Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 lutego 2018
w Esensji w Esensjopedii

Filmy

Magazyn CLXXIII

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Skapiec.pl

Nowości

kinowe (wybrane)

więcej »

dvd i blu-ray (wybrane)

więcej »

Zapowiedzi

kinowe

więcej »

dvd i blu-ray

więcej »

Wężogator voodoo

Esensja.pl
Esensja.pl
Voodoo skrzyżowane z „Zaczarowanym ołówkiem”? Już wiadomo, że „Bestia” to nic dobrego…

Amir Valinia
‹Bestia›

EKSTRAKT:20%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBestia
Tytuł oryginalnyLockjaw: Rise of the Kulev Serpent
Dystrybutor Epelpol
Data premiery22 kwietnia 2009
ReżyseriaAmir Valinia
ZdjęciaBarry Strickland
Scenariusz
ObsadaDMX, Wes Brown, Louis Herthum, Lauren Fain, Brendan Aguillard, Lisa Arnold, Debra Arnott, Derrick Denicola
MuzykaMary Alice Corton
Rok produkcji2008
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania76 min
Gatunekgroza / horror, SF
EAN5907561118968
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Tematyka voodoo jest nawet dość popularna w kinematografii, tyle że często jest brana na tapetę przez twórców pozbawionych wyobraźni, próbujących w dodatku nakręcić horror przy budżecie nie starczającym nawet na puszeczkę modnych od jakiegoś czasu ośmiorniczek. Powiedzmy, że osoby odpowiedzialne za powstanie „Bestii” dysponowały umiarkowanie zadowalającym budżetem, ale z wyobraźnią wyszło jak zwykle – skończyła się na bezsensownie fikuśnym tytule („Lockjaw: Rise of the Kulev Serpent”) i koncepcji stwora ożywianego kredką.
Już początek filmu nie nastraja optymistycznie. Bezskutecznie usiłujący odegrać pijanego ojca aktor odgraża się, że będzie szukał oszczędności w rodzinnym budżecie poprzez wypisanie pacholęcia ze szkoły. Najpierw jednak skonfrontuje swoją opinię z jego oczekiwaniami. Pacholę jednak nie w ciemię jest bite – przynajmniej tego wieczora, bo normalnie dostaje regularny łomot – i unika konwersacji dając nogę przez okno. Sądząc po rozwoju niby-awantury pacholę przebywa na zewnątrz góra kwadrans, zdąża jednak w tym czasie zahaczyć o dom sąsiadów i nakłonić na nocny spacer mieszkającą tam dziewczynkę, pobuszować razem z nią w oddalonym o ładny kawałek drogi domu kapłana voodoo, co owocuje wejściem w posiadanie „różdżki Kuleva”, czyli małego patyka w kształcie aligatora, i na koniec pokłócić się z dziewczynką. Po czym, już u siebie w pokoju, rysuje zwędzonym patykiem coś na kształt węża. W efekcie tatuś, który stwierdził, że dla ochłonięcia pojeździ sobie samochodem po okolicy, zostaje chapnięty przez wielkiego gada i zaciągnięty w pole trzciny cukrowej. Zapewne w celach konsumpcyjnych.
Czemu w trakcie awantury pada sformułowanie „Moi synowie nie potrzebują szkoły”, skoro syn jest jeden? Dlaczego tatuś w ogóle uznał za zasadne przedyskutowanie sprawy szkoły z dzieciakiem? Czy stanie w drzwiach i patrzenie wilkiem na uciekających złodziejaszków to dobra reakcja na kradzież wyjątkowo niebezpiecznego obiektu kultu? Zwłaszcza że kapłan najwyraźniej nie pofatygował się po swoją własność ani wieczorem, ani nazajutrz, ani wcale? No i co to za tekst „Jeśli ojciec ci nie wleje, przyjdź do mnie rano”? Bo jak wleje, to wskocz wieczorem, czy jak…?
Zaraz potem akcja przeskakuje w czasy współczesne. Piątka nastoletnich, jadących na weekendowy wypad przyjaciół rozjeżdża stojącą przy drodze kobietę (kierowca zagapił się na wdzięki koleżanki, z kolei rozjechana kobieta miała słuchawki na uszach i bujała w obłokach). A ponieważ nikt z auta – samego w sobie terenowego, ale dodatkowo osadzonego na prawie metrowej średnicy kołach – tego nawet nie zauważył, zrozpaczony małżonek o nietkniętym grą aktorską obliczu sięga po znaną nam już „różdżkę”, którą kwadrans przed śmiercią wygrzebała w ogródku żona i… ciąg dalszy jest raczej oczywisty.
