Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 października 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

50 najlepszych westernów wszech czasów

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 3 4 5

Esensja

50 najlepszych westernów wszech czasów

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
10. W samo południe (1952, „High Noon”, reż. Fred Zinnemann)
Samotność rewolwerowca. Gary Cooper jako bohater tragiczny, który mimo zdania urzędu szeryfa, postanawia samotnie stawić czoła bandytom. Właśnie odosobnienie protagonisty, reprezentującego tak niepopularne idee jak honor, ofiarność i poczucie odpowiedzialności, stało się centralnym tematem filmu. I co ciekawe, nie bandyci, a tchórzliwa i obojętna społeczność miasteczka została zarysowana jako główni antagoniści – psychopatyczny Miller i jego banda, owszem, są zagrożeniem ale tylko fizycznym, bardziej niebezpieczna dla ogółu jest krótkowzroczna bierność obywateli wobec zbliżającego się niebezpieczeństwa (niektórzy nazwaliby tę społeczność lemingami). Jeśli już mowa o naszym politycznym podwórku, to film Freda Zinnemanna już wcześniej został przez nie zaadaptowany – plakat z Garrym Cooperem autorstwa Tomasza Sarneckiego reprezentował „Solidarność” w wyborach 4 czerwca 1989 r. W Stanach Zjednoczonych również nie uniknięto politycznych interpretacji. Film traktowano jako alegorię strachu przed makkartyzmem – w końcu scenarzysta tego obrazu Carl Foreman (swoją drogą rzeczywiście związany z komunistami) miał wątpliwą przyjemność składania zeznań przed Komisją do Badania Działalności Antyamerykańskiej, a nawet został zmuszony do opuszczenia Stanów. Sam film słynie nie tylko z wagi poruszanego tematu, ale też z niezwykle starannego podejścia do jedności czasu rzeczywistego i filmowego – postęp akcji możemy śledzić z zegarkiem w ręku. Jest też coś dla melomanów: wpadający w ucho szlagier Dimitri Tiomkina „Do Not Forsake Me, O My Darlin’” (numer 25. na liście najlepszych piosenek filmowych wg AFI).
Krystian Fred
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
9. Pat Garrett i Billy Kid (1973, „Pat Garrett & Billy the Kid”, reż. Sam Peckinpah)
Jest w tym filmie kapitalna scena, którą można uznać za kwintesencję tyleż tego konkretnego dzieła, co i całego (pod)gatunku – antywesternu. Polujący na słynnego rewolwerowca Billy’ego Kida (którego gra legendarny aktor i piosenkarz country Kris Kristofferson) szeryf Pat Garrett (znany z „Garści dynamitu” James Coburn) ma nadzieję dorwać go we wskazanym miejscu. Z bronią w ręku uważnie przeczesuje pokój, w pewnym momencie jego wzrok kieruje się w stronę dużego lustra, w którym widzi własne odbicie. Bez zastanowienia oddaje strzał, tłukąc szkło. Dlaczego urasta ona do rangi symbolu? Idealnie definiuje bowiem to, czym jest antywestern. W którym nie uświadczymy klasycznego podziału na dobrych i złych (tu źli są wszyscy, nawet ci służący prawu i sprawiedliwości). W którym nie pozostało już nic z dawnej romantycznej otoczki opowieści o pionierach zdobywających Dziki Zachód. Billy Kid i Pat Garrett to postaci istniejące w rzeczywistości, nie należy jednak z tego powodu traktować obrazu Sama Peckinpaha („Dzika banda”) jako dzieła stricte historycznego. Amerykański reżyser postanowił, sięgając do prawdziwych wydarzeń, przedstawić naturalistyczny, choć nie pozbawiony wszetecznego uroku, portret Stanów Zjednoczonych