Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Bez pamięci – fragment III

[1] 2 3 5 »
Przedstawiamy Państwu trzeci fragment powieści „Bez pamięci” Ryszarda Dziewulskiego.
Czwartek, 28 października, godz. 21.25
Budynek DODK nie wyglądał tak imponująco, jak gmach Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego, ale za to z łatwością można się było w nim zgubić. Wjeżdżając windą na jedenaste piętro nadinspektor Carlos Baronelli w myślach powtarzał wskazówki, jakich udzielił mu strażnik przy wejściu: dwa razy w prawo, potem w lewo, prosto, potem znowu w prawo i znowu w lewo.
– Powinni rozdawać mapki… – mruknął do siebie, wysiadając z windy.
Nazwisko i twarz naczelnika Wydziału Interwencji były mu dobrze znane; od czasu zniknięcia profesora Kracha i jego współpracowników Zenowicz już kilkadziesiąt razy pojawiał się na antenie chyba wszystkich stacji telewizyjnych i rozgłośni radiowych. Baronelli nie mógł się doczekać spotkania. Był przekonany, że powiązanie faktów dotyczących dwóch śledztw – sprawy wojny przebierańców i sprawy uprowadzenia naukowców – przyniesie rozwiązanie obydwu dochodzeń. Najprawdopodobniej oba śledztwa zleją się w jedno. Rezultaty obydwu indagacji powinny stanowić uzupełniające się wzajemnie części jednej łamigłówki.
– Nadinspektor Baronelli, WZS – przedstawił się finezyjnie rozchełstanej sekretarce. – Byłem umówiony z inspektorem Zenowiczem.
– Niestety, pan naczelnik jest nieobecny. Musiał… pilnie wyjechać. To znaczy… nie mógł zdążyć. Jest jednak inspektor Eider, który oczekuje pana w pokoju obok. Czy napije się pan…
Baronelli zaklął pod nosem i ruszył w kierunku wskazanych drzwi. Gdy znalazł się wewnątrz, podszedł do biurka, podniósł bezwładną rękę chrapiącego mężczyzny i potrząsnął nią.
– …Co, co!
– Muszę się zobaczyć z Zenowiczem. Najprędzej, jak to jest możliwe.
– …Kto…
– Carlos Baronelli, WZS. Sprawa nie cierpi zwłoki.
Eider podniósł wyżej głowę. Na jego policzku widniały czerwone bruzdy odciśniętych fałdów rękawa.
– Boże, najmocniej przepraszam. Zdrzemnąłem się – przyczesał ułożonymi w szpon palcami włosy. – Proszę o wybaczenie. Tomas Eider – przedstawił się wyciągając rękę.
– Już się witaliśmy. Byłem umówiony z inspektorem Zenowiczem.
– Tak, tak, oczywiście. Naczelnik musiał…
– Można było mnie uprzedzić! Nie robiłbym z siebie durnia, krążąc po tym waszym labiryncie jak biała myszka.
– Naczelnik prosi o wybaczenie. Polecił mi poczekać na pana. Sprawy śledztwa…
– Sprawy śledztwa?! A czy ja przyszedłem tu pograć w pchełki?! Bardzo nie lubię być traktowany jak gówniarz! Mój czas wcale nie jest mniej drogi od waszego! Proszę mnie natychmiast połączyć z Zenowiczem!
Ostatnie zdanie Baronelli wypowiedział najbardziej stanowczym i nie znoszącym sprzeciwu tonem, na jaki umiał się zdobyć. Tomas Eider jednak nie sięgnął po słuchawkę. Spojrzał nadinspektorowi w oczy i już zupełnie rozbudzony, powiedział.
– Nikt nie lubi być traktowany jak gówniarz.
Baronelli, nie spuszczając wzroku, wycedził dobitnie.
– Mam dowody łączące sprawę porwania Kracha z wojną przebierańców.
Eider osłupiał. Zanim sięgnął po słuchawkę, stojący pomiędzy mężczyznami telefon zdołał wybrzęczeć kapryśną melodię. Przyłożył słuchawkę do ucha zaledwie na parę sekund. Jego spuchnięte oczy zrobiły się okrągłe, a goszczące w nich zdumienie ustąpiło miejsca przerażeniu.
– Proszę za mną! – rzucił w kierunku Baronellego i wybiegł na korytarz.
Nadinspektor nie spodziewał się takiej reakcji, jednak bez chwili zwłoki ruszył w pogoń za Eiderem. Kołysząc brzuchem i sapiąc jak lokomotywa, Baronelli pokonał niezliczoną ilość zakrętów w prawo i lewo. I chociaż – wiedziony instynktem samozachowawczym – nie zadawał w biegu żadnych pytań, to i tak ledwo zipał, gdy dobiegli do niepozornych żółtych drzwi z napisem „SAT-SECURITY”.