Mniej oczywiste rzeczy dzieją się po drodze, nim widz dotrze do napisów końcowych. Małżonek, siedzący w domu posadowionym na prowincji i otoczonym polami różnych zielonych rzeczy, w dodatku mający ręce klasycznego chłopa, kreśli patykiem-krokodylkiem zdumiewająco realistyczną wizję gada pożerającego auto. Równie realistycznie oddana jest piątka pasażerów. Co by znaczyło, że nie dość, że facet minął się z powołaniem i powinien zarabiać na życie raczej jako grafik niż farmer, to jeszcze natura obdarzyła go orlim wzrokiem i fotograficzną pamięcią, skoro z odległości kilkunastu metrów był w stanie dokładnie sobie obejrzeć wszystkich pasażerów pędzącego koło setki, osadzonego wysoko nad drogą samochodu. Podobnie zdumiewa jeden z bohaterów, nie mający nic przeciwko chutliwym zalotom swojej dziewczyny do kumpla. Nie lepiej jest też z samym kumplem, który dla udobruchania swojej własnej dziewczyny, wkurzonej na widok bezwstydnych amorów, wychodzi za nią z domku i rusza… w pole trzciny cukrowej. Bo przecież to oczywiste, że szukająca chwili wytchnienia dziewczyna, wychodząca NOCĄ z domu na wsi, wcale nie siądzie gdzieś na ganeczku, tylko popruje wprost w dwumetrowe chaszcze, mając nadzieję zgubić się tam do imentu bądź przynajmniej nadziać na dzika.
Dodatkowe smaczki to potrząsanie podniesioną z ziemi świecącą latarką, aż ta zgaśnie. Próby zniszczenia rysunku poprzez jego zamazanie, wytarcie gumką bądź podrapanie nożem – przy jednoczesnym zignorowaniu chyba najprostszej metody, polegającej na podarciu kartki. Zrobienie sobie morderczej broni z… trzymanej na sztorc nocnej lampki, w której zostaje zbita żarówka, a sznur owinięty u podstawy. Dobijanie się do zażywającej seksu parki, żeby koniecznie się dowiedzieć, czy u nich komórki też nie mają zasięgu. Awantura o to, że mąż zabitej kobiety w ogóle śmiał mieć jakiekolwiek pretensje o śmierć ukochanej. No i ta kaleka rozmowa u syna kapłana oraz wykład o spożywaniu papieru… Trudno nawet zgadywać, jak dużo siana miał w głowie scenarzysta, i jak silne parcie na szkło mieli aktorzy, że zgodzili się zagrać w czymś takim.
Realizacja techniczna też specjalnie nie odbiega jakością od zawartości merytorycznej, choć trzeba przyznać, że zdjęcia i udźwiękowienie są nawet niezłe, a efekty specjalne są może i wyraźnie komputerowe, ale jest ich dość mało i nie rzucają się aż tak w oczy. Co z tego, skoro część obsady powinna dostać dożywotni zakaz wykonywania zawodu, topornie zrobiona przeplatanka wątków powoduje głównie dezorientację, zaś scena seksu wywołuje co najwyżej wesołość. Bo i chłopak, i dziewczyna mają na sobie duże, solidne, ciasno przylegające do ciała majtki. Cały czas. Również w trakcie. Swoje trzy grosze dorzucił też nasz dystrybutor, dzięki któremu film ma koślawe tłumaczenie, nijaki tytuł i zupełnie idiotyczny opis na okładce, wzbudzający podejrzenia, że nikt z firmy nie odważył się zapoznać z zawartością puszczonego na rynek pudełka. Jest tam bowiem mowa o jakimś starożytnym afrykańskim kapłanie, o zamordowaniu żony, o grasowaniu potwora, który zabija „każdego, kogo spotka na swej drodze”, a całość wieńczy cudne zdanie: „Do akcji muszą wkroczyć wojskowe jednostki specjalne.” A przecież żadnego wojska tam nie ma.
Odradzam więc zapoznawanie się z „Bestią”, choć zdaję sobie sprawę, że niektórych sympatyków kinowego nawozu pewnie nie da się odciągnąć od tego filmu nawet końmi…
koniec
5 grudnia 2017
dodajdo

