Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 30 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

100 najlepszych filmów science fiction wszech czasów

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 7 8 9 10 »

Esensja

100 najlepszych filmów science fiction wszech czasów

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
20. Nausicaä z Doliny Wiatru (1984, Kaze no tani no Naushika, reż. Hayao Miyazaki)
„Nausicaa…”, choć została stworzona formalnie przed powołaniem słynnego Studia Ghibli, artystycznie należy w pełni do tej ekstraklasy japońskiego anime. Zresztą to sukces tego właśnie filmu był przyczynkiem do powstania Ghibli, a tym samym do późniejszego stworzenia takich arcydzieł jak „Księżniczka Mononoke” czy „W krainie bogów”. Jednak to nie historyczne niuanse, interesujące przede wszystkim dla fanów anime, sprawiły, że film Hayao Miyazakiego znalazł się na naszej liście i to tak wysoko. „Nausicaa…” to znakomity postapokaliptyczny dramat sf, w którym fabuła i pomysł są równie ważne co forma.
Choć do roku 1984 widzieliśmy już mnóstwo wizji naszego gatunku stłamszonego na dogorywającej planecie i zdegradowanego z panów świata na pozycję zwykłych mieszkańców, to rzadko wiązało się z tym tak wyraźne przesłanie proekologiczne. Osią „Nausikii…” jest niezrozumienie jakie panuje wśród pozostałej przy życiu ludzkości co do przyczyn powstania otaczającego ich groźnego świata, jak również co do tego, kto jest tak naprawdę wrogiem i potworem. Tytułowa bohaterka jako jedna z niewielu jest w stanie przejrzeć na oczy i dostrzec piękno przyrody w zmutowanych formach, a także – co ważniejsze – zrozumieć, że nasza planeta jest silna i broni się sama, a pod przykryciem groźnego dla ludzi Morza Rozkładu kryje się czysty i piękny świat. Dążenie wojowniczo nastawionych ludzi do tego, by wypalić Morze nuklearnym ogniem nie może przynieść nic dobrego… (a więc mamy też obowiązkowe przesłanie pacyfistyczne).
Oczywiście jak przystało na animację ze Studia Ghibli, w filmie Miyazakiego treść i forma doskonale ze sobą współgrają. Nawet niebędący fanem anime widz szybko da się wciągnąć w historię, może nie tyle Nausikii, co jej świata, który został przedstawiony w wyjątkowo fascynujący sposób. Miyazaki wyczarowuje bezkresną dżunglę Morza Rozpadu, szybujących z wiatrem ludzi czy gigantyczne mutanty, a sceny początkowe w których to wszystko się splata – okraszone takimi obrazkami jak gigantyczne szkielety zasypywane przez piaski, nie wspominając o niepokojącej muzyce – intrygują i zachęcają by poznać dramatyczną historię tej planety. Dzięki temu niezwykłemu wizjonerstwu „Nausicaa…”, nawet jeśli nie jest najlepszym filmem ze stajni Ghibli, bez wątpienia jest najlepszym science fiction stworzonym przez Miyazakiego. I nie przeszkadza fakt, że podobnie jak większość filmów słynnego Japończyka i jego ekipy, „Nausicaa…” miesza gatunki, miksując sf z fantasy, okraszając element „science” sporą domieszką symbolizmu i przetwarzając go przez niczym nieskrępowaną wyobraźnię.
ew. Jakub Gałka
WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
19. Grawitacja (2013, Gravity, reż. Alfonso Cuarón)
„Grawitacja” wbiła się w nasz ranking rzutem na taśmę, już po podliczeniu wszystkich wyników. Choć grupowa redakcyjna podróż w kosmos z Justinem Bieberem na pokładzie SpaceShipTwo wciąż jest rozważana, to okazja polatania w stanie nieważkości i podziwiania Ziemi z orbity – który miłośnik science fiction o tym nie marzył – za cenę biletu do kina nie mogła ujść naszej uwadze. Wizualnie „Grawitacja” jest przeżyciem nie do zapomnienia i ze wsparciem technologii 3D daje nam możliwość posmakować kosmicznego spaceru jak nigdy dotąd. Długie ujęcia Emmanuela Lubezkiego, autora zdjęć do filmu, wpasowują się w „Grawitację” w niezwykły sposób – kamera unosi się swobodnie w przestrzeni i obserwuje pracujących astronautów, zbliża i oddala, by za chwilę „wlecieć” w hełm jednego z nich i pozwolić obserwować kosmos jego oczami i raczyć widokami naszej planety. Pomysł dramaturgiczny na łańcuchowe zniszczenie krążących wokół Ziemi sztucznych satelit i stacji kosmicznych wydaje się dość prosty, ale wykorzystany jest bardzo efektywnie. Odłamki po katastrofie okrążają Ziemię i co mniej więcej półtorej godziny uprzykrzają życie bohaterom. A efekty niszczonych w ciszy stacji są spektakularne i wciskają w fotel. Realizmu dodaje fakt, że „Grawitacja”, co zdarza się rzadko, mocno stara się honorować prawa fizyki.
Choć głównym zamiarem Cuaróna było nakręcenie trzymającego w napięciu thrillera, to tytułowa grawitacja ma także bardziej metaforyczne znaczenie. Wzniesienie się poza zasięg przyciągania jest dla bohaterów możliwością ucieczki od ludzi, świata i problemów pozostawionych na Ziemi. Pustka i cisza kosmosu daje bezpieczeństwo i spokój. Ale jakże złudne. Takie oderwanie od rzeczywistości przynosi ukojenie tylko, gdy mamy świadomość zaczepienia i możliwości powrotu. Bez grawitacji człowiek staje się tylko dryfującym w przestrzeni kosmonautą. A ostatecznie Ziemia z bliska okazuje się nie mniej piękna niż ta widziana z kosmosu.
Takich zabaw interpretacyjnych Cuarón oferuje więcej. Nie ma jednak wątpliwości, że głównym powodem wysokiej pozycji „Grawitacji” nie jest treść, ale warstwa wizualna. Dziś możemy tylko zgadywać, jak z obrazem obejdzie się czas, niemniej pozostanie on filmem, w którym po raz pierwszy w taki sposób doświadczyliśmy kosmicznego spaceru.
Tomasz Kujawski