drugiej połowy XIX wieku. Widz od samego początku zostaje wciągnięty przez reżysera do dwuznacznej moralnie rozgrywki między dawnymi kompanami, których przekorny los postawił po przeciwnych stronach barykady. Komu kibicuje? O dziwo, raczej nie twardemu stróżowi prawa, lecz błyskotliwemu fircykowi, jakim okazuje się młodszy o kilka lat od szeryfa Garretta Billy Kid. To film o przyjaźni i zdradzie, o wierności i zaprzaństwie, o regułach walki i walce bez reguł. Peckinpah przekonuje w nim, że nie zawsze ten, który służy tak zwanej „dobrej stronie”, ma rację, i nie zawsze ten, którego określamy mianem „czarnego charakteru”, pozbawiony jest moralności. Jeśli do tych psychologicznych wynurzeń dorzucimy jeszcze śpiewaną przez Boba Dylana (pojawia się na ekranie jako Alias) balladę „Knockin’ on Heaven’s Door”, musimy stwierdzić bez wątpliwości – to arcydzieło!
Sebastian Chosiński
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
8. Siedmiu wspaniałych (1960, „The Magnificent Seven”, reż. John Sturges)
Kowboje, jak mówi nazwa, zajmowali się wypasaniem krów. Ponieważ ów wypas odbywał się w krainie dzikiej, świeżo skolonizowanej, pełnej rejonów, do których nie sięgało prawo, szarpanej rozmaitymi konfliktami, najeżdżanymi, rabowanymi – musieli umieć bronić siebie i bydła, odbierając życie. Więc na słowo „kowboj” wszystkim staje przed oczami głównie kapelusz, dzwoniące u butów ostrogi, rewolwer Colta leżący na udzie, pas nabijany nabojami, chusta wokół szyi. Dzikie konie, ryczące u wodopoju krowy, rozkrzyczani Indianie. Wizyty w saloonach, napady na banki, pociągi i dyliżanse. Nikomu na dźwięk tego słowa nie przychodzą do głowy rycerze. Aż do momentu konfrontacji z tym filmem. Wspaniałe kreacje Yula Brynnera, Steve’a McQuinna, Charlesa Bronsona, Jamesa Coburna, którzy pokazali „ciemną stronę” etosu rewolwerowca: poczucie pustki, brak realnego, sensownego celu, doświadczenie w walce z bandziorami idące w parze z ogonem życiowych przejść i strat. I chęć zarobku, ale nie pieniężnego, wszak ten jest czysto symboliczny, lecz w walucie raczej na Dzikim Zachodzie niemodnej: wdzięczności prostych, biednych, krzywdzonych przez bezkarnych bandytów ludzi. Jeśli którykolwiek western jest inny niż pozostałe, to właśnie ten. Bodaj jedyna, rasowa baśń amerykańskiego pogranicza o słodko-gorzkim finale.
Marcin T.P. Łuczyński
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
7. Poszukiwacze (1956, „The Searchers”, reż. John Ford)
W roku premiery filmu – zero nominacji do Oscara, 50 lat później – tytuł najlepszego westernu wszech czasów. „Poszukiwacze” długo nie mogli znaleźć uznania wśród amerykańskiej krytyki, czego nie ułatwił sam John Ford, tworząc obraz niespójny i zmącony wątkami komediowymi i romansowymi. Dopiero wnikliwość interpretacyjna krytyków związanych z francuską Nową Falą unaoczniła artystyczną głębię i nowatorskie potraktowanie tematu, które stworzyło podwaliny pod bardziej dosadny ton późniejszych antywesternów. Przełomowość filmu Forda objawia się w wielopłaszczyznowym sportretowaniu głównego bohatera Ethana (w tej roli John „Wielkie plecy” Wayne), które w znacznym stopniu odbiega od wzniosłego i szlachetnego obrazu kowboja jako stróża prawa i wzoru wszelkich cnót. Wayne gra zgorzkniałego, przepełnionego nienawiścią do Indian, weterana wojny secesyjnej, który po kilkuletniej nieobecności wraca na stare śmieci i postanawia