Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

Grindhouse vol. 1: Death Proof (Quentin Tarantino's Death Proof)

Quentin Tarantino
‹Grindhouse vol. 1: Death Proof›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGrindhouse vol. 1: Death Proof
Tytuł oryginalnyQuentin Tarantino's Death Proof
Dystrybutor Kino Świat
Data premiery20 lipca 2007
ReżyseriaQuentin Tarantino
ZdjęciaRobert Rodriguez
Scenariusz
ObsadaRose McGowan, Marley Shelton, Quentin Tarantino, Michael Parks, Kurt Russell, Rosario Dawson, Vanessa Ferlito, Jordan Ladd, Tracie Thoms, Mary Elizabeth Winstead, Eli Roth, Sydney Tamiia Poitier
MuzykaRobert Rodriguez
Rok produkcji2007
Kraj produkcjiUSA
WWW
Gatunekgroza / horror
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Opis dystrybutora
Dla najpopularniejszej didżejki w Austin, Jungle Julii oraz jej dwóch przyjaciółek Shanny i Arlene noc jest najlepszą okazją, by porządnie się zabawić. Cała trójka wyrusza więc z Guero do teksaskiego Chili Parlor. Ich wyprawa nie pozostaje niezauważona… W ślad za dziewczynami potajemnie udaje się Stuntman Mike, facet, który lubi seks, alkohol i ostrą jazdę, ale przede wszystkim kocha zabijać…
Teksty w Esensji
Filmy – Recenzje      
Kamil Witek ‹Gaz do dechy›

Filmy – Publicystyka      



Utwory powiązane
Filmy (10)       [rozwiń]






Tetrycy o filmie [8.30]

DA – Darek Arest [7]
Tyle tu (pod spodem) napisanych cudów (prawdziwych) – zdaje się, że następnym filmem Tarantino będzie chyba ekranizacja własnej hagiografii. Więc krótko: pan reżyser to guru kreatywnego śmieciarstwa. Zbiera różne odpadki i dużym wdziękiem skleja z nich soczystą (choć przecież wyeksploatowaną) filmową rzeczywistość. Cudownie bezwstydna jatka.

MC – Michał Chaciński [7]
Sukces Tarantino polega moim zdaniem na tym, że nie nakręcił w pierwszej kolejności hołdu dla kina B z lat 70., tylko nakręcił po prostu film. Death Proof ma wszystkie mocne strony jego kina: solidne postaci, kilka mocnych sytuacji i dobre prowadzenie aktorów. Ma też to, czego od dobrego filmu domagał się Howard Hawks, czyli trzy świetne sceny (plus żadnej złej). Dla mnie te świetne to pierwszy wypadek, końcowy pościg i przede wszystkim rewelacyjnie podana konwersacja na ganku (zaraz przed lapdansem). Zauważył ktoś, że dialog podany jest tu w rytmie i rymie niczym z tego, no, Szekspira? Nieźle złapał też Tarantino fakt, że kino B z lat 70. jest często zupełnie niepotrzebnie i bezsensownie przegadane. Dlaczego? Bo talk is cheap i gadki łatwo się kręci, wypełniając konieczny czas seansu. Żeby nie było tak cudownie – część dialogów jest jednak po prostu nudna i o niczym. Ale nie przeszkodziło mi to obejrzeć DP dwa razy i czekać na więcej. Ultimate success tego filmu oceniam tak: można by go puścić 30 lat temu w kinie grindhouse. O to chyba chodziło?

PD – Piotr Dobry [8]
To przykre być uważanym za widza drugiej kategorii tylko dlatego, że nie mieszka się w kraju Dżordża Dabliu. Zazdroszczę Kamili – my na Rodrigueza poczekamy jeszcze z kwartał, a w dodatku jakieś decydenckie palanciska pozbawiły nas możliwości obejrzenia fejkowych trailerów przygotowanych przez Wrighta, Rotha i Zombiego! Nóż się w kieszeni otwiera, ale co poradzić – mam nadzieję, że doczekamy się chociaż pełnowartościowej edycji DVD, a póki co trzeba się cieszyć filmem Tarantino. A jest czym – „Death Proof” to autorski list miłosny do kina klasy B lat 70., pod którym mam ochotę się podpisać. Ach, te ujęcia celebrujące damskie uda, stopy i pośladki! Och, ten Kurt Russell, który musiałby być za rolę Stuntmana Mike’a nominowany do Oscara, gdyby tylko Akademicy mieli choć połowę tego dystansu, co on do własnego wizerunku. Wow, ten soundtrack! Poza tym strasznie mi się podobał powrót do idei znanej z „Pulp Fiction” – najpierw niespieszna prezentacja barwnych, soczystych postaci, wymieniających się błyskotliwymi dialogami, a dopiero w ostatniej półgodzinie odjazd na pełnym gazie, przyrost adrenaliny (u postaci i u widza), czad, łomot, jatka i tak dalej. Welcome back, QT!