Więcej o filmie:
Recenzja Konrada Wągrowskiego „Kosmos, jakiego do tej pory nie znaliście
Recenzja Marty Bałagi „Houston, mamy problem

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
18. Paprika (2006, Papurika, reż. Satoshi Kon)
„Paprika” to dzieło Satoshiego Kona, zmarłego niestety niedawno jednego z czołowych twórców anime, twórcy zaledwie kilku filmów, z których każdy był swego rodzaju wydarzeniem („Paranoia Agent”, „Perfect Blue”, „Rodzice chrzestni z Tokio”, „Millenium Actress”). Nie inaczej było z „Papriką”, dziełem, o którym mówi się – całkiem zresztą słusznie – że było inspiracją dla „Incepcji” Christophera Nolana. W niedalekiej przyszłości wynalezione zostaje urządzenie pozwalające na kontrolę snów, a nawet wchodzenie do snów innych ludzi. Urządzenie zostaje skradzione, ktoś zaczyna je wykorzystywać jako swego rodzaju broń psychologiczną. Należy odzyskać urządzenie, ale też ponaprawiać szkody jakie wydarzyły się w snach wielu osób – snach nierzadko przeżywanych wspólnie, tworzących dziwaczną alternatywną rzeczywistość. Najbardziej niesamowite w „Paprice” jest to, że większa część akcji toczy się w snach któregoś z głównych bohaterów, w których – jak to w snach – logika świata nie istnieje i zdarzyć może się właściwie wszystko. Twórców krępuje właściwie tylko ich własna wyobraźnia – a nie są to więzy zbyt silne. Kon zabiera widza na szaleńczą przejażdżkę po onirycznym świecie, szokując pomysłowością i fenomenalną scenografią, zachwycając staranną animacją, a scena sennej parady jest jedną z najbardziej niesamowitych scen surrealistycznych w historii kina. „Paprika” to prawdziwa uczta dla oka i gimnastyka dla umysłu, film oryginalny, piękny, a przy tym zabawny i ciepły.
Konrad Wągrowski

