Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 lutego 2020
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Western, czyli wstydliwe marzenia kowboja

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
Western jest najbardziej konserwatywnym spośród wszystkich gatunków filmowych. Gloryfikuje przemoc, pochwala alienację, gardzi kobietami – posłuszne zamykając w kuchni, krnąbrne w domu publicznym. Czy w XXI wieku ma on jeszcze jakąkolwiek rację bytu?

Łukasz Twaróg

Western, czyli wstydliwe marzenia kowboja

Western jest najbardziej konserwatywnym spośród wszystkich gatunków filmowych. Gloryfikuje przemoc, pochwala alienację, gardzi kobietami – posłuszne zamykając w kuchni, krnąbrne w domu publicznym. Czy w XXI wieku ma on jeszcze jakąkolwiek rację bytu?
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Raczej nie ma się co oszukiwać, tych kilka niezłych westernów z ostatnich lat nie świadczy o jakimś większym renesansie gatunku, ale niewątpliwie są one dowodem na to, że wciąż coś pociąga twórców i widzów w historiach o Dzikim Zachodzie. Najlepsze filmy z okresu tzw. nowego westernu, czyli od początku lat 90 to zdecydowanie te, które odnoszą się do uniwersalnego w każdym czasie poczucia sprawiedliwości i ludzkiej żądzy zemsty („Bez przebaczenia”, „3:10 do Yumy”) oraz te, dla których poetyka westernu jest tylko pretekstem do pokazania szerszej artystycznej wizji („Truposz”, „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”), paradoksalnie, często negującej sam sens istnienia westernu. Oczywiście, aby Andrew Dominik mógł przedstawić psychologicznie wiarygodny portret braci Jamesów, musiało zaistnieć sporo zmian w obrębie samego gatunku (nie bez znaczenia pozostaje choćby postać Samuela Fullera i jego pierwowzór filmu Dominika, „I Shot Jesse James” z 1949 roku). Przypominany niedawno na naszych ekranach film George’a Roya Hilla „Butch Cassidy i Sundance Kid” (1969) również ma swój udział w rozluźnianiu gatunkowych reguł w duchu demitologizującym bohaterów Dzikiego Zachodu. Ale po kolei...
Western rozwijał się w zasadzie razem z kinem. Jednym z pierwszych ruchomych obrazów godnym uwagi był „Napad na ekspres” z 1903 roku, uważany również za pierwszy w historii western. Początkowe lata kina niemego bardzo wyraźnie skodyfikowały gatunek. Przyczynił się do tego zwłaszcza jeden z pionierów filmowego westernu, Tom Mix. Aktor stworzył wizerunek nieskazitelnego kowboja, który obowiązywał w Hollywood przez długie lata („Jeździec znikąd” George’a Stevensa z 1953 roku był hołdem złożonym właśnie jemu). Jego bohater zawsze czuwał nad bezpieczeństwem kobiet i dzieci. Nie pił ani nie palił, ubierał się na biało, aby jeszcze dobitniej odróżnić się od czarnych charakterów. Co więcej, nie zabijał bez potrzeby, zatem zdecydowanie chętniej używał w walce lassa niż broni. Te pierwsze westerny, których niekwestionowanymi gwiazdami były takie postacie jak Bronco Billy Anderson czy William S. Heart, miały więcej wspólnego z cyrkowym show, znanym skądinąd z występów Williama Cody’ego, znanego bardziej jako Buffalo Bill (tego samego, którego w groteskowy sposób sportretował Altman w swoim antywesternie). Gdy ten sławny myśliwy i legendarny pogromca Indian porzucił swoje zajęcie, otworzył coś w rodzaju cyrku, w którym był oczywiście główną atrakcją.