zamieszkać wraz z bratem i jego rodziną. Jego zakwaterowanie zostało jednak brutalnie przerwane przez atak Komanczów, w wyniku którego ani z domu, ani z części jego mieszkańców niewiele zostało (co najwyżej skalpy). Jedyna nadzieja w odnalezieniu porwanych córek brata. Chęć krwawego odwetu staje się głównym motorem do trwających aż 5 lat poszukiwań. Okazuje się jednak, że arogancja i wyniosłość bohatera nie są jego najgorszymi cechami. Kiedy odnaleziona dziewczyna okazuje się jedną z żon wodza Komanczów, postanawia ją zabić – straciła dla niego wszelkie cechy człowieka. Jeszcze nigdy wcześniej głównym protagonistą nie była aż tak antypatyczna postać, na tyle zaślepiona nienawiścią, że posuwała się nawet do bezczeszczenia zwłok Indian. Zresztą Wayne ma godnego siebie przeciwnika. Indiański wódz jest w stosunku do białych takim samym preriowym faszystą. Brutalny świat Dzikiego Zachodu został umiejscowiony w niezwykle malowniczej dolinie Monument Valley, której ascetyczne piękno udało się oddać na ekranie dzięki jeszcze nowatorskiemu formatowi VistaVision. Taki jest ten film – pełen kontrastów, gdzie okrucieństwo miesza się z liryzmem. Czyż nie jest to najkrótsza definicja późniejszych antywesternów?
Krystian Fred
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
6. Butch Cassidy i Sundance Kid (1969, „Butch Cassidy and the Sundance Kid”, reż. George Roy Hill)
„Butch Cassidy i Sundance Kid” to z pewnością jeden z najbardziej wyrazistych hołdów, jakie Amerykanie składali swoim legendarnym przestępcom – w żadnym chyba kraju nie ma takiego uwielbienia dla bohaterów stojących poza prawem. Jest to hołd oczywiście nie dla prawdziwych postaci (choć akurat wiele faktów z życia autentycznego gangu znalazło miejsce na ekranie), ale dla ich legendarnej wizji, sam zresztą tworzący nową legendę. Niektórzy zżymają się na „Butcha i Cassidy’ego”, że w czasie, gdy zaczynały królować już westerny rewizjonistyczne spod znaku Leone i Peckinpaha, George Roy Hill nie próbował nawet nawiązać do tendencji odbrązowiania mitu, lecz zajął się jego utrwalaniem. Sa jednak okoliczności łagodzące (pomijając już fakt, że gdyby nastąpił tak dramatyczny zwrot estetyki u wszystkich twórców, byłoby to zwyczajnie nudne) – bo „Butch i Cassidy” potrafi urzekać na wielu poziomach (co zresztą doceniła Akademia Filmowa, przyznając mu aż 5 Oscarów na 8 nominacji). Redford i Newman tworzą niezapomnianą parę, a chemia między nimi jest tak silna, że niektórzy zapominają o obecności w filmie Katharine Ross. Historia przechodzi płynnie od wątków lżejszych do poważniejszych, od liryki do strzelanin, od szczerego śmiechu do prawdziwej łzy ale nad całością wciąż unosi się niesamowity nastrój, przesycający film nostalgicznym smutkiem, którego nie łagodzi nawet kultowy musicalowy moment z „Raindrops Keep Falling on my Head”. Ale oczywiście po seansie i tak zostajemy ze słynną finałową stopklatką, unieśmiertalniającą zarówno bohaterów jak i sam film.
Konrad Wągrowski
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
5. Rio Bravo (1959, reż. Howard Hawks)
