Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 9 marca 2021
w Esensji w Esensjopedii

Trzy cięcia: Ryszard Filipski. Największy twardziel PRL-u

Esensja.pl
Esensja.pl
Trzy. I tylko trzy! Czasami z kilkunastu, często z kilkudziesięciu, niekiedy nawet z kilkuset. Trzy role – nie zawsze najlepsze, ale za to najbardziej charakterystyczne. Role niekiedy zapomniane, lecz na pewno godne ocalenia.

Sebastian Chosiński

Trzy cięcia: Ryszard Filipski. Największy twardziel PRL-u

Trzy. I tylko trzy! Czasami z kilkunastu, często z kilkudziesięciu, niekiedy nawet z kilkuset. Trzy role – nie zawsze najlepsze, ale za to najbardziej charakterystyczne. Role niekiedy zapomniane, lecz na pewno godne ocalenia.
Gdyby urodził się we Francji, mógłby dorównać popularnością takim aktorom, jak Jean Gabin i Gerard Depardieu (oczywiście w czasach sprzed jego fascynacji Rosją Władimira Putina). Gdyby dane mu było trafić do Hollywood, być może jego nazwisko stawiano by dzisiaj w jednym rzędzie z Humphreyem Bogartem, Burtem Lancasterem, Charlesem Bronsonem czy Steve’em McQueenem. Jedno jest pewne – idealnie sprawdziłby się w kinie gangsterskim i westernach, a i twórcy z górnej półki mogliby korzystać z jego usług bez obaw, że obniży jakość ich dzieła. W Polsce jego ogromny talent nie został do końca wykorzystany, zresztą w dużej mierze z winy samego aktora, który jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku niepotrzebnie uwikłał się w politykę. Nie wystarczyła mu działalność w podstawowych strukturach Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, związał się z – początkowo – nieformalną grupą narodowych komunistów, która z biegiem czasu wyewoluowała w antysemickie Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald” (choć już bez niego). Po upadku Polski Ludowej flirtował z Samoobroną. Z powodu swego zaangażowania politycznego i idącego z nim w parze ostracyzmu w środowisku filmowym, na początku lat 80. wycofał się z zawodu, do którego powrócił na dobre dopiero po dwóch dekadach. Ile w tym czasie mógłby wyreżyserować filmów, ile kapitalnych zagrać ról – nigdy się nie dowiemy.
Ryszard Filipski urodził się w 1934 roku we Lwowie, po wojnie trafił do Łodzi, gdzie po raz pierwszy wyszedł na scenę, mając dwadzieścia lat, w Teatrze 7.15. Szybko też trafił do filmu. W pierwszych latach kariery parokrotnie spotykał się na planie z Romanem Polańskim: w „Noweli bokserskiej” Czesława Petelskiego (w almanachu filmowym „Trzy starty” z 1955 roku), w dramacie społecznym „Koniec nocy” (1956) Juliana Dziedziny, Pawła Komorowskiego i Walentyny Uszyckiej, wreszcie w etiudzie Polańskiego „Gdy spadają anioły” (1959), gdzie pojawił się w epizodzie będącym całkowitym zaprzeczeniem jego wszystkich późniejszych ról (zagrał korzystającego z szaletu miejskiego mocno zniewieściałego młodzieńca). Egzamin aktorski zdał eksternistycznie w 1958 roku. W następnych latach zaliczył udane kreacje w wojennym „Potem nastąpi cisza” (1965) Janusza Morgensterna, dramatach Henryka Kluby „Chudy i inni” (1966) oraz „Słońce wschodzi raz na dzień” (1967) oraz kryminale „Tylko umarły odpowie” (1969) Sylwestra Chęcińskiego. Prawdziwe chwile chwały przeżył jednak w następnej dekadzie, głównie za sprawą dwóch superprodukcji historycznych – „Hubala” (1973) Bohdana Poręby oraz wyreżyserowanego przez siebie „Zamachu stanu” (nad którym pracę zakończył już w burzliwym 1980 roku). A potem… nastąpiła cisza i „emigracja wewnętrzna” – czas spędzony najpierw na Zamojszczyźnie, a następnie w Puszczy Białowieskiej.
Cięcie pierwsze
Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię (reż. Janusz Majewski, 1969)