Komentarze

05 XII 2017   23:46:25

Recenzja tak barwna, że zamiast zniechęcać, przewrotnie zachęca do obejrzenia filmu. Nawiasem mówiąc, autor recenzji chyba chciał nawiązać do "Zaczarowanego ołówka", a nie do " Pomysłowego Dobromira"?

06 XII 2017   13:49:51

Za skutki ewentualnego seansu nie odpowiadam. :p

I tak, rzeczywiście miałem na myśli "Zaczarowany ołówek". Dzięki za czujność. Już poprawione.

06 XII 2017   14:04:48

Pierwotnie chodziło o tapet – stół przykryty zielonym suknem, przy którym toczą się obrady. Słowo to ma źródło niemieckie, podobnie jak oparty na nim związek frazeologiczny, por. etwas aufs Tapet bringen. Bardziej znany niż brać (wziąć) na tapet jest zwrot być (znaleźć się) na tapecie, w którym rzeczownik został mylnie zinterpretowany tak, jakby pochodził od słowa tapeta (nb. też mającego źródło niemieckie).

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Zdrada czai się pod wodą
Sebastian Chosiński

13 II 2018

W oczekiwaniu na filmową wersję opowieści o Aquamanie, której premiera została zapowiedziana na grudzień tego roku, warto przybliżyć sobie tę mniej znaną komiksową postać z uniwersum DC. Można to zrobić, sięgając po kinowe przygody „Ligi Sprawiedliwości” bądź – zrealizowaną przed trzema laty – animację Ethana Spauldinga „Tron Atlantydy”.

więcej »

Esensja ogląda: Styczeń 2018 (2)
Miłosz Cybowski, Jarosław Loretz, Agnieszka ‘Achika’ Szady

23 I 2018

Dziś druga styczniowa edycja cyklu krótkich recenzji filmowych.

więcej »

Jamochłon na niebiesiech
Jarosław Loretz

16 I 2018

Z pozoru „Zaginiony lot” wygląda na znośną rozrywkę przeciętnej jakości. Wszyscy jednak wiemy, jak to jest z pozorami…

więcej »

Polecamy

Każdy kadr to Ameryka

Dobry i Niebrzydki:

Każdy kadr to Ameryka
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Rzeźnia dla dwojga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Partia na party w czasach Brexitu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jak smakują Porgi?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Chwała na wysokości?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Podręczne z Kairu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Atak paniki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Coco jest spoko, ale czy to kolejne arcydzieło?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Tegoż autora

Esensja ogląda: Styczeń 2018 (2)
— Miłosz Cybowski, Jarosław Loretz, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Lokalny kryminał
— Jarosław Loretz

Jamochłon na niebiesiech
— Jarosław Loretz

Umordowana
— Jarosław Loretz

450 stron makabry czyli Baczność! W oczach tego dziecka maluje się eufemizm!
— Jarosław Loretz

Wielka stopa i wtopa
— Jarosław Loretz

Doroczna rozrywka w tanim stylu
— Jarosław Loretz

Rezydencjonalna duchota
— Jarosław Loretz

Brzdąkany dramat grozy
— Jarosław Loretz

Planetarny morderca i konkurencja
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.