Superbohaterowie drugiego planu. Suplement do rankinguJarosław Loretz, Konrad Wągrowski, Kamil Witek Dzisiejszy tekst możecie potraktować jako uzupełnienie naszego rankingu filmów superbohaterskich – przedstawiamy w nim bowiem 12 z różnych względów ciekawych filmów o superbohaterach, które albo są mniej znane, albo mniej kojarzone z gatunkiem. Potraktujcie je jako cenne uzupełnienie wiedzy o gatunku, gdy obejrzycie już wcześniejszą pięćdziesiątkę.
Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski, Kamil WitekSuperbohaterowie drugiego planu. Suplement do rankinguDzisiejszy tekst możecie potraktować jako uzupełnienie naszego rankingu filmów superbohaterskich – przedstawiamy w nim bowiem 12 z różnych względów ciekawych filmów o superbohaterach, które albo są mniej znane, albo mniej kojarzone z gatunkiem. Potraktujcie je jako cenne uzupełnienie wiedzy o gatunku, gdy obejrzycie już wcześniejszą pięćdziesiątkę. "Złoty Nietoperz" to świetny przykład na to, jak można posunąć do absurdu ideę superbohaterstwa. Kiedy zły z kosmosu kieruje na Ziemię inną planetę, żeby zniszczyć nasz glob, przeciwstawić się mu może tylko tytułowy Złoty Nietoperz, superheros z okresu Atlantydy, która wyłoniła się z morskich fal akurat na tyle czasu, by ekspedycja naukowa zdążyła ożywić wybawcę ludzkości. Naturalnie jest tutaj niszczenie Tokio przez niegodziwca podróżującego maszyną w kształcie wielkiego świdra, ale jednocześnie i obecny jest w filmie nietypowy akcent - naukowcem, który znajdzie metodę zniszczenia nadlatującego globu, jest osiadły w Japonii cudzoziemiec. Film jest chwilami wręcz niemożebnie kiczowaty, ale - paradoksalnie - dzięki temu dzisiaj całkiem nieźle się broni, w przeciwieństwie do wielu amerykańskich produkcji sf z tamtego okresu. „Mr. Freedom” został stworzony z zamysłem szerzenia antykomunistycznej agitacji, i krzewienia amerykańskich praw wolności i swobód. Ten dość dziwaczny film amerykańsko-francuskiego fotografa Williama Kleina, przeszedł właściwie niezauważony przez opinię filmową, i jest raczej tylko i wyłącznie ciekawostką w superbohaterskim gatunku niż pozycją godną większej uwagi. Ujęty w klimacie satyry skupiał się na działaniach Mr. Freedoma, chcącego uchronić Francuzów przed czerwoną propagandą, personifikowanych w postaciach Moujik Mana i Red China Mana. Absurdalność całego pomysłu niech podsumuje fakt, iż Mr. Freedom widząc brak większego zainteresowania ze strony Francuzów, postanowił ocalić resztę świata niszcząc samego siebie. Przekomiczny camp rodem z dalekiego Hong Kongu, z jednej strony wyrosły na "Godzilli", z drugiej - czerpiący pełnymi garściami z amerykańskiej komiksowej tradycji superbohaterskiej. Jego fabuła nie należy do specjalnie skomplikowanych. Chiński naukowiec zmienia jednego ze swoich podwładnych w tytułowego Infra-Mana, co głównie polega na wdrukowaniu mu w ciało różnych elektronicznych i mechanicznych elementów. A wszystko po to, by delikwent mógł stawić czoło inwazji potworów z epoki lodowcowej, czyli na przykład człowiekowi-drzewu czy brzuchatemu niby-owadowi. Wszyscy herosi - tak Infra-Man, jak i "potwory" - mają obciachowe, potwornie kiczowate stroje, na tyle luźne, że często widać rozdającego ciosy aktora i jego obuwie zamiast "stopy" stwora, scenografia na milę jedzie dyktą i gipsem, ale mimo to - czy może właśnie dlatego - film ogląda się doskonale. Poza tym produkcja wyszła ze studia Shaw Brothers, które było wówczas u szczytu sławy i technicznych możliwości. Przesłodka, kompletnie zwariowana i niemalże slapstickowa komedia rosyjska okresu przemian, będąca czymś w rodzaju pastiszu kina bohaterskiego. W związku z rozplenioną przestępczością genetyk wespół z młodym programistą postanawiają stworzyć supermana, który pogoniłby łobuzów. Niestety, ponieważ podczas procesu tworzenia, w którym spory udział miało kilkaset jaj, wiele litrów witamin i malutki kawałek metalu, genetyk myślał akurat o pięknej aktorce, zamiast tytana sprawiedliwości z kadzi wyłazi kobieta. Mimo że naukowcy początkowo są sceptyczni ("wyszła supermania"), z czasem okazuje się, że wiecznie nienażarta dziewczyna (notorycznie zamawia w jadłodajniach "dwa razy cała karta") spełnia wszelkie postawione kryteria. Najpierw rozrzuca po okolicy bandytów w zaułku, potem załatwia mafiozów, którzy napadli na restaurację, a następnie rozprawia się z szajką zbierającą haracz na bazarze (tu następuje zupełnie popieprzona sekwencja pościgu w wykonaniu całej ekipy "hitlerowców" z kręconego właśnie filmu). Gdy jednak ujmuje w burdelu szefa jednej