Zaczęło się od ogłoszonego przez Komendę Główną Milicji Obywatelskiej konkursu na powieść kryminalną, która – w domyśle – sławiłaby pracę funkcjonariuszy tej niekoniecznie lubianej przez społeczeństwo służby. Nagrodzona została książka autorstwa Krzysztofa Kąkolewskiego, którą szybko przerobiono na scenariusz filmowy (o zgodność z realiami pracy w MO zadbał przede wszystkim major Władysław Krupka, wtedy już znany jako twórca komiksowej postaci kapitana Żbika) i przeniesiono na ekran. Kąkolewski oparł się na prawdziwych wydarzeniach, a swemu dziełu nadał formę na poły dokumentalną; reżyser Janusz Majewski poszedł zaś drogą wytyczoną przez autora pierwowzoru literackiego. Głównym bohaterem filmu jest emerytowany milicjant, kapitan Siwy (w tej roli Zygmunt Hübner), który na własną rękę stara się rozwikłać sprawę tajemniczego morderstwa popełnionego na niejakiej Księżniczce (Barbara Brylska). Jako że dziewczyna nie prowadziła się najlepiej, Siwy w czasie nieformalnego dochodzenia styka się z wielce podejrzanymi ludźmi – alkoholikami, prostytutkami, oszustami, „niebieskimi ptakami”. Jednym z nich jest Robert Kwasowski, kierowca w bazie transportowej – to w niego właśnie wcielił się Ryszard Filipski. Nie jest to rola pierwszoplanowa, ale zdecydowanie najistotniejsza obok emerytowanego kapitana. A stała się taką dzięki kreacji Filipskiego. Siła jego talentu polegała przede wszystkim na tym, że oprócz tego, iż na ekranie – bez względu na to, czy grał postać pozytywną, czy, jak w tym przypadku, negatywną – był naturalny i jednocześnie w pełni wiarygodny, to na dodatek posiadał nieprzeciętne umiejętności warsztatowe. Kwasowski nie musiałby się nawet odzywać; wystarczyła bowiem mimika i mowa ciała (sposób chodzenia, gesty) aktora, by przekazać całą prawdę o jego bohaterze. W scenie finałowego pojedynku ostatecznie przegrywa, co – jako chyba jedyny element w tym obrazie – mocno zgrzyta. Lecz przecież nie mogło być inaczej, sprawiedliwość musiała zwyciężyć!
Cięcie drugie
Południk zero (reż. Waldemar Podgórski, 1970)
Za najlepszy western w dziejach polskiej kinematografii – słusznie czy nie, można się spierać – uchodzi „Prawo i pięść” (1964) Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego. Głównie dzięki dwóm elementom: świetnej grze aktorskiej (nie tylko Gustawa Holoubka) i kultowej już dzisiaj balladzie Krzysztofa Komedy (muzyka) i Agnieszki Osieckiej (słowa) „Nim wstanie dzień” śpiewanej przez nieodżałowanego Edmunda Fettinga. Kilka lat później na ekrany kin wszedł natomiast „Południk zero”, który w niczym dziełu Hoffmana i Skórzewskiego nie ustępuje; jego pech polegał jednak na tym, że powstał po tamtym. Autorem scenariusza był Aleksander Ścibor-Rylski, który z formą westernową zmierzył się już wcześniej, wymyślając fabułę wyreżyserowanych przez siebie, średnio zresztą udanych, „Wilczych ech” (1968). Drugie podejście do tematu okazało się znacznie ciekawsze. Między innymi dlatego, że o ile w „Wilczych echach” Ścibor-Rylski postanowił wyeksponować przygodowość i awanturniczość akcji, o tyle w „Południku zero” zdecydował się na podkreślenie dylematów moralnych, z którymi muszą zmierzyć się bohaterowie. Z tego też powodu obrazowi Waldemara Podgórskiego (który zadebiutował zaledwie dwa lata wcześniej szpiegowskim „Hasłem Korn”) bliżej jest też do dramatu psychologicznego. Podobnie jak w „Prawie i pięści”, także i tutaj miejscem akcji są Ziemie Odzyskane; w powieści Józefa Hena był to jednak Dolny Śląsk, u Ścibor-Rylskiego są to Mazury. Filipski gra zdemobilizowanego porucznika Bartkowiaka, który – wraz z dwoma członkami Związku Walki Młodych – zostaje wysłany do prowincjonalnego miasteczka w Prusach Wschodnich, aby – jako pełnomocnik nowych komunistycznych władz – zorganizować normalne życie. