Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 7 lipca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Wszyscy jesteśmy Chrystusami

Wyszukaj / Kup
Opis dystrybutora
Głównym motywem filmu są bolesne wspomnienia Sylwka - Syna o piciu jego Ojca - Adama. Naprzemianlegle do tego - zaczyna się w Adamie odwijać taśma własnych wspomnień, tworzących - wraz z opowiadaniem Syna - listę największych strat i ran, zadanych przez picie - sobie i bliskim.
Teksty w Esensji
Filmy – Recenzje      

Filmy – Wywiady      


Filmy – Publicystyka      



Piotr Dobry, Bartosz Sztybor, Konrad Wągrowski ‹Zgryźliwi prorocy: Edycja 4, marzec 2006›

Utwory powiązane
Filmy      






Tetrycy o filmie [8.12]

MC – Michał Chaciński [7]
Przez pół filmu miałem wrażenie rozmyślnego szokowania widza, ale od połowy nagle poczułem, że to wszystko jest jednak bardzo prawdziwe, uczciwe i szczere wobec widza. Koterski nakręcił najcięższy film od czasu „Domu wariatów” i w moim odczuciu zamknął cykl. Nie wiem, co można tutaj dodać, nie powielając starych pomysłów. W histori o Miauczyńskim wiemy bowiem już, że między „Domem”, a „Chrystusami” bohater przejmuje najgorsze cechy swoich rodziców, zmienia się we własnego ojca, a zemsta ironicznego losu za tę porażkę w próbie zmiany własnego życia polega na tym, że musi oglądać jak syn zmienia się także w niego samego. To ciężki kawałek prawdy o życiu. Jednocześnie szkoda, że Koterski nie opanował się przed tak łopatologicznym stosowaniem religijnej symboliki, bo nie przydaje ona nic filmowi. Przy tej opowieści sam tytuł by wystarczył i już byłoby wszystko jasne. A tu na ekranie atakują mnie jakieś korony cierniowe, drogi krzyżowe itd. Tak mógłby to widzieć rozdramatyzowany i użalający się nad sobą alkoholik. Od świadomego twórcy wymagam jednak trzeźwiejszej oceny stosowanych środków.

PD – Piotr Dobry [9]
Postawioną w tytule ryzykowną tezę udaje się Koterskiemu wybronić mimo momentów popadających w patos i ocierających się o kicz. Udaje się głównie dlatego, że znanej choćby z III części „Dziadów” koncepcji mesjanizmu narodowego autor „Domu wariatów” nie wznosi na piedestał, nie uwzniośla jak Mickiewicz i podobni mu romantycy. Tu nie chodzi o żadną misję dziejową, wielkie idee, a o zwyczajne życie codzienne, „życie wewnętrzne”, relacje międzyludzkie i najbanalniejsze czynności. Polska Koterskiego nie tyle jest „Chrystusem narodów”, co narodem Chrystusów. Tutaj nie ma jednego wybrańca, zbawiciela, jednego ponad wszystkimi. Chrystus pomaga nie komu innemu, jak drugiemu Chrystusowi. Ale i Chrystus rani Chrystusa, gdyż reżyser bardzo słusznie dostrzega w tym wszystkim dwoistość ludzkiej natury. Każdy jest Chrystusem i każdy postępuje jednocześnie wbrew naukom Chrystusa. Jest tym, który wisi na krzyżu, i tym, który dźga włócznią. Bowiem Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, Bóg ma wobec każdego określone zamiary, ale to „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Najlepszy polski film od czasu… „Dnia świra”.

WO – Wojciech Orliński [8]
Coś jakby "Pręgi" done right - przejmujące pokazanie tego, jak można być rodzinnym tyranem bez sado-maso w stylu Kuczoka, po prostu poprzez zamiauczanie najbliższych na śmierć. To chyba najmniej komediowy film w cyklu o Adasiu Miauczyńskim i najbardziej przez to przejmujący. Religijna symbolika mnie nie raziła, bo przecież cały czas jest wzięta w klamry opowieści kulturoznawcy, traktującego drogę krzyżową jako metaforę. Metaforę - kurczę - po prostu tak trafną, że nie ma bata, jak by powiedział główny bohater, tak naprawdę chcący powiedzieć coś innego.