Była miłość w czasach zarazy. Była miłość na francuskim dworze, miłość na szczytach władzy Cesarstwa Rzymskiego. Miłość w pałacach zimnej, deszczowej Anglii i na jej smaganych wiatrami wrzosowiskach. Nie mogła więc ominąć Dzikiego Zachodu. W miasteczku Rio Bravo trwa osobliwe oblężenie. Bronią się szeryf John T. Chance i jego zastępca Stumpy, jego przyjaciel, pijak Pat Wheeler, wreszcie młody rewolwerowiec Colorado Ryan. Trzymają pieczę nad zmienionym w twierdzę więzieniem, gdzie za kratkami przebywa Joe Burdette, młodszy brat Nathana Burdette’a, miejscowego ziemianina. Muszą wytrzymać sześć dni, nim United States Marshal przybędzie po więźnia, by odtransportować go do miasta Presidio i postawić przed sądem za morderstwo. Więc szeryf Chance funkcjonuje w stanie podwyższonego ryzyka, robiąc obchody miasta, izolowanego przez ludzi Burdette’a, strzegąc więźnia i starając się przeżyć. Do czasu. Stan wyjątkowy wprowadza Feathers, piękna, tajemnicza kobieta, która przybywa do Rio Bravo, by grać w pokera, śpiewać, a głównie drażnić i intrygować szeryfa, prowokować go i koniec końców rozkochać w sobie, zresztą z wzajemnością. John Wayne z winchesterem i Angie Dickinson w kuszącym negliżu. Szorstki i cokolwiek grubo ciosany stróż prawa i uwodzicielska, flirtująca, a tak naprawdę samotna, ścigana przez przeszłość, delikatna kobieta. A do tego saloony, strzelaniny, zaprzysięgani szeryfowie i dyliżanse. Wprawdzie brak kowboja odjeżdżającego ku zachodzącemu za horyzont słońcu, ale to jak z wiadomymi bunkrami nad brzegiem morza…
Marcin T.P. Łuczyński
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
4. Dzika banda (1969, „the Wild Bunch”, reż. Sam Peckinpah)
Niejaki Pike Bishop (Wiliam Holden) wraz ze swoją bandą (przebraną w mundury wojska) napada na budynek kolei w miasteczku na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Meksyku. Okazuje się, że wpadli w zasadzkę, którą na nich urządzili wynajęci przez kolej łowcy głów. Zaczyna się strzelanina, w której giną uczestnicy parady Ligii Wstrzemięźliwości, akurat organizowanej w miasteczku. Części członków bandy udaje się uciec z zasadzki, w tym ich liderowi, który zauważa wśród strzelających do niego ludzi Deke’a Thortona (w tej roli Robert Ryan), dawnego kumpla. Thorton tropi Bishopa, bo jeżeli go nie dorwie wróci do więzienia, a nie chce tam wracać, a Pike rozumie postępowanie Deke’a i nie ma mu tego za złe… „Dzika banda”, najgłośniejszy film Peckinpaha, w swoich czasach szokowała i wywracała gatunek do góry nogami, a i dziś pozostawia dalekim od obojętności. Z jednej strony zasłynęła graficzną przemocą, ze słynną finałową strzelaniną (chciałoby się rzec: finałową masakrą) na czele, z drugiej odeszła od tradycyjnego podziału na dobrych i złych tak daleko, jak tylko się dało. Bandyci Bishopa to ludzie z gruntu źli – żyją z rabunku, nie wahają się zabijać, nie mają zawahania, gdy przychodzi do poświęcania niewinnych, przypadkowych osób. Mimo wszystki jednak kierują się pewnym kanonem reguł, które można streścić słowami: gdy trzeba, prawdziwy mężczyzna musi zrobić to, co do niego należy, nawet jeśli oznacza to pewną śmierć. „Dzika banda” to opowieść brutalna, szorstka, emocjonalna, o ludzkich wyborach i ich konsekwencjach, a także o sumieniu i odwadze. „Let’s go” – mówi Bishop w jednej z najsłynniejszech scen filmowego westernu i w odpowiedzi słyszy: „Why not?”. No i idą!
Alicja Kuciel, Konrad Wągrowski
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
3. Dobry, zły i brzydki (1966, „Il buono, il brutto, il cattivo”, reż. Sergio Leone)
