Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 maja 2019
w Esensji w Esensjopedii

Filmy

Magazyn CLXXXVI

Konkursy

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

kinowe

więcej »

dvd i blu-ray (wybrane)

więcej »

Zapowiedzi

kinowe

więcej »

dvd i blu-ray

więcej »

Alec Gillis
‹Krwawy okręt›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKrwawy okręt
Tytuł oryginalnyHarbinger Down
Dystrybutor Kino Świat VOD
Data premiery14 kwietnia 2017
ReżyseriaAlec Gillis
ZdjęciaBenjamin L. Brown
Scenariusz
ObsadaLance Henriksen, Camille Balsamo, Matt Winston, Reid Collums, Winston James Francis, Milla Bjorn, Giovonnie Samuels, Michel Estime
MuzykaChristopher Drake
Rok produkcji2015
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania82 min
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Na kole podbiegunowym pasożyty znów żrą ludzi
[Alec Gillis „Krwawy okręt” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Świeży film, a wśród aktorów mimo to bryluje Lance Henriksen? To niechybny znak, że seans „Krwawego okrętu” będzie nie lada wyzwaniem…

Jarosław Loretz

Na kole podbiegunowym pasożyty znów żrą ludzi
[Alec Gillis „Krwawy okręt” - recenzja]

Świeży film, a wśród aktorów mimo to bryluje Lance Henriksen? To niechybny znak, że seans „Krwawego okrętu” będzie nie lada wyzwaniem…

