Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 22 sierpnia 2017
w Esensji w Google

Druga szansa

[1] 2 3 5 »
Dziesięciu zupełnie zielonych rekrutów, w tym dwie kobiety, oraz pilot śmigłowca, były komandos z Navy Seals, inwalida z protezą kolana. Nie znalazł nic, co tłumaczyłoby, jak zdołali przetrwać tak długo, przebyć kilkadziesiąt mil wrogiego, nieznanego sobie terytorium. Przyrzekł sobie, że pozna odpowiedź, zanim ich zabije.

Marek Bida, Aleksander Kasicki
‹Druga szansa›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarek Bida, Aleksander Kasicki
TytułDruga szansa
OpisAutorzy na co dzień zajmują się analizowaniem rzeczywistości, głównie w domenie informatyzacji administracji publicznej. Popychani młodzieńczym entuzjazmem, choć w wieku prawie średnim, próbują zwalczać absurdy w otoczeniu, co wyrobiło im opinię krnąbrnych. „Druga szansa” to, być może, początek dłuższej współpracy na gruncie literatury pięknej.
Gatunekgroza / horror
To był fatalny dzień i dobrze, że niebawem miał się zakończyć. John miałby go już za sobą, gdyby zachował się rozsądnie i znalazł nocleg w Amarillo, silniejsze okazało się jednak pragnienie jak najszybszego pozostawienia za sobą kraju flanelowych koszul i wyprasowanych w kant dżinsów. Już dwadzieścia mil za miastem złapała go niespodziewana ulewa. Deszcz, ignorując wszelkie pogodowe modele, nie chciał ustąpić. Zalewające wóz strumienie wody znalazły jakąś nieszczelność w bocznej szybie i robiły co mogły, aby pogłębić irytację Johna. Gdyby chociaż mógł znaleźć jakąś relaksującą muzykę w radio… Niestety, tego wieczoru i w tej okolicy miał do wyboru albo country, albo relacje z największego medialnego szaleństwa w historii Ameryki.
W oddali błysnęły światła hamujących przed zjazdem samochodów. Skrzyżowanie dawało nadzieję na stację benzynową, przydrożny bar, na filiżankę kawy z ekspresu.
Zwalniając, zauważył wielki billboard z krzykliwym napisem „Mistyczne przeżycie. Największy krzyż na półkuli północnej”. Jakiś lokalny przysmak? Tutaj, na teksańskiej prowincji, mogło to oznaczać wszystko. Następnie światła jego hondy wyłowiły z mroku drogowskaz „Goodnight, 12 mil”. Nazwa miejscowości wydała mu się znajoma, jednak za nic nie mógł przywołać z pamięci właściwych skojarzeń. Chwilę potem zjeżdżał już w kierunku jasno oświetlonego, drewnianego baraku z umieszczonym na dachu migającym neonem w kształcie parującego steku. Długi rząd zaparkowanych przed frontem pick-upów sugerował, że nie dane mu będzie wypić kawy w spokoju.
Zanim schronił się za drzwiami knajpy, zdążył kompletnie przemoknąć. Stojąca za barem młoda blondynka w białym T-shircie przywitała go pełnym współczucia uśmiechem. Odgarniając mokre włosy z twarzy, uświadomił sobie, że nie słyszy spodziewanego gwaru i hałaśliwej muzyki; salę wypełniał za to głos podekscytowanej dziennikarki, dobiegający od strony zawieszonego pod sufitem ogromnego telewizora. Wszyscy goście, nie wyłączając kilku brodatych motocyklistów w klubowych barwach, skupiali się na jej relacji.
Skrzywił się i ruszył wzdłuż długiego rzędu stołów, pragnąc znaleźć się jak najdalej od gromady kierowców i farmerów, jak najdalej od odbiornika.