Domknięcie dolarowej trylogii nie przez przypadek uznawane jest za jeden z najlepszych westernów wszech czasów. Jest bowiem kwintesencją wszystkiego tego za co ceni się ten gatunek w wydaniu spaghetti. Mamy tu legendarny muzyczny motyw Ennio Morricone, finalny pojedynek definiujący na nowo pojęcie trzymania widza w napięciu, i nieskończoną paletę wszystkich odcieni Dzikiego Zachodu widzianego oczami Sergio Leone. Co ciekawe Clint Eastwood, odtwarzający po raz trzeci rolę Bezimiennego, z początku nie był przekonany do napisanego z rozmachem scenariusza „Dobrego, złego i brzydkiego”, i dopiero spora gaża, procenty z wpływów a także…nowe ferrari były wstanie przekonać go do udziału w filmie. W niemal trzygodzinnej, epickiej opowieści o pogoni za ukrytym skarbem w otoczeniu secesyjnej zawieruchy można odnaleźć multum scen, które bez dwóch zdań zasłużyły sobie na miejsce kanonie najlepszych sekwencji gatunku. Czy to będzie pojedynek, sekwencje więzienne czy prezentacja głównych postaci, nikt nie ma wątpliwości, że mamy tu do czynienia z wizualnym i reżyserskim arcydziełem. Choć po premierze krytycy zarzucali „Dobremu…” przesadną brutalność, to bez niej film traciłby conajmniej jedną trzecią wartości. Nie bez przyczyny bowiem Leone swoją twórczością ukuł tezę, iż Zachód zbudowano przez przemoc i nieskomplikowanych ludzi.
Kamil Witek
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
2. Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (1968, „C’era una volta il West”, reż. Sergio Leone)
Sergio Leone dokonał rzeczy strasznej. Już w 1968 roku podsumował cały gatunek i to, że potem jeszcze powstawały jakieś westerny może wynikać jedynie z faktu, że przez długi czas ten „spaghetti western” zrealizowany przez Włocha w Hiszpanii (z jednym tylko operatorskim wypadem do kanonicznej Doliny Śmierci) nie był odpowiednio doceniony. Ale dziś już widać, że „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” jest jednocześnie hołdem i i podsumowaniem gatunku, jednocześnie zapisem czasu chwały rewolwerowców, jak i opowieścią o ich nieuniknionym zmierzchu. Pierwszy z nigdy nie nakręconej trylogii amerykańskiej (powstała tylko jeszcze druga część, gangsterskie „Dawno temu w Ameryce”) jest zaskakującą odmianą stylu Leone – pełna gwałtownych pojedynków i strzelanin „trylogia Bezimiennego” zostaje zastąpiona przez wysmakowaną „operę przemocy” pełną niesamowitych konteplacyjnych scen, jak choćby początkowa scena oczekiwania trzech rewolwerowców na przyjazd pociągiem Mężczyzny z Harmonijką (jak wiadomo, Leone chciał bardziej bezpośrednio rozstać się ze swoimi wcześniejszymi bohaterami, obsadzając w tych rolach Wallacha, van Cleefa i Eastwooda – Clint, brzydko, że się nie zgodziłeś), na dodatek obdarzony jednym z najpiękniejszych soundtracków Ennio Morricone. W warstwie fabularnej to klasyczna opowieść o zemście (kolejny majstersztyk Leone – w roli zimnookiego zabójcy amerykański idol Henry Fonda), ale liczy się inna opowieść – o symbolizowanej przez budowę nowej linii kolejowej cywilizacji wkraczającej na Dziki Zachód, o nieuniknionym końcu romantycznych czasów mścicieli i rewolwerowców. Nieprzypadkowo przecież przepiękny finałowy pojedynek Bronsona i Fondy (jedna z najwspanialszych scen w historii kina) toczy się gdzieś na uboczu, zupełnie bez zainteresowania ze strony dziesiątek pracujących w pocie czoła robotników. To do nich należy przyszłość. Dla ludzi takich jak Harmonijka, Czejen, czy Frank nie będzie już miejsca.
Konrad Wągrowski
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
