – jak jakaś bieda z tego wyniknie.
– Mówiłem, mówiłem… – Longbottom pokiwał głową. – Oczy mieli jakoś podejrzanie skośne…
W izbie powiało nagle zimnem i śniegiem. Drobna, zakutana w futro postać zamknęła z wysiłkiem szerokie drzwi gospody i jęła otrzepywać na wycieraczce getry ze śniegu. Był to Korneliusz Brandybuck, daleki krewny Brandybucków z Dolinki, który wrócił właśnie z Michel Delving. Mocno mu się ta podróż dała we znaki, bo od razu gestem poprosił Barlimana o kufel grzanego piwa. Musiał być niezwykle czymś zaaferowany, bo nie zdążył jeszcze ściągnąć z siebie palta, a już odezwał się do nich podniesionym głosem:
– Nie uwierzycie mi, co widziałem. Nie uwierzycie…
– Pewnikiem jak ostatnim razem – mruknął półgębkiem Proudfoot. – Kawałek zastawy stołowej, co po niebie kołowała…
Brandybuck powiesił palto na kołku przy drzwiach i przysiadł się do ich stolika.
– Sanie widziałem – odsapnał głęboko i potoczył po nich wzrokiem. – Sanie na niebie, kosztownie wykończone, zaprzężone w gromadę wierzchowców. Mknęły między gwiazdami jak wicher, a na koźle siedziała białobroda postać w czerwonej szacie i czapce zakończonej białym pomponem…
Musiał to usłyszeć karczmarz, który właśnie zamierzał postawić duży kufel przed Brandybuckiem. Zamarł w pół ruchu.
– Korneliuszu, widziałeś te runy nad szynkwasem? – zapytał jowialnie.
Brandybuck obejrzał się na niego.
– Które? – zapytał z niepokojem. – Te „Nietrzeźwym i palantom piwa nie serwuje się"?
Barliman kiwnął głową, odwrócił się i z kuflem w dłoni bezlitośnie odmaszerował do kuchni.
– A może mi się przywidziało? – błagalnie zawołał za nim Brandybuck.
Oczywiście bez skutku.
• • •
Jego przywidzenie stało teraz na dachu rozległego domostwa imć Samwise’a Gamgee. Faktycznie były to sanie. Długie, bogato zdobione, z miejscami dla woźnicy, wodza i siedmiu elfów desantu, zaprzężone w dziewiątkę wierzchowców.
Przyznać trzeba, że wierzchowce zasługiwały na miano niesamowitych. Każdy z nich był wielki, większy od dowolnego konia, czarny jak noc pośród, której przyszło galopować, z dziwacznym porożem wyrastającym z głowy. Mimo mrozu nie parskały w ogóle, raczej syczały, niczym stado wściekłych węży. Najdziwniejsze jednak były zjawy mrocznych, zwalistych postaci – wydawałoby się – siedzących na każdym z wierzchowców. Prawie każdym. Każdego oprócz pierwszego, prowadzącego zaprzęg wierzchowca, dosiadała nakryta widmowym kapturem postać i smutno wodziła wokół parą jasnych, przenikliwie patrzących oczu, które na tle półprzezroczystych plam, jakimi byli jeźdźcy, robiły wrażenie podbarwionych szkarłatem gwiazd.
Zza sań nagle wyłoniła się bardziej materialna, otyła postać w czerwonym kubraku, starannie obrębionym białym futrem. Zapamiętale czyściła śniegiem długą białą brodę.
– Odwykłem już od latania – odezwała się słabym, choć pełnym złości głosem. – Lata już nie te… błędnik mniej wytrzymały… a obiecaliście, że nie będzie żadnych turbulencji.
Postać na wierzchowcu drugim od czoła, wzruszyła widmowymi ramionami i opuściła jasny wzrok.
– Dobrze, że przy koźle wisiały chociaż te papirusowe torebki… – brodacz odchrząknął. – Ale moje eee… elfy z tyłu nie miały tyle szczęścia…
Z tyłu sań rozległ się jęk i nieprzyjemnie fizjologiczne dźwięki.
– Kazałem pokryć tapicerkę runami magicznych mocy. Jak ją teraz doczyszczę na tym mrozie?
Postać na wierzchowcu prowadzącym zaprzęg ponownie wzruszyła ramionami. Odezwała się nawet, cichym, zgrzytliwym głosem.
Ash nazg durbatuluk… – popłynęły słowa w języku Mordoru, nasączone tak okropną mroczną mocą, że aż śnieg wokół pociemniał.
Osobnik w czerwonym kubraku podskoczył jak dźgnięty igłą i palnął widmowego jeźdźca w twarz.
– Zamknij się, idioto! Przez ciebie się zorientują! Jak mogłem dać Drugi z Dziewięciu takiemu kretynowi! Zapominasz, co mówiłem? Zapominasz, kim jestem?
