Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 listopada 2020
w Esensji w Esensjopedii

Vincenzo Natali
‹Wielkie nic›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWielkie nic
Tytuł oryginalnyNothing
Dystrybutor Monolith
ReżyseriaVincenzo Natali
ZdjęciaDerek Rogers
Scenariusz
ObsadaDavid Hewlett, Andrew Miller, Gordon Pinsent, Marie-Josée Croze, Andrew Lowery
MuzykaMichael Andrews
Rok produkcji2003
Kraj produkcjiKanada
Czas trwania90 min
Gatunekkomedia, SF
EAN5902619128869
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Zniknięta fabuła w nieistniejącej komedii
[Vincenzo Natali „Wielkie nic” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Zdawałoby się, że Vincenzo Natali, który włamał się na salony pomysłowym „Cubem” i podtrzymał swoją markę wyrafinowanym „Cypherem”, nie jest w stanie nakręcić filmu słabego. Chłopak zebrał się jednak w sobie i stworzył „Wielkie nic”. Dosłownie i w przenośni.

Jarosław Loretz

Zniknięta fabuła w nieistniejącej komedii
[Vincenzo Natali „Wielkie nic” - recenzja]

Zdawałoby się, że Vincenzo Natali, który włamał się na salony pomysłowym „Cubem” i podtrzymał swoją markę wyrafinowanym „Cypherem”, nie jest w stanie nakręcić filmu słabego. Chłopak zebrał się jednak w sobie i stworzył „Wielkie nic”. Dosłownie i w przenośni.

Vincenzo Natali
‹Wielkie nic›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWielkie nic
Tytuł oryginalnyNothing
Dystrybutor Monolith
ReżyseriaVincenzo Natali
ZdjęciaDerek Rogers
Scenariusz
ObsadaDavid Hewlett, Andrew Miller, Gordon Pinsent, Marie-Josée Croze, Andrew Lowery
MuzykaMichael Andrews
Rok produkcji2003
Kraj produkcjiKanada
Czas trwania90 min
Gatunekkomedia, SF
EAN5902619128869
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
A miało być tak różowo. Ogólny zamysł mówił o historii dwóch nieudaczników, którzy nie radzą sobie w życiu codziennym. Jeden wzbrania się przed wychodzeniem z domu i kontaktuje się z ludźmi wyłącznie przez telefon, drugi zaś, otwarty na ludzi, tryska energią i pomysłami, tylko że z różnych powodów raz za razem ponosi klęski. Gdy pewnego dnia masa krytyczna życiowych niepowodzeń zostaje przekroczona, cały świat nagle znika, zaś bohaterowie – wraz z wiekową, sypiącą się kamieniczką – lądują na oślepiająco białej, pustej płaszczyźnie, czyli tytułowym Wielkim Nic.
Jako że film wyszedł spod ręki Vincenzo Natalego, należałoby oczekiwać świeżych pomysłów i zakręconej fabuły. Problem w tym, że ciężko uznać motyw wymazana całego świata za coś błyskotliwego i szczególnie godnego uwagi. Owszem, sytuacja taka może nie była dotąd przesadnie często eksploatowana, ale podobne funkcje pełniła jakakolwiek zagłada – najczęściej o podłożu atomowym. Bo i tu, i tu chodzi przecież o wyeksponowanie samotności bohaterów, o pokazanie ich wzajemnych interakcji i zachowań w obliczu wyludnionego świata. Ale jeśli w filmach katastroficznych na ogół miało to jakiś głębszy sens, to w „Wielkim nic” do niczego – prócz bardziej dokładnego obnażenia głupoty bohaterów – to nie służy. Ot, nie ma świata, i tyle. Bawmy się w durniów dalej.
Skoro więc nie ma tu głębszej myśli, a fabuła jest wyjątkowo nieskomplikowana (w sumie streściłem ją w pierwszym akapicie), to siłą rzeczy uwagę trzeba skierować na prowadzone przez parę nieszczęśników zmagania z życiem. A jako że to o nich głównie jest ten film, i to ich perypetie mają budzić u nas śmiech, pojawia się podstawowe pytanie – czy Natali rzeczywiście sądził, że kręcąc komedię o parze facetów nie radzących sobie z codziennymi problemami, błyśnie talentem i podbije serca widzów? Przecież takich filmów było już na pęczki, i to jeden od drugiego głupszy, bo trend obśmiewania czyjejś nieporadności jest po dziś dzień niezwykle silny w Ameryce. Z ostatnich lat wystarczy wspomnieć – i to biorąc pod uwagę wyłącznie filmy o durniach połączonych w swego rodzaju pary – „Głupiego i głupszego”, „Stary, gdzie moja bryka?” czy Zawiść”. Wszystkie mniej lub bardziej ordynarne, bzdurne i najczęściej średnio zabawne.
Jak to więc jest, że podobne filmy nakręcone w Europie są na ogół zrobione z zauważalnie większym taktem? Że nie budzą takiego niesmaku? Dlaczego twórcy ze Starego Kontynentu potrafią wlać nieco ciepłych uczuć w opowiadaną historię i śmiać się nie tyle z intelektualnych niedostatków bohaterów, ile z sytuacji, w jakiej się znaleźli, a Amerykanie tego nie potrafią? Czemu produkcje z Hollywood tak chętnie żerują na najniższych instynktach? Jeśli sięgnąć pamięcią do bardzo ciepłego, norweskiego „Ellinga”, czy nieco słabszych, ale nadal całkiem przyzwoitych, duńskich „Zielonych rzeźników” i brytyjskiego „Wysypu żywych trupów”, to w jaskrawy sposób uwidoczni się różnica podejścia do tematyki. Szkoda, że nie ma żadnych stowarzyszeń, które – wzorem organizacji seksualnych i kolorowych mniejszości – walczyłyby o dobry wizerunek nieudaczników w kulturze popularnej. Bo wychodzi na to, że są oni ostatnią grupą społeczną, z której można sobie do woli robić jaja.
W świetle powyższego spostrzeżenia można zauważyć, że Natali zrobił ogromny krok wstecz w stosunku do swoich poprzednich produkcji. Unikając dotąd amerykańskich klisz, między innymi dlatego, że kręci filmy w Kanadzie i pewne sztywne koncepcje i ogólnie pojęta polityczna poprawność go nie obowiązują, z własnej, nieprzymuszonej woli spłycił historię, być może mając nadzieję odnieść większy sukces na rynku. Jego surrealizm z „Wielkiego nic” jest prymitywny, ciężki, walący między oczy. Wręcz można zacząć się zastanawiać, dlaczego jest zwany surrealizmem, skoro „Wielkiemu nic” tak strasznie daleko do prawdziwie surrealistycznych „Brazil”, „Delicatessen” i „Hotelu Splendide”. Podobnie zresztą jest z humorem. Każdy greps jest odrobinę zbyt przeciągnięty, przefajnowany albo wręcz chybiony. Bywa, że scenka jest zabawna, ale ciągnie się bitą minutę, z czasem coraz mocniej wkurzając i niwecząc efekt. Co gorsza, wiele z tych dowcipów jest klasycznie amerykańskich, jak choćby wdepnięcie w dół z gnojówką czy spadnięcie z biurka podczas demontażu przyklejonego do sufitu krzesła (wciąż nie rozumiem idei takich zabaw). Jest też parę „dowcipasów” zwyczajnie niesmacznych, jak choćby bezsensownie rozciągnięta anegdota (szczęśliwie, że podawana z drugiej ręki) o psie robiącym „laskę”. Amerykanów może ten typ humoru rzeczywiście śmieszy, jednak widzów z reszty świata stawia przed wyborem – brnąć dalej w farsę, czy jednak wyłączyć odtwarzacz.
Szczęśliwie od strony technicznej ciężko zarzucić temu filmowi coś konkretnego. Vincenzo Natali jest zbyt solidnym fachurą, żeby pozwolić sobie na jakieś fuszerki w tej kwestii. „Wielkie nic” ma dobre zdjęcia, porządne udźwiękowienie, a efekty specjalne nie budzą absolutnie żadnych zastrzeżeń. Nie można się również przyczepić do aktorstwa, bo znani z „Cube” David Hewlett i Andrew Miller (autystyk) zadowalająco przykładają się do swoich ról, choć można odnieść wrażenie, że maniera ich gry jest dostosowana raczej do kreskówek, niż do filmu aktorskiego. W sumie jednak fachowe wykonanie wszystkich tych elementów zostało zmarnowane na prymitywny, ubogi treściowo i zwyczajnie głupi film. Nie ma się więc co dodatkowo czepiać rozmaitych kwiatków w polskim tłumaczeniu (jak choćby „Nie otwieraj!”, gdy bohater mówi „Don’t answer!” patrząc na dzwoniący telefon). Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Natali wróci na pierwotnie obraną ścieżkę i przestanie eksperymentować z barbaryzacją fabuły pod gusta prymitywnej publiczki. Od takich filmów jest cała masa innych reżyserów.
koniec
24 listopada 2009