Więcej o filmie:
„Paprika” na Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym oczami Konrada Wągrowskiego

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
17. Truman Show (1998, reż. Peter Weir)
„Truman Show” to Big Brother posunięty do krawędzi absurdu. Idea podglądactwa przemnożona razy tysiąc i wykoślawiona, ale nie w zwierciadle groteski, a raczej w dążeniu do pokazania, co też nas czeka w przyszłości przy dalszym bezrefleksyjnym schlebianiu gustom maluczkich oraz nadgorliwym hołdowaniu zasadzie „klient nasz pan”. To ponura wizja przeistoczenia się mediów w coś w rodzaju boga, dającego przyjemne ogłupienie, ale i wymagającego złożenia na ołtarzu szczęśliwości ofiary, najlepiej z małego, niczego nieświadomego dziecięcia. Bo przecież ktoś musi cierpieć, żeby masy poczuły się spełnione i zadowolone, a więc grzeczne i nie szemrzące. Musi być ktoś, kogo cierpieniu – najlepiej ogromnemu, bo takie wywołuje najsilniejsze emocje – będą mogły współczuć całe miliony, a nie tylko jednostki. I to współczuć stale, bezustannie, bez odrywania oczu od telewizora. Współczuć długimi latami. Wtedy na ulicach zapanuje spokój, wygasną polityczne waśnie, w niepamięci pójdą gospodarcze bolączki. I lud będzie syty, i władza cała…
To jest ta głębsza, mniej zauważalna warstwa przesłania „Truman Show”, z łatwością ignorowana i spychana na obrzeża interpretacyjne, bowiem już sama historia dzieciaka, który nieświadom zamknięcia w gigantycznej kapsule, w rodzaju chroniącego go przed prawdziwym życiem kokonu, jest silnie poruszająca i nad wyraz gorzka. I to mimo pozornej pogody, humoru i lekkości, z jakimi całość została podana widzowi. Ten film jest perłą jedyną w swoim rodzaju, niosącą zarazem tak treści głębokie, jak i te zwyczajne, bardzo ludzkie, wzbudzające litość i współczucie. Film nie przeintelektualizowany, nie pozujący na Bóg wie jakie arcydzieło, żonglujący najprostszymi środkami, a mimo to uzyskujący efekt wręcz porażający w swej wymowie, w diagnozie kierunku, w jakim zdąża społeczeństwo informacyjnego głodu, społeczeństwo w coraz większym stopniu przykute do ekranu telewizora bądź komputera. Jednocześnie jest to wielkie osiągnięcie Jima Careya, który jak nikt inny pasował do tej roli, i który stworzył kreację wybitną, bodaj najważniejszą w swojej karierze. To również sukces Burkharda von Dallwitza i Philipa Glassa, którzy opatrzyli film cudowną, melancholijną muzyką, w której prym wiodą subtelne dźwięki fortepianu, instrumentu dziś już coraz bardziej usuwanego w cień i spychanego ku zapomnieniu.
Jarosław Loretz

Więcej o filmie:
„Truman Show” w artykule Pawła Piejko o filmowych grach z widzami

WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
16. Gwiezdne wojny: Cześć IV – Nowa nadzieja (1977, Star Wars: Episode IV – A New Hope, reż. George Lucas)
„Gwiezdne wojny"… Nie było drugiego takiego w historii światowej SF, nie było drugiego takiego, który do tego stopnia wpłynąłby na całą kinematografię, odmienił kulturę popularną, stworzył nową mitologię (a dla niektórych i nową religię), którego sława rozeszła się na cały świat, który – w różnych odsłonach – zauroczył kolejne pokolenia od blisko już 40 lat… Film, który po prostu trzeba znać, choćby po to, by umieć odcyfrowywać wszelkie, jakże liczne odwołania, nawiązania, cytaty, pastisze, parodie… Film, którego oddziaływanie wykroczyło daleko poza dotychczasowe możliwości oddziaływania kina. O tym, jakie były tego przyczyny napisano już tysiące książek, ale spróbujmy ująć to w kilku słowach.
George Lucas zaczerpnął z przygodowych opowieści swej młodości, komiksu, seriali telewizyjnych i uwiódł tych wszystkich, u których wciąż silne było wewnętrzne dziecko. „Gwiezdne wojny” udowodniły, że film będący czystą, bezpretensjonalną, eskapistyczną rozrywką może być megahitem. Nie potrzeba odniesień do rzeczywistości, nie potrzeba pogłębionej psychologii, nie trzeba nawet dobrego scenariusza, znanych aktorów, czy solidnej reżyserii. Wystarczy chwytliwa opowieść, dobre tempo, ale przede wszystkim wizualne wysmakowanie i techniczna perfekcja realizacji. Inaczej mówiąc – film tematycznie zbliżony do dawnej klasy „B”, ale zrobiony tak starannie jak największe przeboje kinowe.
Ale to wciąż nie tłumaczy oszałamiającego sukcesu – tu potrzeba pojęcia archetypu. Archetyp to element zbiorowej podświadomości, którego źródłem są utrwalone w psychice zapisy powtarzających się przez wiele pokoleń doświadczeń. Po ludzku mówiąc – wszyscy podświadomie rozpoznajemy pewnego rodzaju symbole, zawarte w mitach i legendach, które są wspólne dla całej ludzkiej społeczności (może to być dwoistość dobrej i złej natury, wędrówka, motyw Mędrca). To na takich właśnie symbolach miał George Lucas zbudować fabułę „Gwiezdnych wojen”, stąd jej ogromny sukces.
Ale „Gwiezdne wojny” to też film czerpiący z klasyki kina („Metropolis”, „Poszukiwacze”, filmy Akiry Kurosawy, lotnicze filmy wojenne), dzieło, które zrewolucjonizowało przemysł efektów specjalnych, dzieło, które udowodniło, jak można zmienić odbiór filmu odpowiednio dobraną muzyką, dzieło, które wprowadziło jeden z najsłynniejszych czarnych charakterów w historii kina, dzieło, które wprowadziło Hana Solo i słowa „użyj Mocy, Luke"…
Można tak bardzo długo.
Konrad Wągrowski

Więcej o filmie:
Pełen zestaw materiałów o „Gwiezdnych wojnach” w Esensji
Obszerny artykuł Michała Chacińskiego Jak Lucas zmienił wszystko
Marcin Osuch i Konrad Wągrowski wyliczają 10 najbardziej obciachowych scen starych „Gwiezdnych wojen”