Przez całe popołudnie Jonatan poszukiwał samotności. Od chwili, gdy doszedł do siebie po fatalnym badaniu, podczas którego zepsuła się aparatura, nie dawano mu jednak spokoju. Najpierw zajął się nim neurolog, profesor Giovanni Diego. Potem przyszła kolej na dwójkę neurofizjologów, Andreę Schmidt, szczebioczące psycholożki i hipnoterapeutę. Jakby nie dość tego, że musiał odpowiadać na setki męczących, absurdalnych pytań, przez cały czas szwendał się w jego pobliżu nadstawiający ucha Ziegler, co doprowadzało go do wściekłości. Dopiero Jean-Marc Varaut, z którym Adams spędził ostatnią godzinę przed kolacją, pozbył się dziennikarza na dobre, dzieląc się z nim kilkoma niegodnymi hipnoterapety sugestiami.
Tuż po kolacji, nie czekając na pojawienie się kolejnego rozmówcy, Jonatan zniknął wszystkim z oczu. Po prostu uciekł. Szybki spacer nie znanymi mu jeszcze alejkami zaprowadził go pod sam mur okalający arboretum. Przechadzając się wzdłuż niego w ciemnościach, odnalazł wreszcie czas na refleksję.
Sen, który obudził go dzisiejszego ranka, pozostawił w jego świadomości swój cień, który wciąż spowijał każdą z rodzących się w jego głowie myśli. Córka profesora Kracha usiłująca wyrwać mu serce… Potem druga, potem trzecia i czwarta – wszystkie z identyczną twarzą. Potem piąta, szósta i siódma… Wkrótce są ich setki, a wszystkie, uśmiechając się do niego tym samym lubieżnym wzrokiem, zatapiają dłonie w jego ciele i rozrywają je na strzępy. W wyuzdanym tańcu zaczynają zrzucać z siebie ubrania, a wtedy razem z częściami ich garderoby na ziemię spadają też ich włosy. W ich dłoniach pojawiają się wielkie topory i nagle okazuje się, że nie są kobietami, lecz… Wtedy zerwał się z łóżka ciężko dysząc i z niezrozumiałych dla siebie powodów przez długi czas nie mógł się uspokoić. Podobnego wrażenia doznał podczas dzisiejszego badania. Zagłębiony w skafandrze i wpatrzony w migający ekran, starał się – zgodnie z zaleceniami profesora Bolei – odrzucić wszelkie myśli i skupić na odbiorze wściekłej kroniki. Jednak nie mógł. Jakaś niewidzialna siła wciąż przywoływała do jego świadomości obraz nocnego koszmaru, albo raczej uczucie, z którym się z niego obudził. To był strach. Ale w strachu tym było jeszcze… pragnienie.
Otrząsnął się z tej myśli. Wydawało mu się, że słyszy coś po drugiej stronie muru, więc przystanął na chwilę nasłuchując. Szybko jednak zapomniał o przyczynie, dla której się zatrzymał i ruszył w przeciwną stronę.
Więc… Yasmina Villasante? Uahida czy Yasmina – cóż za różnica? Przecież nie mogą różnić się od siebie aż o tyle, by… Zatrzymał się przy jednym z lampionów i wyjął z kieszeni zdjęcie Yasminy, które przed kolacją wręczył mu Zenowicz. Prosił o nie już rano, lecz postanowiono pokazać mu je po raz pierwszy dopiero podczas testu, monitorując jego reakcję. Zdjęcie pochodziło sprzed czternastu lat, kiedy Yasmina miała lat szesnaście. Patrząc w jej oczy, Jonatan mógłby przysiąc, że ta młoda, głupia, zepsuta nastolatka ma już za sobą większą ilość erotycznych przygód, niż ta, którą Uahida będzie mogła się szczycić u końca swej żywiołowej kariery. Ohyda! Zresztą… Uahida do Yasminy czy Yasmina do Uahidy – zawsze podobne będą tylko do siebie nawzajem, a nie do… Laurence.
Podczas ich porannej rozmowy ani razu nie popatrzyła mu w oczy. Dlaczego jej zachowanie zmieniło się aż tak bardzo? Nie mógł tego zrozumieć. Nie mógł zrozumieć wielu rzeczy. Dlaczego w ogóle zgodziła się na ten wczorajszy spacer? Dlaczego szli trzymając się pod rękę? Dlaczego przytuliła się do jego ramienia na krótką chwilę? Dlaczego zaraz potem odsunęła się tak nagle? Co zaszło w tamtym momencie, w tej jednej chwili? Dlaczego unikała go przez cały dzisiejszy dzień? Przecież… Poczuł, że musi ją zobaczyć.