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że ma konkurencję; niejaki Szczygieł (świetny, jak niemal zawsze, Janusz Kłosiński) ze swoją bandą zamierza właśnie ograbić sterroryzowanych przez siebie autochtonów (w rzeczywistości zgermanizowanych Mazurów). Bartkowiak, zapraszany przez Szczygła do „spółki”, nie ma jednak zamiaru przysparzać jeszcze większych cierpień miejscowej ludności i podejmuje, zdawałoby się, nierówną walkę z bandziorami. Strzelanina w finale rozegrana została zgodnie ze wszelkimi kanonami gatunku, a Filipski ze swoją zmęczoną, spoconą twarzą i w wymiętym mundurze wygląda tak, że i John Wayne by się nie powstydził.
Cięcie trzecie
Hubal (reż. Bohdan Poręba, 1973)
Film przez jednych uwielbiany, przez innych znienawidzony – przede wszystkim z uwagi na osoby reżysera i odtwórcy roli tytułowej, czyli Bohdana Poręby i Ryszarda Filipskiego, przez wiele lat uważanych za brunatno-czerwoną jaczejkę w światku polskich filmowców. Poręba to średni reżyser, który nigdy nie wzniósł się ponad poziom rzetelnego rzemieślnika, ale „Hubal” – jakby na przekór wszystkim innym jego dziełom – wyszedł mu znakomicie. W czym, nie ma co ukrywać, największa była zasługa Filipskiego. Obraz zrealizowano z prawdziwie epickim rozmachem (podkreślonym jeszcze patetyczną, ale i wpadającą w ucho, ścieżką dźwiękową autorstwa Wojciecha Kilara), starając się na dodatek nie odchodzić zbyt daleko od faktów historycznych. Co w tamtym czasie – dodajmy: w epoce rodzącej się właśnie „propagandy sukcesu” (oczywiście „sukcesu” socjalistycznego) – wcale nie było, z uwagi na tytułowego bohatera, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej i oficera wojska sanacyjnego, takie oczywiste. Mimo to scenarzysta Jan Józef Szczepański, który w dużej mierze oparł się na słynnym reportażu „Hubalczycy” Melchiora Wańkowicza, ostatecznie wycofał swoje nazwisko z napisów po kłótni z reżyserem. Opowieść o trwającej od jesieni 1939 do wiosny 1940 roku walce Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego majora Henryka Dobrzańskiego z Niemcami jest świetnie zagrana; kilka scen dosłownie chwyta za gardło i za serce. Bywa, co prawda, że Filipski szarżuje – dosłownie i w przenośni – czyniąc majora „Hubala” nieomal bohaterem z Dzikiego Zachodu, ale w jego przypadku wypada to nadzwyczaj naturalnie; aktor bowiem świetnie czuje się, jeżdżąc konno, poza tym można odnieść wrażenie, że z graną przez siebie postacią zespolił się niemal w stu procentach. Ten sam stopień integracji z kreowanym bohaterem osiągnął później jeszcze tylko raz – w „Zamachu stanu” (1980), w którym wcielił się w marszałka Józefa Piłsudskiego. W kilku scenach obrazu Poręby pojawia się mniej lub bardziej zawoalowana krytyka Polski przedwrześniowej, ale mimo to udaje się realizatorom nie przekroczyć granicy dobrego smaku. Chwalebnym pozostaje zaś fakt, że odważono się pokazać na ekranie – wtedy jeszcze kapitana – Macieja Kalenkiewicza (pseudonim „Kotwicz”), który pięć lat później, w sierpniu 1944 roku, zginął w boju z batalionem NKWD w Puszczy Rudnickiej.
koniec
25 listopada 2013

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Nadmiar filmów szkodzi
Jarosław Loretz

1 III 2021

Po serii filmów z rekinami, zwłaszcza tymi wielogłowymi, po mrowiu filmów z człapiącymi truposzami, w których dialogi na ogół składają się z fraz „hhyyyyyhh”, podstępnie może dopaść widza przesyt kinematografią. Wtedy zaczyna robić się dziwnie.

więcej »

Nie przegap: Luty 2021
Esensja

28 II 2021

Lutowe mrozy nie przeszkodziły nam w pisaniu recenzji.

więcej »

Z filmu wyjęte: Jsem mořská hvězdice
Jarosław Loretz

22 II 2021

Czy rozgwiazda może być zabójcza? Oczywiście, jeśli tylko jest wielka i na końcu każdego ramienia ma uzębioną paszczę.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.