Zajmując miejsce przy ostatnim stoliku, John przeoczył siedzącego po drugiej stronie mężczyznę, jednak było już za późno, żeby się wycofać, zwłaszcza po zachęcającym skinieniu głowy tamtego. Pocieszył się tym, iż najwyraźniej nie był jedynym człowiekiem na półkuli północnej, nie wykazującym zainteresowania toczącym się cyrkiem.
– Der Herrgott würfelt nicht.
– Słucham?
Mężczyzna, wygodnie rozparty na obitej czerwonym skajem kanapie, przyglądał mu się z lekkim uśmiechem na ustach. Z ciemnymi, krótko przystrzyżonymi włosami, gładko ogoloną twarzą, w eleganckiej marynarce z czarnej skóry, zupełnie nie pasował do zwykłej klienteli przydrożnego teksańskiego baru. Brązowe, niemal pozbawione białek oczy błyszczały intensywnie, wzbudzając nieokreślony niepokój.
– Bóg nie gra w kości. Napis na pańskim zderzaku – wyjaśnił obcy.
John zerknął w okno, ale dostrzegł jedynie odbicie wnętrza lokalu, zniekształcone nieco przez spływające po szybie strugi wody.
– Jest pan fizykiem.
– Wiem, to strasznie banalne – John chciał odwzajemnić uśmiech, ale mięśnie twarzy jakoś nie chciały go usłuchać.
– I nieprawdziwe. – Nieznajomy uniósł do ust szklaneczkę bourbona, pociągnął solidny łyk. – Nie wiedzieć czemu, rzucanie kostkami zawsze sprawiało jej ogromną przyjemność.
Mężczyzna wycelował palcem w punkt ponad jego ramieniem. John Nymann odwrócił się i spojrzał w ekran telewizora, aktualnie prezentujący zdjęcie kilkuletniej, piegowatej dziewczynki z długimi blond warkoczykami.
– Wszystkich nas nurtuje z pewnością pytanie, jak to się mogło stać, że to miłe, uzdolnione dziecko z ubogiego przedmieścia Chicago mogło wyrosnąć na bezwzględną, seryjną morderczynię, znaną na całym świecie jako Disney Doll – pełnemu emocji głosowi dziennikarki nie można było odmówić szczerości, co niewątpliwie świadczyło o jej profesjonalizmie.
– Widzę, że jest pan również sceptykiem.
John pokręcił głową.
– Po prostu nie jestem zainteresowany – odrzekł. Skupił wzrok na czarno-białym posterze, zdobiącym ścianę nad głową rozmówcy. Zdjęcie przedstawiało gigantyczny krzyż i serię mniejszych figur u jego stóp. Figur człowieka, uginającego się pod rzuconym na jego barki ciężarem. Widział coś takiego w jakimś europejskim kościele. Droga krzyżowa? Rozejrzał się po wnętrzu baru i odkrył, że cała seria podobnych plakatów zdobiła wszystkie jego ściany. Dziwne. Nawet jak na Drogę 66.
– Prawdopodobnie wszystko zaczęło się w katolickiej szkole podstawowej imienia Królowej Pokoju w Montgomery, Illinois. Z jej byłą dyrektorką rozmawiał nasz reporter Larry Davenport. Larry?
John postarał się, aby niesmak na jego twarzy był łatwy do odczytania. Miał nadzieję zniechęcić tym nieznajomego, który najwyraźniej postanowił do reszty zepsuć mu dzień.
– Montgomery… Czy to nie w pobliżu Batavii? Gdyby pracował pan wtedy w Fermilab, mogłaby pana spotkać w trakcie jakiejś szkolnej wycieczki, prawda?
Rzeczywiście, zdarzyło mu się parokrotnie oprowadzać wycieczki po kompleksie akceleratora, ale nie zamierzał się do tego przyznawać. Zasada niekarmienia trolla sprawdzała się także w realu.
Uratowała go kelnerka, która zjawiła się w tym momencie, aby przyjąć zamówienie. Zapisała je w notesie, oczywiście wyciągniętym zza ucha ołówkiem, zaproponowała ciastko – w promocji – z rozbrajającym uśmiechem przyjęła odmowę i oddaliła się, kręcąc owiniętymi fartuchem biodrami.