Kušik nie mógł zasnąć. Po raz pierwszy od wielu dni miał wolny wieczór; nadinspektor nieoczekiwanie obdarował go w tak wspaniałomyślny sposób. Jeszcze parę godzin temu marzył o chwili, gdy wreszcie będzie mógł powrócić do domu, przygotować sobie gorącą kąpiel z pianą i – jak zwykle w takich wypadkach – zasnąć w wannie. Obudziłby się po jednej lub dwóch godzinach w chłodnej wodzie, a wtedy wskoczyłby do jeszcze chłodniejszej pościeli i czekał, aż rzucające jego ciałem dreszcze zamienią się w senną błogość.
Jednak z niezrozumiałych dla nikogo względów, tego wieczora Stanislav Kušik nie poszedł do domu. Położył się na sofie w pokoju rekreacyjnym, lecz po zmarnowanym w ten sposób kwadransie wstał i zaczął szwendać się bez celu po całym wydziale. Spróbował nawiązać tuzin rozmów z tuzinem zapracowanych kolegów, narażając się tym samym na stek soczystych uwag i kilka tanich gestów w okolicy czoła. Nie zrażony tym niepowodzeniem, dokładnie wyczyścił swoje okulary w gabinecie Baronellego i poszedł do pokoju radiotelefonistek. Kiedy i stamtąd go przepędzono, zamknął się na minutę w archiwum, po czym zszedł do bufetu, zlikwidował cztery kanapki z roladą serową i z nową dawką energii pojawił się wreszcie – niby nocna zjawa – pośrodku sali operacyjnej.
– Dziękuję ci, Klaus. Bardzo mi pomogłeś.
Młodszy agent Keller popatrzył na Kušika znad wbudowanych w pochyłą konsoletę pokręteł, monitorów i mikrofonów.
– No, wiesz kiedy.
[1] 2 3 5 »
dodajdo

Komentarze

18 X 2017   13:08:21

Świetna powieść z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Inne recenzje

Trzy lata po amnezji
— Wojciech Gołąbowski

Bez pamięci – fragment II
— Ryszard Dziewulski

Bez pamięci – fragment I
— Ryszard Dziewulski

Tegoż twórcy

Echa Achelonu, opowieść pierwsza: Skarb Cyrusa
— Ryszard Dziewulski

Dżin
— Ryszard Dziewulski, anonim

Pod lipą
— Ryszard Dziewulski, Ewa Dziewulska

Tegoż autora

Jak murem w głowę
— Ryszard Dziewulski

Bez pamięci – fragment II
— Ryszard Dziewulski

Bez pamięci – fragment I
— Ryszard Dziewulski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.