MS – Małgorzata Sadowska [9]
Jestem entuzjastką najnowszego filmu Marka Koterskiego - może z wyjątkiem nazbyt dosłownego i patetycznego finału, w którym Koterski traci to, co jest jego największą siłą - ironię i dystans. Ale nawet to mogę mu wybaczyć, bo zrobił kawał mocnego, bezkompromisowego i osobistego kina, koncentrującego się wokół spraw niby to oczywistych, a jednak wstydliwych. Mam tu na myśli nie tyle alkoholowy problem, który toczy bohatera tak samo, jak połowę populacji tego kraju, lecz problem komunikacyjny: totalną niemoc, nieumiejętność porozumiewania się z innymi ludźmi. Szczególnie na płaszczyźnie emocjonalnej i uczuciowej. Jest jeszcze coś, na co warto zwrócić uwagę - Marek Koterski jest jedynym reżyserem w Polsce, który z powodzeniem korzysta w kinie z narzędzi i języka psychoterapii. Może dlatego filmy, które robi mają taką oczyszczającą moc, podczas gdy dokonania jego kolegów po fachu, głównie przeczyszczającą.

KS – Kamila Sławińska [7]
Film sporo słabszy od Świra, choć trudno odmówić mu siły i odwagi mówienia o rzeczach, o których nikt jakoś w Polsce prosto i bez ściemniania mówić nie potrafi. Trochę raziły mnie wszystkie te religijne metafory, zbyt dosłowne, przyciężkie i w gruncie rzeczy niepotrzebne; zabrakło za to ironii i czarnego humoru, który zwykle wznosił produkcje Koterskiego wysoko, wysoko ponad średnią krajową. Ciekawe, że mimo, iż scenarzysta-reżyser od lat podobnie konstruuje dialog, jego wyczucie potocznego języka z całą niezgrabnością koślawych powtórzeń i zająknięć przydaje jego bohaterom prawdziwości. Aktorsko - jest nieźle: znakomicie dobrane postacie drugoplanowe, dobry Chyra... ale lepszy Kondrat. To jego niczym nie maskowana żałosność sprawia, że Miauczyński jest postacią boleśnie, bezbronnie, poruszająco prawdziwą. Bo co zapamiętuje się z tego filmu - to owo coraz rzadsze w kontekście współczesnego polskiego kina uczucie, z jakim ogląda się ostatnią scenę filmu. Uczucie, że oto pokazano nam coś może niedoskonałego, ale szczerego i uczciwego. Szkoda tylko, że zabrakło w filmie jakiegoś uniwersalniejszego podsumowania, jakiejś puenty dla pijaństwa raczej jako wady narodowej niż prywatnej skazy jednego nieszczęśliwego, emocjonalnie kalekiego człowieka.

BS – Bartosz Sztybor [7]
Nie miałem nigdy alkoholika w rodzinie, a i tak "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" całkiem mocno mną wstrząsnęło. Koterski bardzo sugestywnie opowiada historię i nie ugładza nic na siłę. Sam motyw z "wyszczekiwaniem" dialogów wprawił mnie w osłupienie, a wizyty na Kolskiej, cięcie choinki i leżenie w wymiocinach dopełniły moje przerażenie. Nie byłoby jednak takiego wrażenia, gdyby nie świetna rola Chyry – najlepszego dramatycznego Miauczyńskiego. Słabo wypada natomiast Kondrat (niezmiennie najlepszy jako Miauczyński satyryczny), który zdaje się grać pijaka według zasad z książki "Granie pijaków dla opornych". Mówi ze sztucznym akcentem i stroi dziwne miny, co wypada nieprawdziwie przy totalnej grze Chyry. Przesadził też Koterski z nadmiernym "kurwowaniem" w dialogach ojca z synem i umieścił za mało scen kameralnych. Nie przeszkadza mi rozbuchana symbolika i ogrom scen-gilotyn, ale przydałyby się jakaś równowaga i więcej momentów w stylu tego z robieniem kogla-mogla. Tego było sporo w "Dniu świra" i dlatego poprzedni film Koterskiego może żyć w świadomości widza długo po seansie, czego nie da się powiedzieć o "Wszyscy jesteśmy Chrystusami".