– Nie mogę powiedzieć, że była złym dzieckiem – brzęczał telewizor głosem starej, zmęczonej życiem kobiety. – Przeciwnie, Pan obdarzył ją wieloma przymiotami. Już w pierwszej klasie potrafiła wiernie cytować Pismo, w trzeciej mówiła po łacinie… Pamiętam, że wciąż zasypywała nas pytaniami. Niektórym nauczycielom mogło to nie odpowiadać, ale ja zawsze lubiłam z nią rozmawiać. Inne dzieci też za nią przepadały…
Zaczynał żałować, że nie wziął kawy na wynos.
– Na stypendium zrzucili się członkowie jej parafii. Samotna matka, alkoholiczka z osiedla przyczep, nie mogłaby sobie pozwolić na dobrą szkołę. Już wtedy musieli dostrzec w niej coś niezwykłego.
John spojrzał na swego rozmówcę, aby upewnić się, czy nie żartuje. Wciąż ten lekko drwiący, choć pozbawiony cienia złośliwości uśmiech. I to spojrzenie… Trudno było stwierdzić, co się za nimi kryło.
– Biedna, mała Dona. Oczywiście będziemy się za nią modlić…
– Biedna, poczciwa siostra Margaret – skomentował nieznajomy. – Nigdy sobie tego nie wybaczy.
• • •
Sama nie wiedziała, czy obudził ją jakiś hałas, czy też przyczyną był ten sam niepokój, który tak długo nie pozwalał jej zasnąć. Leżała przez chwilę bez ruchu, nasłuchując, w końcu przekręciła się na bok, aby zerknąć na wskazówki budzika. Światło oświetlającej szkolne boisko latarni przesączało się przez opuszczone żaluzje, pozwalając jej odczytać godzinę. Kwadrans przed północą.
Rześki, słoneczny poranek nie zapowiadał późniejszych kłopotów. Dzieci w spokoju zjadły śniadanie, do minimum ograniczając zwyczajowe wygłupy. Prawdopodobnie powstrzymywał je widok marsowej miny ojca Roberta, któremu noga musiała doskwierać bardziej niż zwykle. Atmosfera w jadalni rozluźniła się, kiedy proboszcz pożegnał ich, aby przygotować się do sumy. Nawet ona, przyznała ze skruchą, poczuła ulgę. Po posiłku uczniowie mieli kilka godzin dla siebie, ale nikt nie spodziewał się, że mogą z tego wyniknąć aż takie problemy.
Leżała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w zamknięte drzwi, jednak nocnej ciszy nie zakłócił żaden dźwięk. Wiedziała, że ciężko wywalczony sen łatwo nie powróci. Wreszcie poddała się i uzbrojona w długi szlafrok i latarkę wyruszyła na niepotrzebny rekonesans. Tak jak można było przypuszczać, poza światłem wydostającym się przez szparę pod drzwiami pokoiku siostry Leony, nie natrafiła na najmniejszy ślad aktywności. Wyglądało na to, że całe dziewczęce skrzydło, prócz niej i pogrążonej w swoich ukochanych lekturach Leony, odsypia wyjątkowo stresujący dzień. Mimo to, niepokój narastał, prostując włoski na jej karku. Siostra Margaret była bardzo wierzącą i wolną od zabobonów kobietą, jednak nie potrafiła ignorować takich znaków.
[1] 2 3 5 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Miasto
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

1 VII 2017

Przeniósł wzrok na półki, wypełnione częściowo poprzewracanymi i rozbitymi słoikami z substancjami, których nie potrafił rozpoznać. Sięgnął po ukryty w rogu moździerz, zerknął do środka i skrzywił się z obrzydzeniem. W naczyniu tkwiło kilka ususzonych chrabąszczy i larw, zakopanych w połyskującym proszku, utworzonym zapewne z ich pobratymców.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.