Chociaż jeszcze w latach 20 i 30 powstało kilka godnych uwagi westernów, takich jak „Billy Kid” (1930) w reżyserii Kinga Vidora czy „Cimarron” (1931) Wesleya Rugglesa (pierwszy western, który zdobył Oscara za najlepszy film i najlepszy scenariusz), złote lata westernu symbolicznie rozpoczęły się tak na dobrą sprawę w 1939 roku wraz z pojawieniem się na ekranach „Dyliżansu”. John Ford swoim filmem wyniósł fresk o Dzikim Zachodzie do rangi sztuki filmowej najwyższych lotów. Wyprowadził western z atelier i brawurowe sceny pościgów kręcił w autentycznych plenerach Monument Valley. To zdjęcia do „Dyliżansu” zainspirowały Orsona Wellesa do użycia szerokokątnego obiektywu i eksperymentowania z „żabią” perspektywą. Ponadto Ford, pierwszy chyba raz, pokazał tak charakterystyczną dla wyobrażenia o Dzikim Zachodzie grupę bohaterów: prawego mściciela – Ringo Kid (John Wayne), prostytutkę o gołębim sercu, lekarza-pijaka po przejściach, przystojnego hazardzistę i chciwego bankiera.
W latach 40 i 50 powstały najlepsze dzieła tego gatunku, ustanawiając niedoścignione wzorce. „Rzeka czerwona” (1948) Howarda Hawksa, „W samo południe” (1952) Freda Zinnemana, „Poszukiwacze” (1956) Forda czy „Człowiek z Dzikiego Zachodu” (1958) Anthony’ego Manna to tylko niektóre tytuły tworzące kanon westernu. Filmy z tego czasu eksponują to, co dla jego uniwersum jest najbardziej charakterystyczne. To bardzo często kino wielkiej przygody w urzekającej scenerii Dzikiego Zachodu. Towarzyszy temu zwykle mało, co prawda, wyszukana symbolika, która, jak to też bywa w mitologiach, stara się podkreślić wyjątkowość historycznych losów bohaterów a jednocześnie poddać ich kształcącemu procesowi uniwersalizacji. I tak na przykład, spektakularne spędy bydła, które były dla ranczerów srogą szkołą życia, zmieniały bohaterów na zawsze. Jednym z najbardziej monumentalnych fresków poświęconych temu zagadnieniu jest „Rzeka czerwona” Howarda Hawksa. Rzecz dzieje się już po wojnie secesyjnej. W tej nowej rzeczywistości sposób patrzenia na świat przez doświadczonych srogo przez los starych pionierów, którzy każdą piędź ziemi musieli wyrywać naturze, ściera się z wizją młodych. Stary Dunson (John Wayne), który nie ufa nikomu poza sobą, musi jednak pod wpływem młodego Gartha (Montgomery Clift) przejść niezbędny proces socjalizacji, bo zaczyna sobie zdawać sprawę, że sam do niczego nie dojdzie.
Spęd bydła jest jednym z wariantów typowego dla westernu motywu wędrówki, która, oprócz wielkiej przygody, niesie za sobą psychologiczną przemianę bohatera. Howard Kemp (James Stewart) bohater „Nagiej ostrogi” (1953) Anthony’ego Manna podczas eskorty więźnia, za którego spodziewa się sowitej nagrody, z materialistycznie usposobionego zgorzkniałego cynika zmienia się w ucywilizowanego ranczera gotowego do kolejnej próby założenia rodziny i życia zgodnego z etosem uczciwej pracy. Znacznie bardziej ekstremalną wędrówkę są zmuszeni odbyć bohaterowie „Rzeki bez powrotu” (1954), jedynego westernu w bogatej filmografii Otto Premingera. Dosyć frywolna trzpiotka, Kay, grana bardzo wdzięcznie przez Marylin Monroe, doświadczono srogo przez nieokiełznane siły natury musi zrozumieć, że prawdziwa