1. Bez przebaczenia (1992, „Unforgiven”, reż. Clint Eastwood)
„Bez przebaczenia“ jako najlepszy western w historii? Pewnie można by dyskutować. Proponuję inną tezę: „Bez przebaczenia“ to najważniejszy western w historii i dlatego wygrał ranking „Esensji“. Tak jakbyśmy gdzieś podskórnie czuli, że ten film podsumowuje sto lat istnienia gatunku. Podsumowuje i jednocześnie zamyka ten rozdział kina.
Czy jest sens pisać „zamyka“ o kinie – dyscyplinie, która żyje? Przecież film Eastwooda nie był ostatnim nakręconym westernem, nie był też ostatnim kasowym sukcesem westernu czy ostatnim westernem, który wbił się w popkulturową pamięć wspólną (że wspomnę choćby 10 nominacji do Oscara dla „Prawdziwego męstwa“ Coenów). To wszystko prawda, western dalej sobie żyje i zarabia. Ale „Bez przebaczenia“ kończy w definitywny sposób rozwój klasycznej formy gatunku, przynajmniej dla mnie.
Wiem, jak to brzmi. I nie wyobrażam sobie powiedzieć tego samego o jakieś komedii, kryminale czy horrorze. Ale kiedy mówię to o westernie, nie razi mnie słowo „kończy“ z zupełnie oczywistego powodu: to najbardziej spetryfikowany gatunek, jeden z najprościej zdefiniowanych i najłatwiej rozpoznawalnych. Jego kluczowe cechy gatunkowe każdy jest w stanie wymienić jednym tchem. Garść typowych fabuł także. Charakterystykę bohaterów też. Były oczywiście dziesiątki westernów rewizjonistycznych, przeczących wszystkim naszym przyzwyczajeniom i popychających rozwój gatunku do przodu. Ale to Eastwood nakręcił film, który wywołuje we mnie wrażenie, że autor dopchnął gatunek do ściany końcowej. Że raz, a dobrze zebrał na nowo szereg kluczowych elementów gatunku, przerobił je i wycisnął do ostatniej kropli.
„Bez przebaczenia“ podsumowuje listę kluczowych cech gatunku, obnaża ich sztuczność, odziera opowieść z konwencji, porzuca w błocie i nie odjeżdża w dal na tle zachodu słońca, tylko znika bohatera (to ostatnie ujęcie filmu). Nie ma już bohatera, nie ma antybohatera, nie ma romantycznych mitów Zachodu, nie ma sensu wymierzanie sprawiedliwości, nie ma sensu zemsta, nie ma sensu zabijanie w jakimkolwiek celu itd. Nie ma też oczywiście ani katharsis, ani wrażenia, że historia może toczyć się dalej. Jeśli nie mają sensu klasyczne zasady westernu, to nie ma też sensu przeczenie im w antywesternie. Schyłek tego świata, koniec starego rewolwerowca i rezygnacja młodego chłopaka z pójścia jego drogą są dla mnie symbolicznym zakończeniem gatunku. Tym ważniejszym, że wyszło spod ręki jednego z jego największych (anty)bohaterów.
Ciekawe, że nie czułem tego jeszcze tak wyraźnie, kiedy oglądałem film pierwszy raz w kinie, dwadzieścia lat temu. Wtedy wydawało mi się, że Eastwood podsumowuje przede wszystkim swoją własną drogę. Ale o dziwo, z dzisiejszej perspektywy widzę, że po „Bez przebaczenia“ z grubsza straciłem zainteresowanie gatunkiem, a w każdym razie przestałem zadawać sobie pytanie, dokąd western może jeszcze pogalopować. Świetne było „Prawdziwe męstwo“ Coenów, dobre „Bezprawie“ Costnera, „Propozycja“ Hillcoata czy ostatnio „Meek’s Cutoff“ Reihardt. Ale po ich seansach czuję, że to Eastwood poprowadził mnie korytarzem do ściany – inni raczej cofnęli się i zaglądają gdzieś w boczne drzwi w tym korytarzu. Nie powiem, że chłoszczą martwego konia, ale dalej niż Eastwood nie jadą.
Michał Chaciński
• • •
Czytaj Wielkie Rankingi Esensji:
koniec
« 1 3 4 5
16 listopada 2012