KW – Konrad Wągrowski [9]
To kolejny film ostatnio, któremu odrobinkę zawyżam ocenę, bo ze względu na pewne dłużyzny i kilka scen niewiele nowego wnoszących do treści, "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" zasługiwałoby bardziej na ósemkę, ale ponownie ze względu na emocjonalną siłę i odmienność od tego co zwykle ostatnio przedstawia polskie kino, nowe dzieło Marka Koterskiego zasługuje na 9. Ujęło mnie kilka rzeczy. Po pierwsze - koncentracja na alkoholowym problemie konkretnej jednostki, a nie zjawisku społecznym, jak to częściej bywało. Dzięki temu film nabiera bardzo osobistego wyznania i ucieka od wszelkiego szufladkowania. Po drugie - odwaga Koterskiego, który chce tę historię opowiadać po swojemu i dzięki temu wyrasta naprawdę na indywidualność - wydaje się, że obecnie nie ma w Polsce drugiego twórcy o tak wyrazistym i odrębnym stylu. Po trzecie znakomite operowanie przez cały seans między dramatem i komedią, odważnym przeplataniem takich scen, dzięki czemu po prostu nie da się przejść obok filmu obojetnie. Po czwarte - garść naprawdę doskonałych i zaskakujących pomysłów, jak przeklinający Anioł Straż (komediowy), czy masakra choinki (dramatyczny). Po piąte- bardzo dobre aktorstwo, choć chyba ani Kondrat, ani Chyra nie dorównują Kondratowi w "Dniu świra". Po szóste wreszcie - od dawna nie było w Polsce tak chrześcijańskiskiego w wymowie filmu, niekoniecznie od strony religijnych pomysłów inscenizacyjnych, ale od strony przesłania o zbawiennej sile miłości. Paradoksalnie - Koterski w sym najmniej komediowym filmie jest jednocześnie największym optymistą w swej karierze. Ale żeby dojść do tego optymistycznego przesłania, trzeba przejść przez momentami porażającą opowieść, o temacie, który w jakiś sposób zapewne nie jest obcy większości Polaków, czy chodzi o nich samych, o kogoś z rodziny, czy znajomych.

BZ – Beata Zatońska [9]
Mocne przeżycie. Osobisty "serial" Marka Koterskiego z Adasiem Miauczyńskim w roli głównej miał lepsze i gorsze momenty. Ten film to lekkie zaskoczenie. Zaskoczenie, że można tak opowiadać o rodzinie, o Polsce, o cierpieniu. Opowiadać tak dobrze, dosadnie i prawdziwie. Zaskoczenie, że zniknął gdzieś sarkastyczny humor charakterystyczny dla Koterskiego, ustępując miejsca głębokiej refleksji. Co nie znaczy, że nie ma tu elementów komediowych. Z tym że śmiech więźnie w gardle, gdy dociera do nas, z czego śmiać się chcemy. Gehenna Adasia Miauczyńskiego i jego rodziny, spowodowana przekazywanym z pokolenia na pokolenie alkoholizmem, pokazana została w taki sposób, że naturalizm łączy się z romantyzmem i surrealizmem. Sceny symboliczne sąsiadują z klinicznym niemal studium choroby alkoholowej. Jeśli ktoś mówi, że Koterski popełnił świętokradztwo i obraża uczucia religijne, stosując paralelę między swoimi bohaterami a cierpieniem Chrystusa, to znaczy, że tego filmu nie widział. Reżyser rozprawia się z polską mitologią, wywleka na światło dzienne sprawy wstydliwe i wynosi je na piedestał w majestacie sztuki. Nie usprawiedliwia jednak, ani nie tłumaczy. Nie ma w nim pobłażliwości dla Miauczyńskich, ale nie wyśmiewa się z nich, nie szydzi. Film jest spójny, jednorodny stylistycznie. W tym świecie nie dziwi galopujący na koniu przez osiedlowe uliczki diabeł, ani Anioł Straż z tekturowymi skrzydłami, który pojawia się, by pomóc grzęznącemu w życiowym bagnie Adasiowi. Marek Kondrat i Andrzej Chyra zagrali Adasia Miauczyńskiego po prostu fantastycznie – może to określenie to banał, ale inaczej się o tych rolach powiedzieć nie da. Szóstka z plusem i już.

Oceń lub dodaj do Koszyka w

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Copyright © 2000-2020 – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.