Widmo skłoniło głowę.
– Wybacz, Sauronie Wielki, mój mroczny panie.
– Na razie nim nie jestem, ale to się zmieni – brodacz w czerwieni zacisnął z wściekłością pięści. – Niemal wszystkie moje postacie zostały zniszczone, a powrócić mogłem jedynie jako Annatar, Pan Darów. Pod ostatnią postacią i ostatnim imieniem jakie mi zostały. I wykorzystam to. Na Melkora, mojego pana, wykorzystam! Hahahah… – z ust niemal buchnął mu złowrogi, ponury, przytłaczający, basowy śmiech, jednak Sauron/Annatar w porę przypomniał sobie o ryzyku dekonspiracji. Z zamachu zasłonił sobie usta, zakrztusił się i przewrócił w zaspę.
Gwałtownie poderwał się z powrotem na nogi, jeszcze bardziej wściekły niż poprzednio. Nerwowymi ruchami otrzepał się ze śniegu. Spojrzał złym okiem (przed którym nie tak znów dawno drżeli ludzie, hobbity, elfowie i krasnoludy) ku tyłowi sań i swoim eee… elfom. Wygrzebały się wreszcie z pojazdu i zbiły w ciasną grupkę. Nie wyglądały dobrze, mimo że kazał je odziać w starannie skrojone kuse zielone tuniki, jedwabne nogawice i fikuśne czapki, przeznaczone do zawadiackiego przekrzywiania na ucho.
Choćby i to ucho było gęsto nabite kolczykami z czarnego żelaza.
Annatar ogarnął grupę dokładniejszym spojrzeniem. Wcześniej zadowolony tak z własnego przebrania jak i z sań, teraz musiał przyznać, że eee… elfy niespecjalnie mu wyszły. Niskie, pękate, muskularne postacie, o ziemistej, dziobatej skórze, spiłowanych w stożki zębach i żółtych oczach, w których ciemniały kocie źrenice – stanowczo nie generowały takiego wrażenia na jakie liczył ich władca. I tak dobrze, że przynajmniej była noc, bo na słońcu ta hałastra rozbiegłaby się we wszystkie strony wrzeszcząc z przerażenia.
Z drugiej strony, gdy wzięło się pod uwagę materiał wyjściowy, efekt nie był nawet taki zły.
– No dobrze – powiedział do nich Annatar. Nie cierpiał używania tego zwrotu, ale czasem tak było prościej. – Wy czterej podnieście worek, pozostali będą was ubezpieczać. Czy plan jest jasny, czy mam wyjaśnić go jeszcze raz?
Eee… elfy potoczyły po sobie wzrokiem.
– Jaki plan? – zagulgotał któryś z tyłu.
Dla Annatara stało się nagle jasne, dlaczego przegrał Wojnę o Pierścień.
– Wyjaśniam zatem jeszcze raz – powiedział nienaturalnie spokojnym głosem. – Jesteśmy w kraju hobbitów. Hobbici to takie małe kurduple, które znalazły mój ssskarb, a następnie z podszeptu moich wrogów zaniosły go do Góry Przeznaczenia i wrzuciły w jezioro lawy, aby go zniszczyć… Nadążacie?
– Co to lawa? – zagulgotał jeden z eee… elfów, ale pozostali czym prędzej zakryli mu usta.
[1] 2 3 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wiosna
Agnieszka Makowska

26 VIII 2017

Zawsze lubiła stawiać swój szałas wokół starego drzewa. Młode drzewa potrafią być śliczne, ale miała dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę ich nie było. Stare drzewa BYŁY.

więcej »
Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Z tego cyklu

Obca opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Matriksowa Opowieść Wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Imperialna Opowieść Wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Listopad 2014
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Paweł Micnas, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Chwała ogrodów, błoto i morze
— Michał R. Wiśniewski

Kategoria A
— Michał R. Wiśniewski

Niewielka wojna
— Michał Kubalski

Noel Profesjonał
— Grzegorz Wiśniewski

Tygrys! Tygrys! Tygrys!
— Grzegorz Wiśniewski

Pies, czyli kot
— Grzegorz Wiśniewski

Dobrzy, źli ludzie
— Grzegorz Wiśniewski

Płomień Tiergarten
— Grzegorz Wiśniewski

Mój brat, Kain
— Grzegorz Wiśniewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.