BF – Bartek Fukiet [8]
Decyzja o rozdzieleniu double-feature Tarantino & Rodrigueza to wyjątkowe draństwo. Tym większe, że dwa filmy – połączone w grindhouse’owym oryginale zestawem fałszywych trailerów (do obejrzenia w YouTube) i powiązane ze sobą za sprawą niektórych postaci i motywów – zobaczymy u nas w odstępie bodaj czteromiesięcznym. Aż się klient p2p ze złości w komputerze otwiera… Oryginalna wersja „Death Proof” liczy sobie 90 minut i IMHO to idealna długość na historię wykoncypowaną przez Quentina. W wydaniu europejskim doszło około 37 minut materiału, co czyni „DP” filmem odrobinę przegadanym. Chociaż pamiętajmy, że „przegadanie” w wydaniu Tarantino to możliwość obcowania z mięsistymi dialogami, nafaszerowanymi odwołaniami do klasyki amerykańskiego kina, popkultury i do poprzednich filmów reżysera. Za GENIALNY szosowy finał jestem w stanie wybaczyć Quentinowi delikatne dłużyzny. Obsada kobieca prima sort (drogie Panie, seksapil nie musi być anorektyczny, czego dowodem „odnaleziona” w wersji europejskiej rolka filmu z lap dance w wykonaniu Vanessy Ferlito – przynajmniej tego bonusa mogą nam Jankesi pozazdrościć), Kurt Russell wraca do carpenterowskich korzeni i serwuje nam swoją najlepszą rolę od wielu, wielu lat, a Tarantino świetnie się bawi, z brawurą rozkładając konwencję trashowego kina na czynniki pierwsze…j jakości. Film wielokrotnego użytku.

WO – Wojciech Orliński [10]
Jak to? Tylko ja daję dziesiątkę? Czego się tu można czepnąć? Konstrukcja filmu jest tak genialnie prosta… a te dialogi błyskotliwe niczym pogaduszka o dawaniu napiwków w „Psach z rezerwuaru”.

KS – Kamila Sławińska [9]
Wielka szkoda, że europejscy widzowie nie będą doświadczać wspólnego dzieła Tarantino i Rodrigueza w takiej formie, w jakiej twórcy pokazali je Ameryce – ja tak je widziałam i tak też opiszę. Dopiero oglądane razem, z dodatkiem pysznych zajawek nieistniejących filmów (ach, ten „Machete!!!) i stylizowanych na drive-inowe infografiki, wyblakłych od zbyt częstego wyświetlania plansz, te dwa-filmy-w-jednym ujawniają pełnię swych walorów. Całość to kapitalny, pełen miłości hommage dla niezwykłego, bezczelnego, nieustraszonego kina klasy B, które nie dba o szarą rzeczywistość z jej żałosnymi ograniczeniami i nudną logiką. „Grindhouse” angażuje i wciąga, śmieszy i straszy – a co najbardziej zdumiewające, potrafi zaczarować widza do tego stopnia, że trzy godziny w kinowym fotelu mijają jak z bicza trzasnął. Teraz o połówkach tej całości: każdy z panów w swoim segmencie wzbija się na wyżyny tego, co – jak od dawna wiemy – potrafi robić najlepiej na świecie. Rodriguez w „Planet Terror”, swoim najlepszym filmie od czasu „Od zmierzchu do świtu”, stworzył kilka kapitalnych, umiejętnie przerysowanych postaci i znakomicie wkomponował aktualne wątki w swoją pyszną parodię klasycznego horroru o zombie. Tarantino w „Death Proof” udowodnił, że ciągle potrafi napisać urywające głowę dialogi, których chciałoby się natychmiast nauczyć na pamięć – oraz że jak mało który twórca umie stworzyć barwne postaci kobiece, które przypadną do gustu wszystkim widzom bez względu na płeć. Z wszystkich znakomitych ról w obydwu segmentach najbardziej chyba zapada w pamięć kapitalna Zoe Bell jako… Zoe Bell – miejmy nadzieję, że to nie ostatni raz, kiedy ktoś docenił zawadiacki wdzięk nowozelandzkiej kaskaderki. A w ogóle to poproszę o jeszcze: z superwielką Colą i podwójnym popcornem.

JS – Jakub Socha [8]
Świetne kino, które oszukuje widza i uwodzi. Tarantino coś zapowiada, potem zapowiedź przedłuża tak, że chce się, żeby zapowiedź trwała jak najdłużej. Następnie uderza szybko i celnie. Potem wprowadza świetną dygresje w cowboyskich kapeluszach. Reszta to już szaleńcza jazda. Powiedzieć, że „Death Proof” to jazda obowiązkowa, to powiedzieć za mało.