Komentarze

« 1 8 9 10
06 II 2016   13:40:44

Wszystkie z Clintem Estwodem.ostatni zywy bandyta jest poparwiony politycznie w armi kofederatów nie było czarnych...

26 II 2016   22:42:41

Ciekawe, że w takim zestawieniu zabrakło znakomitego Tombstone

02 X 2016   21:06:36

w rankingu pominięto moim zdanie jeden z najlepszych westernów - ZŁOTO McKENNY , jak równiez POJEDYNEK W SŁOŃCU

07 XII 2016   16:14:16

brak Tombstone, ZŁOTO McKENNY, POJEDYNEK W SŁOŃCU, Wayatt Erp ,Szybcy i martwi ,Tańczący z wilkami,Ostatni zachód słońca,rio lobo ,ALAMO

28 III 2018   23:41:20

Poza rankingiem bo miniserial [4 odcinki] za to godny polecenia "Na południe od Brazos". Bije na głowę wiele z wymienionych tu tytułów.

27 I 2019   21:57:42

Mc Coy i pani Miller

24 XI 2019   10:58:27

Hmm a mi się z kolei wydaje, że jednak walczyli;)

11 I 2020   00:41:28

Postawić Bez przebaczenia przed Dobry, zły i brzydki albo przed Pewnego razu na dzikim zachodzie to udowodnić, że się jest kompletnym dyletantem w temacie westernów.
Sciągnąć z filmwebu 50 tytułów i je wkleić potasowane to byle dureń potrafi

30 III 2020   17:51:00

Brak jednego z najlepszych westernów "Dwa oblicza zemsty"

« 1 8 9 10

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Polecieć sobie po kulki
Jarosław Loretz

11 X 2021

Można nakręcić „Ad Astra” z gwiazdorską obsadą za 90 milionów dolarów, ale można podobną historię zaserwować też w cenie wakacji na Balearach. Oczywiście niski budżet niesie za sobą łatwo zauważalne konsekwencje…

więcej »

Z filmu wyjęte: Duchy na dorobku
Jarosław Loretz

4 X 2021

W dalekiej Tajlandii duchy też muszą zarobić jakoś na swoje utrzymanie. Szczególnie łatwo mają te posiadające wyuczony (za życia) zawód – na przykład dentyści.

więcej »

Nie przegap: Wrzesień 2021
Esensja

30 IX 2021

Bez zbędnych słów: oto zestawienie naszych wrześniowych recenzji.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

10 najlepszych westernów XXI wieku
— Esensja

100 najlepszych filmów XXI wieku. Druga setka
— Esensja

100 najlepszych filmów XXI wieku
— Esensja

Orient Express: Aktor enigmatyczny
— Ewa Drab

Do kina marsz: Grudzień 2012
— Esensja

Porażki i sukcesy A.D. 2011
— Piotr Dobry, Łukasz Gręda, Mateusz Kowalski, Karol Kućmierz, Joanna Pienio, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Jeden z najbardziej dobrodusznych filmów Coenów, czyli „Prawdziwe męstwo”
— Karol Kućmierz, Konrad Wągrowski

„Szpieg” filmem roku 2011 według Stopklatki i „Esensji”!
— Esensja

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (2/3)
— Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

„Prawdziwe męstwo” filmem pierwszego kwartału 2011
— Esensja

Tegoż twórcy

Klasyka kina radzieckiego: O dobre imię czekisty!
— Sebastian Chosiński

Krótko o filmach: Zabawa z żywymi trupami
— Marcin Mroziuk

Pomysł na życie zawodowe po osiemdziesiątce
— Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Listopad 2017 (2)
— Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Esensja ogląda: Kwiecień 2017 (1)
— Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Gabriel Krawczyk, Marcin Mroziuk, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Marzec 2017 (4)
— Piotr Dobry, Jarosław Robak, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Wszyscy jesteśmy Patersonami
— Piotr Dobry

Tydzień z życia kierowcy
— Kamil Witek

7. American Film Festival: Siedmiu wspaniałych
— Kamil Witek

7. American Film Festival: Znaczy kapitan
— Kamil Witek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.