Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Happy Feet: Tupot małych stóp (Happy Feet)

George Miller
‹Happy Feet: Tupot małych stóp›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułHappy Feet: Tupot małych stóp
Tytuł oryginalnyHappy Feet
Dystrybutor Warner Bros
Data premiery1 grudnia 2006
ReżyseriaGeorge Miller
Scenariusz
ObsadaElijah Wood, Nicole Kidman, Hugh Jackman, Robin Williams, Brittany Murphy
MuzykaJohn Powell
Rok produkcji2006
Kraj produkcjiAustralia, USA
CyklHappy Feet
Czas trwania108 min
WWW
Gatunekanimacja, familijny, przygodowy
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Opis dystrybutora
W wielkim państwie pingwinów cesarskich, gdzieś na Antarktydzie, jesteś nikim, jeśli nie potrafisz śpiewać - i taki właśnie los spotyka Mambo, który jest najgorszym śpiewakiem na świecie. Urodził się... stepując. Choć mama Mambo, Norma Jean, uważa, że jego taneczny zwyczaj jest uroczy, jego ojciec twierdzi, że "to nie przystoi pingwinom".
Inne wydania

Utwory powiązane
Filmy (9)       [rozwiń]






Tetrycy o filmie [4.40]

MC – Michał Chaciński [4]
Takie są skutki stosowania arkuszy kalkulacyjnych w biurach producentów. Happy Feet powstało z dodania do siebie formuły oscarowego dochodowego dokumentu o pingwinach, trójwymiarowej animacji, antropomorfizowanych zwierząt grających w pozbawionych logiki fabułach a la Madagaskar i piosenek r’n’b serwowanych przez panienki pokroju Beyonce. To, że wynik jest dla dorosłego widza animowanym odpowiednikiem mózgojeba nikomu w biurze producenta nie przeszkadza. Tym bardziej, że film zarobił swoje. Sequele niechybnie w drodze.

PD – Piotr Dobry [7]
Tak wyglądałby „Marsz pingwinów”, gdyby wyreżyserował go Baz Luhrmann. Wypasiony wizualnie, niezły muzycznie, na poły fascynujący, na poły konfundujący. Latynoskie pingwiny, podobnie jak ich krewni w „Madagaskarze”, zgarniają całą pulę. To zresztą głównie dla nich „Happy Feet” – jako bodaj pierwszą spośród animowanych superprodukcji goszczących na naszych ekranach – lepiej obejrzeć w wersji oryginalnej niż zdubbingowanej.

BF – Bartek Fukiet [3]
Happy shit. Co zrobić w sytuacji, kiedy nie ma się zupełnie pomysłu na film? Znaleźć modny temat (pingwiny) i nafaszerować fabułę paroma tuzinami muzyczno-wokalnych wypełniaczy, unikając konieczności pisania inteligentnych i dowcipnych dialogów. Przez pierwszą część ekranowych pingwinich treli nudziłem się potwornie. Ale finał – z ptaszyskami, które przekazują ludzkości znak pokoju poprzez radosne, grupowe pląsy – okazał się tak głupi, że aż śmieszny. Mi to się skojarzyło z pewnym kosmitą rodem z Vonneguta, który prykaniem i stepowaniem próbował nawiązać kontakt z mieszkańcami naszej planety. Podrygujące pingwiny miały więcej szczęścia od pechowego aliena. Wszystkie żyły długo i szczęśliwie. No i bad news. To jeszcze nie koniec. W przygotowaniu animowane widowisko z pingwinami na deskach surfingowych.

WO – Wojciech Orliński [2]
O debilności fabuły dość napisała już Kamila. Nie podzielam jej zachwytu stroną techniczną - może ja po prostu oglądam więcej filmów animowanych? Nie odniosłem w każdym razie wrażenia, że "Happy Feet" jakoś szczególnie góruje nad innymi filmami roku 2006. Dodatkowo sprawę kładzie polski dubbing. Jest straszny. W filmie występują dwa gatunki pingwinów, co w oryginale ma pokazywać to, że część z nich mówi po hiszpańsku i angielsku z latynoskim akcentem. W wersji polskiej zamiast akcentu latynoskiego mamy slang debilowatych cwaniaczków (w tej roli oczywiście jak zwykle Jarosław "Wyginam Śmiało Ciało" Boberek, którego głosu w polskiej animacji zaczynam mieć powyżej wszelkich otworów cielesnych). Zrezygnowano jednak z dubbingu większości piosenek, w związku z tym dzieci muszą się pogodzić z tym, że bohaterowie od czapy nagle zaczynają śpiewać innymi głosami i w innych językach (w sumie trzech - angielskim, hiszpańskim i polskim). Dorośli zaś powinni omijać tę bzdurę z daleka.

KS – Kamila Sławińska [6]
Czyżby animowany sequel nagrodzonego Oskarem dokumentu o pingwinach? Na to wygląda. Tyle tylko, że pingwiny gadają głosami pierwszoligowych hollywoodzkich aktorów, a całość jest o wiele bardziej łzawo-cukierkowa niż „Marsz pingwinów”. Szczerze mówiąc pomysł ze stepującym pingwinem-odmieńcem jest idiotyczny, a cała fabuła już po paru minutach okazuje się zbyt infantylna jak nawet dla współczesnego dziesięciolatka - jest jednak co najmniej jeden powód, by przecierpieć wszystkie te tiutiutiu-buzi-dupci: realizacyjnie jest t bodaj najznakomitszy film animowany, jaki kiedykolwiek zrobiono. Realizm efektów, rozmach zdjęć, montaż - powalają: wszystkie dotychczasowe ograniczenia, które czyniły animację ubogą krewną tradycyjnych technik filmowych po prostu przestały istnieć. Wrażenie jest tak niesamowite, że można nawet zapomnieć o tym, ze główny bohater jest idiotą, a rozwój wypadków daje się przewidzieć niemal od pierwszej sceny. A, w wersji oryginalnej są też kapitalne głosy (zwłaszcza Robin Williams rządzi), ale ten walor niestety chyba przepadnie w polskim opracowaniu.

Oceń lub dodaj do Koszyka w

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Copyright © 2000-2022 – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.