MW – Michał Walkiewicz [9]
Pójdę tropem pierwszych skojarzeń i zestawię „Death Proof” z „Jackie Brown”. W obydwu filmach Tarantino dopieszcza widza głównie mięsistymi postaciami, stylistyczną biegłość i narracyjne nowatorstwo spychając na dalszy plan (także istotny, gwoli ścisłości). Adaptacja prozy Elmore’a Leonarda wyłamuje się dzięki temu z nawiasu opowieści pół-serio, unieważnia chwilowo „zabawę w kino”. Wyczyny kaskadera Mike’a unikają etykietki prymitywnego hołdu dla kin grindhouse. Każda z cudownej urody kobiet, jak przypuszczam miękkich, ciepłych i pachnących, ma tu do sprzedania osobowość o wiele ciekawszą, niż O-Ren Ishi, Czarna Mamba i Górska Żmija razem wzięte. Po pierwszych scenach bałem się, że reżyser „Pulp Fiction” przedobrzy z firmowymi dialogami. Na szczęście umiejętnie przeciągane (i jak zawsze smakowite) dyskusje wzmacniają dramaturgicznie nagłe eksplozje okrucieństwa. Złorzeczyłem na dystrybutorów za rozdzielenie dyptyku Tarantnio i Rodrigueza, ale erotyczny taniec Vanessy Ferlito zmusił mnie do cofnięcia wszystkich obelg. Jak pięknie być Polakiem!

KW – Konrad Wągrowski [8]
Wbrew moim początkowym obawom (że Tarantino juz tylko odtwarza) zacna nad wyraz rzecz, choć dla mnie raczej do jednokrotnego seansu, nie smakowania (chyba, że na drinking game – pijemy zawszy gdy jest zbliżenie na pośladki). Wyliczmy więc zalety. Po pierwsze – dialogi pierwszej klasy, one-linery doskonałe, dowcipy słowne przednie. Po drugie – choć mamy tu aż 8 dziewczyn na dwie godziny filmu (w dwóch zbliżonych zestawach po 4 – typ dziewczęcy, typ męski, latynoska i czekoladowa), to prawie każda jest postacia krwistą, wyrazistą, dobrze scharakteryzowaną i zapadającą w pamięć. Słowem – mozna się ich losami przejmować. Po trzecie – Kurt Russell odwala kawał dobrej roboty. O nawiązaniach nie wspominam, bo w większości odnoszą się one do kina niezbyt nam znanego (z paroma samochodowymi wyjątkami). A więc po czwarte – czego się w ogóle nie spodziewałem – Tarantino po raz pierwszy chyba w swej karierze daje nam na koniec pół godziny czystej adrenaliny przedniej marki.

BZ – Beata Zatońska [9]
Tarantino jest mistrzem świata recyclingu twórczego. Tym razem też mu się udało. Tego filmu nie powstydziłby się żaden grindhouse (kino wyświetlające non stop filmy klasy B). Tarantino skonstruował opowieść tak, by satysfakcję z jej oglądania mieli widzowie bardziej wyrafinowani, obeznani z – co brzmi dumnie – historią kina, kinomanki o zacięciu feministycznym i miłośnicy kina akcji i kubełków popcornu. Tradycyjnie już u Quentina Tarantino film naszpikowany jest cytatami z innych filmów (jego własnych też). Dotyczy to nie tylko fabuły, ale i sposobu opowiadania, montażu, zdjęć (wyglądają na postarzone). Od początku też reżyser daje widzowi sygnały – baw się razem ze mną, obserwuj uważnie. Kiedy wydaje się, że reguły gry są znane, następuje zwrot i przewartościowanie. „Death Proof” zachowuje wszystkie cechy tzw. grindhouse movies – piękne, pełne seksu dziewczyny, gorący romans, mordercze pościgi i szaleni zabójcy. Są tu dwie opowieści, które łączy postać kaskadera Mike’a, który jeździ dziwaczno-strasznym „śmiercioodpornym” samochodem. Mike śledzi grupę ślicznych dziewczyn, które wybierają się na alkoholowo-zabawowy weekend. Przemoc i horror wkraczają do akcji niespodziewanie, choć ich nadejście jest nieuchronne. Druga historia zaczyna się podobnie jak pierwsza – grupa ślicznych dziewczyn i śledzący je Mike, tylko że dziewczyny z Tennessee są diametralnie różne od tych, które kaskader prześladował w Teksasie. Muzyka w filmie doskonale współgra z fabułą, dialogi są zabawne, rozrywką samą w sobie jest wyszukiwanie różnych smaczków, zatopionych w drugim planie – np. na okładkach pism widać Kirsten Dunst. I jeszcze jedna, warta uwagi sprawa. Oto z filmu na film widać u Tarantino ewolucję bohaterek. Są coraz bardziej wyemancypowane i pewne siebie, bardziej męskie od mężczyzn. Teraz czekamy na drugą część „Grindhouse”, wyreżyserowaną przez Roberta Rodrigueza „Planet Terror”.

Oceń lub dodaj do Koszyka w

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Copyright © 2000-2019 – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.