Alec Gillis
‹Krwawy okręt›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKrwawy okręt
Tytuł oryginalnyHarbinger Down
Dystrybutor Kino Świat VOD
Data premiery14 kwietnia 2017
ReżyseriaAlec Gillis
ZdjęciaBenjamin L. Brown
Scenariusz
ObsadaLance Henriksen, Camille Balsamo, Matt Winston, Reid Collums, Winston James Francis, Milla Bjorn, Giovonnie Samuels, Michel Estime
MuzykaChristopher Drake
Rok produkcji2015
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania82 min
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Po raz pierwszy starcie naukowców ze zmiennokształtnym, drapieżnym bytem z kosmosu, grasującym po antarktycznej bazie badawczej, nastąpiło w sierpniu 1938 roku, gdy w numerze „Astounding Science Fiction” ukazało się opowiadanie Johna W. Campbella, Jr. „Who Goes There?”1), w Polsce znane jako „Kto idzie?” („Fenix” 1/90) lub „Coś” (dodatek do powieści „Broń ostateczna”). Odkryty pod warstwą lodu statek liczył sobie wówczas 20 milionów lat, a obcy doskonale imitował pożarte wersje ludzi bądź zwierząt.
Później walka przeniosła się na duży ekran. 6 kwietnia 1951 roku rozgorzała w „Istocie z innego świata”. Tym razem statek – obowiązkowo w kształcie latającego talerza – był świeżo rozbity, obcy zaś, będący humanoidalną rośliną, niczego nie imitował, ograniczając się do morderczego machania upazurzonymi rękami i żłopania krwi. 25 czerwca 1982 walka rozgorzała na nowo w Carpenterowskim „Cosiu” (lub „Rzeczy”). Statek znów jest wiekowy, choć już nie tak bardzo, bo co to jest sto tysięcy lat, obcy zaś – zgodnie z literackim pierwowzorem – powraca do kopiowania pożartych osób i zwierząt, co czyni batalię wyjątkowo trudną i pełną brudnych chwytów. Podobnie jest w drugiej odsłonie starcia – nowym „Cosiu”, puszczonym do kin 10 października 2011.
Ów nowy „Coś”, będący po części remakiem, a po części prequelem filmu Carpentera, miał – śladem oryginału – posiadać analogowe efekty specjalne, wymagające obróbki komputerowej wyłącznie w zakresie wymazywanie drutów, na których zawieszono kreacje, oraz ewentualnie usuwanie śladów obecności poruszających stworami animatorów. W ostatniej chwili, już podczas postprodukcji, producenci podmienili jednak całe to „organiczne” machanie mackami na CGI, co mocno wkurzyło firmę, która wykonała tytaniczną pracę, dostarczając zespół specjalistów i setki kilogramów pieczołowicie wykonanych straszydeł. Wkurzenie było na tyle duże, że firma – Amalgamated Dynamics, Inc., w skrócie ADI, założona w 1988 roku i mająca na swoim koncie m.in. Oscara za „Ze śmiercią jej do twarzy” i nominację za „Żołnierzy kosmosu” – rozpoczęła w maju 2013 na Kickstarterze zbiórkę funduszy na realizację filmu, który pozwoliłby wykorzystać wzgardzone przez studio filmowe kreacje. A ponieważ uzbierano w ten sposób blisko 400 tysięcy dolarów, możliwe stało się powstanie „Krwawego okrętu”.
Nie ma co ukrywać – film jest tani. I tanio wygląda. Ma szczupłą obsadę, zdjęcia kręcone głównie we wnętrzach, zaś za gwiazdę robi Lance Henriksen, ostatnio – w sensie przynajmniej dekady – nie żądający wygórowanych stawek. Jeśli tak można określić skrzynkę piwa. Nikt też nie krył się z tym, że w mniejszym lub większym stopniu jest to kopia „Cosia”, aczkolwiek dla przyzwoitości akcję przesunięto w pobliże drugiego bieguna, na Morze Beringa, i osadzono na łowiącym kraby trawlerze, statek obcych zastąpiono rozbitą sowiecką kapsułą lądownika, obcy byt zaś stał się zlepkiem inteligentnych niesporczaków, które nikogo nie próbują naśladować. Mimo że zmiany zdają się być poważne, szkielet fabularny „Cosia” wciąż jest jednak jak najbardziej czytelny. I wyczuwalny.
Wstęp „Krwawego okrętu” jest zaskakująco przyjazny polskiemu widzowi, bowiem zaczyna się od prezentacji słowa „exchange” w różnych językach, w tym polskim, i to na chwalebnym, drugim miejscu (zaraz po rosyjskim). Akcja filmu startuje 25 czerwca 1982 roku, czyli w dniu premiery oryginalnego „Cosia”, od upadku radzieckiej kapsuły powrotnej gdzieś w rejonie Morza Beringa. Po latach – w domyśle dziś – rusza w ten rejon trawler „Harbinger” (to od niego pochodzi oryginalny tytuł filmu – „Harbinger Down”). Na jego pokładzie, obok załogi składającej się z marnie odgrywanych indywiduów, czyli czarnoskórego bywalca doków (od których przyjął ksywkę), gadatliwego brodatego mięśniaka, mrukliwego inuickiego brodatego mięśniaka, młodego brodatego amanta, fatalnie sztucznej Rosjanki, chodzącej z nożem u pasa i robiącej za twardzielkę twardą jak najtwardsza twardość, nie rzucającego się w oczy pracownika maszynowni oraz kapitana jednostki, czyli… tak jest, Lance’a Henriksena, znajdują się także wykładowca uniwersytecki oraz dwie jego studentki – wnuczka kapitana oraz siostra bywalca doków. Podczas gdy załoga łowi kraby, studentki śledzą trasy migracji płetwali błękitnych. Tak też trafiają w końcu na kapsułę z zamarzniętym Rosjaninem, co kończy się wykuciem jej z lodu i wciągnięciem na pokład.
I tu zaczynają się kłopoty. Antypatyczny profesor się dąsa, bo kapitan schował kapsułę w ładowni i uznał, że jest to własność znalazcy, czyli wnuczki. Wnuczka nie jest pewna, czy kapsuły przypadkiem nie należałoby oddać Rosjanom, ale w międzyczasie ściąga hełm z trupa i pobiera próbki skóry. Brodaty amant nadskakuje wnuczce kapitana, jednocześnie sabotując starania profesora, próbującego zawłaszczyć znalezisko. Przy czym profesor, gdy w końcu udaje mi się rzucić okiem do wnętrza kapsuły, obowiązkowo paprze sobie czymś palce. Do tego zrywa się sztorm, komórki tracą zasięg, radio zaczyna szwankować, a trup… wsiąka.
Ze względu na wysoką zbieżność z intrygą znaną z „Cosia”, a także z powodu ogólnego podobieństwa przebiegu akcji wobec szeregu filmów, w których jakieś monstrum naturalnej (stwór z oceanu, kosmosu lub laboratorium) bądź nadnaturalnej (duch, demon) proweniencji gania po pokładach zagubionego na oceanie statku, nie ma co liczyć tu na większe zaskoczenia, aczkolwiek trzeba przyznać, że fabularne akcenty są rozłożone dość rozsądnie. Akcja też jest rozplanowana w miarę przyzwoicie, dzięki czemu film nie nudzi, co w przypadku opowieści niskobudżetowej, z przeciętnymi zdjęciami i niezbyt zachwycającą grą aktorską, jest już całkiem niezłym osiągnięciem. Nie ma co też marudzić na efekty specjalne, stanowiące przecież przyczynę powstania filmu, choć chwilami nie za bardzo wiadomo, na co się patrzy, a bywa też, że kreacje raczej wzbudzają rozbawienie niż przestrach, jak to jest choćby z trzema wielkimi polipami, wyrastającymi z pleców jednego z bohaterów.
Oczywiście nie obeszło się przy tym bez różnych logicznych uchybień (wchodzenie do zęzy bez żadnego zabezpieczenia; założenie, że istota czerpała DNA po prostu z wody morskiej, choć jednocześnie wciąż tkwiła sobie w miejscu, nie próbując przenieść na którymkolwiek z organizmów w cieplejsze rejony), ale są to standardowe przejawy klasycznej nonszalancji scenariuszowej, znane z większości filmów dzisiejszej doby – od blockbusterów po produkcje czysto chałupnicze. Gorzej wypadają patykiem pisana psychologia postaci i wyczuwalnie drętwe dialogi. Ogólnie jednak wyszedł twórcom film znacznie lepszy niż można się było spodziewać po budżecie i nazwiskach w obsadzie. Nadal jednak pewnie lepszym pomysłem obejrzenie po raz kolejny starego „Cosia"…
koniec
19 marca 2019
1) Campbell podpisał się wówczas jako Don A. Stuart.