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

East Side Story: Z dala od frontu…
Sebastian Chosiński

19 VII 2020

To nie jest typowy film wojenny. Jego akcja bowiem, owszem, rozgrywa się w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, ale jest ona jedynie tłem do opowiedzenia wzruszającej historii na temat ciężkiego losu dzieci pozbawionych rodzinnego domu i opiekunów. I choć reżyser „Siostrzyczki”, Aleksandr Galibin, pochodzi z Petersburga, swoje dzieła zrealizował w Republice Baszkortostanu (mówiąc prościej: w Baszkirii).

więcej »

Ale co z tą papugą?
Agnieszka ‘Achika’ Szady

26 VI 2020

Większość filmów Marvela ma to do siebie, że można je oglądać bez końca, niezależnie, czy zostały nakręcone rok czy dekadę temu. Poza tym przez dziesięć lat dorosło nowe pokolenie widzów, dlaczego więc „Iron Man II” nie miałyby dostać nowej recenzji?

więcej »

Do kraju tego, w którym zmarli nie mają spokoju…
Sebastian Chosiński

12 VI 2020

Zwykło się mówić, że to polskim życiem politycznym od lat „rządzą dwie trumny” – Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego. Nie inaczej jest w Serbii i Chorwacji, które wciąż nie mogą (i nie chcą) wyzwolić się z cienia oskarżanych o zbrodnie wojenne prezydentów Slobodana Miloševicia i Franjo Tuđmana. O ich wpływie na życie współczesnych Serbów i Chorwatów opowiada tragikomedia Vinko Brešana „Stan wyjątkowy”.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Podboje i wyboje
— Jarosław Loretz

Wątpliwa reklamówka
— Jarosław Loretz

Krok w dobrą złą stronę
— Jarosław Loretz

Zabiedzona flota: Nielotny
— Jarosław Loretz

Kryminalna grabież czasu
— Jarosław Loretz

Anioł w zielonych kaloszach
— Jarosław Loretz

Nazwobójca
— Jarosław Loretz

Siódma dusza po kisielu
— Jarosław Loretz

Wąż zwany Hydrą
— Jarosław Loretz

Pół-wampiry i pół-Niemcy
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.