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
15. Dr. Strangelove, albo jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1964, Dr. Strangelove or: How I Learned to Stop Worrying and Love the Bomb, reż. Stanley Kubrick)
Bardzo satysfakcjonujące SF oparte głównie na dialogach. Co prawda mamy tu odtworzone wnętrze Boeinga B-52 (przenoszącego ładunki jądrowe) czy salę narad amerykańskiego rządu, a nawet minimalistyczne sceny walk, ale głównym daniem pozostaje tu jednak rozrywka myślowa. Kubrick stworzył dzieło wojennej o niespotykanie dużej – nomen omen – sile rażenia, a to za sprawą udanego doboru konwencji, w tym wypadku: satyry. Nie widzimy tu więc bezpośrednich skutków ataku, nie jesteśmy świadkami rozlewu krwi czy dramatu skażonych energią atomową. Zamiast tego obserwujemy poczynania światowych przywódców (choć ten rosyjski obecny jest tylko jako ktoś po drugiej stronie słuchawki – swoją drogą kapitalny wątek „gorącej linii” między dwoma prezydentami) oraz wojskowych i doradców. W obliczu wiszącego w powietrzu konfliktu na jaw zaczynają wychodzić ukryte do tej pory cechy charakteru, absurd goni absurd, a jak grzyby po niekoniecznie atomowym deszczu wykwitają znakomite pomysły fabularne. A najciekawsze – i zapewne najbardziej niepokojące – jest w tej psychodramie to, że mimo groteskowości wielu postaw i sytuacji, gdzieś w głowie kiełkuje nam przekonanie, że GDYBY faktycznie do podobnych zdarzeń doszło, osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo narodowe zachowałyby się… podobnie. Nie ma co opowiadać – to trzeba zobaczyć, choćby dla potrójnej roli Petera Sellersa, kreującego trzy zupełnie odmienne typy charakterów, z komicznym doktorem Strangelove na czele.
Daniel Markiewicz
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
14. Obcy – decydujace starcie (1986, Aliens, reż. James Cameron)
Jedna z głównych zasad kręcenia sequeli mówi, że kolejne części muszą być droższe i bardziej efektowne od swoich poprzedników. Zdaje się, że James Cameron w pełni tę zasadę rozumiał. Podczas gdy „Obcy” był kameralnym horrorem gotyckim rozgrywającym się w przestrzeni kosmicznej, w którym klaustrofobia i klimat osaczenia grały pierwsze skrzypce, „Obcy – decydujące starcie” jest już pełnoprawnym filmem akcji – groza schodzi tu na dalszy plan, liczy się napięcie, efekty, umiejętne prowadzenie fabuły i nakręcona za grube miliony rozwałka. Tego typu rozwiązanie ma swoje plusy i minusy, ale trudno nie zauważyć, że sequel Camerona jest w swojej kategorii filmem po prostu znakomitym – wspaniale poprowadzonym akcyjniakiem science fiction.
A ogląda się go tym przyjemniej, że Cameron rozwija tematy zarysowane w oryginale, takie jak android jako członek misji (tu Lance Henriksen znakomicie zbudował bohatera pozytywnego, któremu się kibicuje i współczuje, w opozycji do Iana Holma w pierwszym filmie), czy Sigourney Weaver jako silna kobieta, która sama radzi sobie z zagrożeniem jeszcze lepiej i pewniej niż za pierwszym razem. Efektem były ikoniczne sceny, które na stałe weszły do popkultury i na równi „Ósmym pasażerem Nostromo” funkcjonują w zbiorowej świadomości widzów jako definicja „obcego”. Bo tak jak Scott dał mitologii tego cyklu ksenomorfa wykluwającego się z ludzkiego brzucha, tak Cameron zapisał się w historii takimi obrazkami jak królowa obcych znosząca jaja, czy – przede wszystkim – Ellen Ripley w roboczym egzoszkielecie cedząca nieśmiertelne „Get away from her, you bitch!”. Trzeba przyznać Cameronowi, że ma wyjątkowo dobre ucho do one-linerów…
Grzegorz Fortuna i Jakub Gałka

Więcej o filmie:
Pełen zestaw materiałów o cyklu „Obcy” w Esensji
Redakcyjna dyskusja o filmie jako sequelu doskonałym

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
13. Donnie Darko (2001, reż. Richard Kelly)
Dzieło w doskonały sposób spełniające definicję filmu kultowego. Porażka finansowa w kinach, status przeboju na wideo, film skłaniający do analizy każdej swej sceny z osobna, a jednocześnie wymykający się porównaniom z innymi filmami, sprawdzający się doskonale na co najmniej trzech płaszczyznach: kina SF, kina onirycznego i filmu psychologicznego. Tak czy inaczej, „Donnie Darko” był prawdziwie świeżym oddechem w światowej SF. Zakręcona, osobista wizja twórcy z niesamowitą wyobraźnią, łącząca ze sobą elementy hard SF z motywami bardziej mistycznymi, zahaczającymi o fantasy. Wbrew pozorom, choć po pierwszym seansie trudno w to uwierzyć, wątek SF jest spójny i precyzyjny, oparty na koncepcjach podróży w czasie, choć, prawdę powiedziawszy, bardziej chodzi tu problem powstania nietrwałego równoległego wszechświata, którego nieuchronna zagłada zagraża innym wszechświatom. Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa woda i metal, kim są tajemnicze osoby określone mianami „Living Receiver”, „Manipulated Dead”, „Manipulated Living” – tę zagadkę warto rozwiązać samemu. Trudno może w tym przypadku mówić o jakiejś odkrywczej koncepcji, czy rewolucji, ale Kelly zrobił to, co dwa lata wcześniej Wachowscy – wymieszał motywy różnych gatunków fantastyki i uzyskał nową jakość. A przede wszystkim udało mu się coś bardzo istotnego – cała historia skłaniała uważnych widzów do drążenia, analizowania, budowania własnej kompletnej wizji, tego co właściwie wydarzyło się w ciągu tych 28 dni w „Tangent Universe”. Druga sprawa to surrealistyczny klimat filmu, nieodmiennie nasuwający skojarzenia z dziełami Davida Lyncha, choć również bardzo odrębny. Ogromną rolę gra tu muzyka (większość budżetu filmu pochłonęły podobno wydatki na prawa do konkretnych utworów), na przykład przejmujący „For Whom the Bell Tolls” Carmen Daye i Steve’a Bakera, czy doskonale ilustrujący film, od premiery nierozerwalnie z nim związany, znakomity i poruszający „Mad World” Gary’ego Julesa. Wszystko to, co wyżej, mogło jednak przynieść „Donniemu Darko” tylko wielbicieli wśród miłośników fantastyki i filmowego surrealizmu, tymczasem siła oddziaływania filmu sięga dużo dalej. Richard Kelly, czy to świadomie, czy tak po prostu mu wyszło (bo jednak chciał opowiadać o portalach i podróżach w czasie) stworzył film, który okazał się alegorią zagubienia współczesnego młodego człowieka. „Donnie Darko” to swoisty hołd dla tych wszystkich z nas, którzy, zagubieni w młodości, w wyobraźni snuli historie, w których byli prawdziwymi bohaterami. Dla tych, którzy czuli, że wbrew swej woli muszą nosić ten głupi kostium człowieka.
Konrad Wągrowski