Komentarze

20 III 2019   15:44:33

No cóż, do zęzy zazwyczaj schodzi się bez żadnego zabezpieczenia, chyba że liczyć za zabezpieczenie garść pakuł i mopa ;-).
Zazwyczaj jedyne niebezpieczeństwo, jakie tam grozi, to pływające twory przemiany materii współtowarzyszy podróży, ewentualnie szczury, ale to już na wyjątkowo zapuszczonych statkach (na lepiej utrzymanych nie mają co szukać w zęzie, siedzą raczej u kuka w magazynku).
PS- "machniom"?

21 III 2019   01:51:39

Mnie tam kiedyś dobitnie tłumaczono, że smary, że oleje, że różne toksyczne świństwa, a do tego jakaś szansa na grubą warstwę dwutlenku węgla. Niejeden już postradał przez to życie.

PS - w sensie?

21 III 2019   18:37:01

Fakt, zapomniałem o metanie i COx, bo do ochrony przed resztą wystarczy zwykłe ubranie robocze.
"Machniom"- zastanawiało mnie, jak po polsku przedstawili tłumaczenie "exchange" na rosyjski ;-)

22 III 2019   17:01:04

Bardziej standardowo - обмен.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Trzech panów na wyspie, nie licząc psa
Sebastian Chosiński

24 V 2019

Oparty na faktach dramat psychologiczny o szaleństwie i chciwości wyszedł spod ręki duńskiego reżysera Kristoffera Nyholma, a nakręcony został za brytyjskie pieniądze w Szkocji. Mimo swej kameralności, „Bez śladu” to brutalna opowieść, którą można jednak potraktować jako przypowieść w starotestamentowym stylu.

więcej »

Klasyka kina radzieckiego: Miłość w okowach mrozu
Sebastian Chosiński

22 V 2019

Nigdy nie zaliczał się do reżyserów z najwyższej półki. Nie nakręcił też filmu, który przeszedłby do historii kina jako przełomowy. A jednak gdy konstruuje się listy dzieł najpopularniejszych w Kraju Rad, nie można zapomnieć o nakręconej przez Jurija Czuliukina komedii romantycznej „Dziewczęta”, która – mimo pewnych elementów charakterystycznych jeszcze dla epoki socrealizmu – cieszyła się wielką popularnością w czasach Nikity Chruszczowa.

więcej »

Móżdżek może i ptasi, ale serce bohatera!
Sebastian Chosiński

17 V 2019

Do niedawna Colin Thiele nie zaliczał się w naszym kraju do szczególnie znanych autorów prozy dla dzieci. Teraz, kilkanaście lat po śmierci pisarza, to ma szansę się zmienić. Nie dość, że w księgarniach pojawił się zbiór opowiadań Australijczyka, to na dodatek w kinach wciąż można obejrzeć ekranizację jednego z nich, najsłynniejszego – „Chłopca z burzy”.

więcej »

Polecamy

Tania siła robota

Z filmu wyjęte:

Tania siła robota
— Jarosław Loretz

Samopodający się talerz
— Jarosław Loretz

Chatka niekoniecznie z piernika
— Jarosław Loretz

Zwrotów nie przyjmujemy. Na ogół.
— Jarosław Loretz

Małe ptaki konsumuje się w całości
— Jarosław Loretz

Makabra (anatomiczna)
— Jarosław Loretz

Rezydencja marzeń (producentów filmowych)
— Jarosław Loretz

Dzielny mały skuter
— Jarosław Loretz

Grunt to dobra służąca
— Jarosław Loretz

Ćwiczenia pod prysznicem
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Tegoż autora

Bracula
— Jarosław Loretz

Polska atomem liźnięta
— Jarosław Loretz

Nocne podsysanie
— Jarosław Loretz

A mówili zakochaj się…
— Jarosław Loretz

Warszawski spleen
— Jarosław Loretz

Archeologiczne wykopki
— Jarosław Loretz

Z kufy do Offa
— Jarosław Loretz

Galaktyczni seniorzy – postrach gwiazd
— Jarosław Loretz

Szczurza dieta
— Jarosław Loretz

Jechać aż do końca
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.