miłość, a co za tym idzie również prawdziwe życie, to nie czułe słówka i miłe uśmieszki przystojnych fircyków, ale ciężka praca na farmie u boku surowego, ale szczerego mężczyzny, Matta Caldera (Robert Mitchum). Z kolei młody Mark Calder (Tommy Rettig), syn byłego rewolwerowca a teraz statecznego farmera, musi przebyć przyspieszony kurs dojrzewania i położyć między bajki honorowy kodeks rewolwerowca, który nigdy nie strzela przeciwnikowi w plecy. Przekona się na własnej skórze, że czasem, aby uratować życie bliskiej osobie, nie ma innego wyjścia. Natomiast jego ojciec, chcąc zacząć nowe uczciwe życie, będzie musiał dokonać rozliczenia z bolesną przeszłością. Wszyscy troje do swych społecznych ról dojrzewają symbolicznie w trakcie przeprawy tratwą przez rwący nurt tytułowej rzeki. Siermiężna ideologia, która w latach 50. spełniała swoją rolę zwierania szyków przeciw wywrotowcom, dzisiaj niestety ukazuje przede wszystkim swoje seksistowskie oblicze.
W takich symbolicznych okolicznościach przyrody twórcy westernu kreowali też bałwochwalczo jednostronne wizerunki szarych pionierów jak i bohaterów narodowych. Jedną z ikon mitologii Dzikiego Zachodu przez długie lata był George Armstrong Custer. Najlepszą, co oczywiście nie znaczy, że mającą cokolwiek wspólnego z prawdą, biografię poświęconą temu legendarnemu generałowi nakręcił w 1941 roku Raoul Walsh. Film „Zginęli na polu chwały” omawia kolejne etapy życia Custera, począwszy od momentu wstąpienia do Akademii Wojskowej w West Point w 1857 roku aż do śmierci w bitwie pod Little Big Horn w 1876. W wersji Walsha, która ideologicznie nie odbiegała zresztą od innych z tamtego okresu, Custer grany przez Errola Flynna to odważny żołnierz, który z jednej strony oddaje życie za swój kraj w bohaterskiej walce z Indianami, ale jest też wyczulonym na niesprawiedliwość i krzywdę społeczną, jaka dotyka rdzennych mieszkańców Ameryki. Bardziej jednak zgodny z prawdą historyczną portret generała pokazał Arthur Penn w „Małym, wielkim człowieku” (1970), robiąc z Custera pozbawionego wszelkiej wrażliwości, żądnego krwi furiata.
Tak jak portrety narodowych bohaterów, tak i obrazy sławiące męstwo pierwszych osadników Teksasu i Nowego Meksyku dzielnie walczących z Indianami, doczekały się z czasem polemiki. Nie wszyscy twórcy Hollywood skłonni byli hołdować nieskazitelnemu wizerunkowi pionierów a rdzennych mieszkańców Ameryki przedstawić jednoznacznie negatywnie. Chociaż najlepsze i najbardziej zdecydowanie negujące fałsz mitu założycielskiego filmy powstaną w latach 60 i 70, pierwsze jaskółki nowego sposobu postrzegania historii dadzą o sobie znać jeszcze w latach 50 („Poszukiwacze” Forda). W taki sposób narodził się podgatunek zwany przez historyków filmu antywesternem. Lata 60 i 70 upłynęły pod znakiem reinterpretowania w kinie mitu założycielskiego Stanów Zjednoczonych. Twórcy tacy jak Arthur Penn czy Robert Altman szydzili z zafałszowanej mitologii własnego kraju. Klasyczny western powoli nie wytrzymywał naporu rozrachunkowych treści, których jego sztywna konwencja nie była w stanie pomieścić. W 1980 roku został pogrzebany żywcem przez Michaela Cimino i jego finansową i artystyczną (jak chcą niektórzy) klapę pod tytułem „Wrota niebios”.
1 2 »