Więcej o filmie:
O „Donnie Darko” pisze Konrad Wągrowski

WASZ EKSTRAKT:
70,0 (0,0) % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
12. Seksmisja (1983, reż. Juliusz Machulski)
To był najlepszy okres dla Juliusza Machulskiego, który wybił się na reżyserską niepodległość znakomitym debiutem kinowym, czyli komedią sensacyjną „Vabank” (1981). Jej ogromny sukces zdyskontował trzy lata później nie mniej udanym sequelem; pomiędzy dwiema opowieściami o kasiarzu Henryku Kwincie i bankierze Gustawie Kramerze powstała „Seksmisja” – najwyżej notowany polski obraz w rankingu. Czy słusznie wyprzedził on „Wojnę światów” Piotra Szulkina – można się zastanawiać, ale nikt na pewno nie odbierze dziełu Machulskiego wśród rodzimych produkcji science fiction prymatu w jednym – liczbie widzów (według oficjalnych danych, na „Seksmisję” pofatygowało się do kina ponad 11 milionów Polaków). Fabuła nie była szczególnie oryginalna, zawierała wiele wątków obecnych już wcześniej w literaturze postapokaliptycznej i antyutopijnej (vide Janusz A. Zajdel); nie brakowało w niej też nawiązań do klasyki kina (jak chociażby wcześniejszego o trzy lata „Miasta kobiet” Felliniego). Autor tekstu nasycił jednak scenariusz masą aluzji do życia codziennego w Polsce Ludowej – i to w dużej mierze zdecydowało o ogromnej popularności komedii Machulskiego.
Co udało się Machulskiemu – poza zgrabnym scenariuszem i bezpretensjonalną reżyserią – najbardziej? Przede wszystkim – scenografia! Polskie science fiction kojarzyło się bowiem do tamtego momentu głównie z siermiężnymi, rażącymi na odległość sztucznością dekoracjami i kostiumami. „Seksmisja” udowodniła, że nawet w stanie wojennym można, jeśli tylko się chce i potrafi, wyczarować bardzo przekonującą wizualnie wizję świata przyszłości (co prawda tylko podziemnego, ale zawsze). Nawet jeśli wiele elementów przedstawiono na zasadzie umowności, reżyser potrafił zakamuflować niedostatki, puszczając do widza oko. Kapitalną decyzją było też obsadzenie w głównych rolach żeńskich – tfu! męskich – aktorów tak skrajnie różniących się temperamentem i emploi, jak Jerzy Stuhr (skłonny do błazenady Maks Paradys) i Olgierd Łukaszewicz (zahukany i mimozowaty Albert Starski). Zwłaszcza ten pierwszy posłużył reżyserowi jako dostarczyciel aluzyjnych powiedzonek, które krótko po premierze filmu powtarzała cała Polska, jak chociażby: „Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę.”, „Ja tu widzę niezły burdel!”, „Nas? Bohaterów? Prądem?!”, „Nie wytrzymam! Permanentna inwigilacja!” bądź też ten najbardziej chyba znany: „Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja”. A co szwankuje? Nie do końca przemyślany wątek z Jego Ekscelencją, który choć broni się w całości, to jednak w szczegółach rodzi kilka wątpliwości logicznych.
Sebastian Chosiński
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
11. 12 małp (1995, Twelve Monkeys, reż. Terry Gilliam)
Przedostatnią dziesiątkę naszego zestawienia wieńczy kolejne dzieło Terry’ego Gilliama z kapitalną wręcz rolą Brada Pitta, dla którego postać Jeffreya Goinesa stała się przepustką do innych, świetnych produkcji jak chociażby „Podziemny krąg”. Za scenariusz „12 małp” odpowiada nie kto inny jak David Webb Peoples, autor „Łowcy androidów”. „12 małp” to również – a może przede wszystkim – jeden z ciekawszych filmów o podróżowaniu w czasie i przestrzeni, stanowiącego wielką, osobistą fascynację reżysera, o której mówi tak: „Podróż w Czasie pozwala Ci spojrzeć na samego siebie. Stanowi więc swego rodzaju dziwne lustro – pojawiasz się w innych czasach i obserwujesz siebie z przeszłości. I albo zobaczymy kogoś bardzo niemądrego albo niezwykle bystrego, albo dostrzeżemy, jak coś schrzaniliśmy. (…) Problemem podróży w czasie jest jednak to, że nie wiem, dokąd chciałbym trafić. Byłbym ciekaw przyszłości, ale z drugiej strony, nie chciałbym jej poznać – wolę ją sobie wyobrażać” (Dreams – The Terry Gilliam Fanzine). „12 małp” stało się prawdziwym katalizatorem sławy nie tylko reżysera i Pitta, ale również Bruce’a Willisa, którego rola Jamesa Cole’a uwolniła w końcu z szufladki pt. „John McClane” i (przynajmniej na jakiś czas…) nadała do światka filmowego jasny przekaz – ten aktor nadaje się do czegoś więcej niż jedynie ratowania ludzkości w zakrwawionym podkoszulku. Produkcja Gilliana to opowieść brudna, psychodeliczna, poplątana, lecz co najważniejsze: stawiająca przed co bardziej dociekliwym widzem prawdziwą zagwozdkę – co jest prawdą, a co jedynie wytworem chorej wyobraźni. Zdecydowanie na więcej niż jeden seans.
Joanna Pienio

