Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 sierpnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Gangi Nowego Jorku (Gangs of New York)

Martin Scorsese
‹Gangi Nowego Jorku›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGangi Nowego Jorku
Tytuł oryginalnyGangs of New York
Dystrybutor Best Film
Data premiery4 kwietnia 2003
ReżyseriaMartin Scorsese
ZdjęciaMichael Ballhaus
Scenariusz
ObsadaBrendan Gleeson, Leonardo DiCaprio, Jim Broadbent, Liam Neeson, Tim Pigott-Smith, Cameron Diaz, John C. Reilly, Daniel Day-Lewis, David Hemmings
MuzykaHoward Shore
Rok produkcji2002
Kraj produkcjiHolandia, Niemcy, USA, Wielka Brytania, Włochy
Czas trwania166 min
WWW
Gatunekdramat, historyczny
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Opis dystrybutora
Nowy Jork, rok 1863. Dzielnica Five Points – ciemny zakątek miasta, od dawna uważany przez Nowojorczyków za centrum występku i chaosu. Na tle tej brutalnej i bezpardonowej walki o dominację i prawo do życia rozgrywa się historia młodego chłopaka, Amerykanina irlandzkiego pochodzenia. Amsterdam Vallon jako mały chłopiec jest obserwatorem bitwy gangów, w której ginie jego ojciec, człowiek bez reszty oddany sprawom swojej społeczności, przywódca gangu irlandzkich imigrantów zamieszkujących Five Points.
Teksty w Esensji
Filmy – Recenzje      

Filmy – Publicystyka      

Utwory powiązane
Filmy (18)       [rozwiń]






Tetrycy o filmie [7.00]

MC – Michał Chaciński [5]
Chciałem kombinować 'bokami', ale walnę wprost: to najgorszy film Scorsese od nie wiem ilu lat. Nigdy jeszcze nie oglądałem filmu Wielkiego Martina z aż tak częstym wrażeniem błędnie dobranych środków (chwilami koszmarna muzyka, niepotrzebna narracja zza kadru), źle przemyślanych scen (np. źle napisane, sztucznie 'filmowe' wprowadzenie), boleśnie deklaratywnych scen, które wyjaśniają widzowi wszystko jakby był idiotą (te nagłe retrospekcje, to sztucznie recytowane 'krew zostaje na ostrzu'), i wątków, które zmierzają do nikąd (po co ten sztuczny romans?) Scorsese zawsze oznaczał dla mnie wiarę w inteligencję widza i wrażenie odkrywczego, a przy tym absolutnie celnego doboru filmowych środków. Tutaj - porażka. Zabolało mnie też to, że po filmie mistrza wyszedłem z kina bez większych wrażeń. Piękna scenografia, stroje, wspaniała robota zdjęciowca, Lewis - owszem. Ale tym razem suma wyszła dużo mniejsza od składowych. Jedyne pocieszenie - podobno Scorsese został zmuszony do zmian w filmie przez Weinsteina.

PD – Piotr Dobry [8]
Przy każdym innym filmie – pisząc, że jedyne co ma dobrego do zaoferowania to scenografia, kostiumy i jedna rola – pewnie wystawiłbym 4 czy 5, obrócił się na pięcie i odszedł w stronę zachodzącego słońca. Ale „Gangi…” to wyjątkowy przypadek. Stroje są wykonane absolutnie mistrzowsko, scenografia rzuca na kolana i nie pozwala oderwać wzroku od ekranu, a kreacja Daniela Day-Lewisa jest jedną z najlepszych, jakie widziało kino w całej swej historii. Także mam gdzieś, że film nie spełnił pokładanych w nim nadziei, skoro przez blisko 3 godziny zapewniał mi świetną rozrywkę. Wszystkim potrafiącym jeszcze czerpać przyjemność z filmu, nie rozbierając go przy tym na czynniki pierwsze, serdecznie polecam.

WO – Wojciech Orliński [6]
No tak, teraz już wiem jak to się stało, że tyle nominacji i żadnej statuetki. Rzecz w tym, że poszczególne elementy tego filmu z osobna - gra aktorska (może z wyjątkiem Cameron Diaz), kostiumy, muzyka, scenografia - robią ogromne wrażenie i zasługują na nominację. Całość jest jednak tak niespójna, że w pamięci pozostaje wrażenie koszmarnego bałaganu, zmieniającego uznanie w niesmak. No bo jak to ma być epicki portret krwawej historii Nowego Jorku, to po kiego grzyba wszystko jest stylizowane na musical z londyńskiego West Endu. Jeżeli to ma być alegoryczna metafora współczesnej Ameryki (kapitalne teksty Jima Broadbenta typu 'to nie wyborcy decydują o wynikach, tylko ci co liczą głosy' albo 'praworządność musi być zachowana, zwłaszcza kiedy łamiemy prawo'), to po cholerę grzebanie się w archeologicznych z dzisiejszego punktu widzenia konfliktach. Każda z tych rzeczy z osobna jest najwyższej klasy - gdyby z tego filmu wykroić osobno teatralny musical, gorzką polityczną satyrę i program historyczny dla 'Discovery Channel', mogłyby powstać trzy arcydzieła. A tak, wyszedł jeden wielki pieprznik. Szkoda.

KS – Kamila Sławińska [8]
Niestety: trzydzieści lat pracy i marzeń Martina Scorsese chyba nie przybrało takiego kształtu, jakiego twórca sobie życzył. Jakkolwiek drzemią w tym filmie ślady wielkości, całość sprawia wrażenie przypadkowości i braku konsekwencji tak w rozwijaniu wątków, jak i przedstawianiu postaci. Kontrowersyjne wydają się zwłaszcza decyzje o obsadzie: Cameron Diaz nijak nie opasuje do powierzonej jej łajdackiej roli, a zmarszczony Di Caprio naprzeciw znakomitego, emanującego charyzmą Day-Lewisa wygląda jak czekoladowy zając w konfrontacji z lampartem. Razi przerysowanie wątku romansowego, zwłaszcza kiedy wie się, że główną myślą reżysera było ukazanie społecznych konfliktów i ich wpływu na dalsze dzieje Najwspanialszego Miasta we Wszechświecie. Ogromne wrażenie robią za to dekoracje i zdjęcia – rekonstrukcja Nowego Jorku z lat 1860-tych zdumiewa pietyzmem i siłą plastycznej wizji. Miejmy nadzieję, że kiedyś ukaże się wersja reżyserska, która nie będzie nosiła odcisków paluchów Harvey Weinsteina i Miramax, a za to odda sprawiedliwość wizji Scorsese. Dodaję jeden punkt powodowana lokalnym patriotyzmem, ale ci nie dotknięci obłędną miłością do Wielkiego Jabłka zapewne ocenią film niżej.

KW – Konrad Wągrowski [8]
Wyjątkowo nierówny film, ale trudno odmówić mu rozmachu i siły wyrazu. Niewątpliwie po stronie minusów należy zaliczyć niespójny i nieco rwany wątek przewodni, błędem obsadowym była rola Leonardo di Caprio - trudno uwierzyć, że jest on twardzielem, czy tak fascynującą osobowością, że mógłby zafascynować Day-Lewisa i Diaz. Natomiast ma ten film trzy niezaprzeczalne, ogromne atuty - scenografię (film _trzeba_ obejrzeć w kinie), kostiumy i niesamowitą kreację Daniela Day-Lewisa w roli Billa Cuttinga, kreację, po której zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę znakomity Adrien Brody był rzeczywiście najlepszym aktorem zeszłego roku.

Oceń lub dodaj do Koszyka w

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Copyright © 2000-2019 – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.