Komentarze

11 II 2011   15:47:00

Sympatyczny artykuł. Dobry western nie jest zły. Czy doczekamy się esensyjnego przeglądu najlepszych 50 westernów wszech czasów?

Jeśli chodzi o nowe westerny (2000+), jestem bardziej krytyczny niż autor. Na "Bezprawiu" się wynudziłem. "Krew za krew" zaczęła się bardzo obiecująco, ale potem zabłądziła w onirycznych rejonach. Natomiast remake "15:10 do Yumy" to według mnie żenada, chyba przede wszystkim reżyserska (bo przecież aktorzy nieźli, a scenariusz sprawdzony).

11 II 2011   16:56:51

A gdzie spagetthi westerny ktore pierwsze rozpoczely demontaz gatunku?

BTW, pilem w czasach studenckich z kumplami (mniej ogarnietymi kulturowo) i przerzucajac kanaly w tv trafilismy na "Truposza". Znajomi byli przekonani ze stary ruski telewizor wreszcie sie popsul (Truposz jest czarnobialy).

True story!

12 II 2011   13:37:34

Heh ... Kocham Truposza :) A z moimi znajomymi miałam bardzo podobną historię, powiedzieli, że nie chcą oglądać przed wojennych filmów ;)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Na spokojny sen
Jarosław Loretz

24 II 2020

Zdawałoby się sprawą oczywistą, że w przypadku nocowania w domu posądzanym o zjawiska nadprzyrodzone należy wpierw zadbać o usunięcie z sypialni zbędnej dekoracji. Najwyraźniej jednak nie wszyscy podzielają ten pogląd.

więcej »

Z filmu wyjęte: Zupa z wkładką
Jarosław Loretz

17 II 2020

Przysłowiowe wkładki mięsne w zupie to utrapienie dziś już nie tak częste, jak ongiś, ale wciąż wiosłująca łapkami w posiłku mucha czy osa może przykuć naszą uwagę. Kiedyś trafiały się też wkładki większe, jak choćby myszy. Ileż wówczas wrzasku! A pomyśleć, co by się działo, gdyby ktoś rzeczywiście trafił na wkładkę z dzisiejszego kadru…

więcej »

Z filmu wyjęte: (Nie)życie toczy się dalej
Jarosław Loretz

10 II 2020

Co robią zombie, gdy nie śledzi ich obiektyw kamery hollywoodzkiego zdjęciowca? No cóż, niekoniecznie ganiają za świeżymi mózgami…

więcej »

Polecamy

Alejandro González Iñárritu. Babel.

Do sedna:

Alejandro González Iñárritu. Babel.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. 21 gramów.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Amores perros.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky „mother!”
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Noe: Wybrany przez Boga
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Czarny łabędź.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Zapaśnik.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Źródło
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Requiem dla snu
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Pi
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Kwiecień 2017 (1)
— Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Gabriel Krawczyk, Marcin Mroziuk, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Marzec 2017 (4)
— Piotr Dobry, Jarosław Robak, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Esensja ogląda: Luty 2014
— Sebastian Chosiński, Karolina Ćwiek-Rogalska, Piotr Dobry, Grzegorz Fortuna, Jarosław Loretz

Esensja ogląda: Sierpień 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Joanna Pienio, Agnieszka Szady, Kamil Witek

Katana zamiast pazurów
— Jakub Gałka

Esensja ogląda: Styczeń 2013 (Kino)
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Piotr Dobry, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Alicja Kuciel, Beatrycze Nowicka, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Mr. Pastisz & Mrs. Parodia
— Ewa Drab

Gwiazda (z) kryminału
— Piotr Dobry

Guitar Man
— Ewa Drab

Nowości: Październik 2003
— Piotr Dobry

Tegoż autora

Trzy surrealistyczne ewangelie i genezis z oka
— Łukasz Twaróg

Seks i inne nudziarstwa
— Łukasz Twaróg

Młotek na chrześcijan
— Łukasz Twaróg

Polański – lokator w absurdalnym labiryncie życia
— Łukasz Twaróg

Rodzina w ruinie
— Łukasz Twaróg

Bardzo śmieszna tragedia
— Łukasz Twaróg

Sen, który nie przeminął
— Łukasz Twaróg

Wiem, że nic nie wiem
— Łukasz Twaróg

Mokrą ręką na goły tyłek
— Łukasz Twaróg

Ćwierćnaga prawda w ciasnym gorsecie konwencji
— Łukasz Twaróg

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.