Więcej o filmie:
Artykuł Tomasza Rachwalda o Terrym Gilliamie
„12 małp„ wśród 10 najważniejszych filmów o podróżach w czasie oraz 10 filmów postapokaliptycznych

« 1 7 8 9 10 »

Komentarze

« 1 21 22 23
14 X 2020   21:05:37

Jeśli Stalker jest filmem sf to powinien być na 1 miejscu, bo jest jednym z najwybitniejszych filmów wszech czasów, niezależnie od gatunku. Jednak film sf to nie jest.

12 IV 2021   12:23:42

Wszyscy robią Top 100 a ja bym chciał wszystkie filmy w jednym miejscu

04 XI 2021   14:58:01

To na którym miejscu ląduje nowa "Diuna"?

« 1 21 22 23

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Szerokie usta
Jarosław Loretz

22 XI 2021

Prawem serii dzisiaj trzecia kobieca twarz. Tym razem ludzka, choć nikomu bym nie życzył doświadczania tak szerokiego rozwarcia szczęk.

więcej »

Z filmu wyjęte: Głębokie gardło
Jarosław Loretz

15 XI 2021

Zdarzają się dni, gdy w gardle szaleje pożar. Niestety, niektórzy filmowcy potrafią to wziąć śmiertelnie serio.

więcej »

Z filmu wyjęte: Uśmiech umila życie
Jarosław Loretz

8 XI 2021

Czy tak pięknie uśmiechnięta starsza pani może kryć jakąś tajemnicę? Otóż – jak najbardziej. I wcale nie chodzi o to, że owa dama nie do końca jest tym, na kogo wygląda.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.