z przestępczych organizacji, zaczynają się prawdziwe kłopoty. Film jest zrobiony za niezbyt duże pieniądze i ze względu na to, że jego fabuła odzwierciedla bolączki trapiące ówczesne rosyjskie społeczeństwo, niekiedy trudno złapać odpowiedni kontekst, ale nawet mimo to świetnie się go ogląda. Pewnie spory wpływ ma na to pokaźna dawka urokliwego kiczu i wciąż świeży humor. Maxx to jeden z najdziwniejszych i najbardziej nieoczywistych superbohaterów, jakich wydało kino, a właściwie telewizja – jest dzieckiem czasów, gdy w MTV było co oglądać. W pierwszej połowie lat 90. stacja ta oprócz teledysków pokazywała kilka arcyciekawych seriali animowanych. Jednym z nich był „Maxx" – ekranizacja komiksu Sama Kietha. Maxx jest superbohaterem, ale bardzo dziwnym. Jedyną właściwą cechą będzie chyba fioletowa peleryna. Poza tym Maxx jest raczej ociężały, zawsze przygarbiony, mający dziwne wielkie zęby, wielkie stopy i szponiaste paznokcie. Jedyną jego misją jest opieka nad Julie, królową dżungli w tajemniczym, porosłym trawami, świecie. To wszystko to jedna strona medalu, bo w innej rzeczywistości Maxx jest bezdomnym mieszkającym w kartonowym pudle, a Julie opiekującą się nim pracownicą opieki społecznej. Co jest tu realne? Czy świat Maxxa został wykreowany tylko w jego chorej podświadomości? A może wszystko jest produktem podświadomości Julie? Jakie zdarzenie za tym wszystkim stoi? Bardzo kameralna komedia, pełna wrednego humoru i jednocześnie gorzkich spostrzeżeń na temat losu tych superbohaterów, którzy nie przebili się na czołówki gazet, nie zyskali rzeszy fanów i nie znaleźli bogatych sponsorów. Porzuceni, ignorowani, egzystujący poza społecznym nawiasem - postanawiają jeszcze raz spróbować wykorzystać swoje liche, niekiedy absurdalnie bezsensowne moce, żeby pokazać, że też mogą zawalczyć o sprawiedliwość i ludzkie dobro. Przy czym film oparty jest nie na rozbuchanej akcji pełnej strzelanin i mordobić, a raczej na ciętych rozmowach i codziennej egzystencji nieudaczników, na próbach wymyślenia, jak ich moc może być użyta w jakimś pożytecznym celu. Bardzo miła, całkiem inteligentna rozrywka, aczkolwiek wypada uprzedzić, że raczej nie dla widzów, którzy mają tendencję do podsypiania na filmach, w których przez dziesięć minut nikt nikogo nie trzasnął w mordę. ![]()
Wyszukaj / Kup V jak Vendetta (V for Vendetta, 2005, reż. James McTeigue) "V jak Vendetta" nie został wzięty pod uwagę przy okazji tworzenia naszego rankingu superbohaterskiego, głównie dlatego, że uwzględniliśmy go w rankingu SF, a ustaliliśmy, że te zbiory muszą być rozłączne. Nie zmienia to faktu, że sam V, choć może nie w oczywisty sposób, posiada wszelkie atrybuty superbohatera. Ma moc – jest ponadnaturalnie inteligentny i zwinny. Moc wynika z efektów eksperymentu medycznego – cóż z tego, że wykonywanego pod przymusem w obozie koncentracyjnym? Ukrywa swą twarz pod maską, nikt nie zna jego prawdziwej tożsamości, samotnie walczy o sprawiedliwość. V jest kolejnym dowodem na kreatywne wykorzystywanie mitu superherosa przez Alana Moore′a, czego nie zepsuło nawet przesunięcie ekranizacji w kierunku kina akcji. Bohater filmu „Special” Les Franken jest życiowym nieudacznikiem. Na co dzień wlepia mandaty za złe parkowanie, jest samotny, jego jedyną pasją są komiksy, ma niby dwóch kumpli, ale ci są nieustannie najarani. Chcąc, być może, coś zrobić ze swoim życiem, idzie do kliniki farmaceutycznej i zgłasza na ochotnika do testowania eksperymentalnego leku antydepresyjnego. Z początku niby nic specjalnego się nie dzieje, ale po kilku dniach lek zaczyna powodować dziwne objawy. Les lewituje nad ziemią, przechodzi przez ściany i odczytuje myśli innych ludzi. Wychowany na opowieściach obrazkowych, wie, co powinien robić. Zakłada dość mało wyszukany strój i rusza w miasto by zwalczać przestępczość. Już wkrótce w lokalnym sklepie, na oczach sympatycznej sprzedawczyni obezwładnia rabusia, którego zamiary poznał dzięki telepatii. Są jednak pewne problemy – nikt za specjalnie nie wierzy Lesowi w jego zdolności. Gdy ten prezentuje lekarzowi swe umiejętności unoszenia się nad ziemią, ten widzi, że Les tak naprawdę leży na podłodze. Gdy pokazuje kumplom przechodzenie przez ścianę, ci widzą jak w pełnym biegu rozbija sobie nos o mur. Gdy obezwładnia kolejnych bandytów zidentyfikowanych dzięki telepatii, media informują o tajemniczym człowieku, napadającym na spokojnych ludzi… „Special” jest taką typową sundance’ową produkcją, nakręconą we właściwy dla amerykańskiego kina niezależnego sposób, z niewielką obsadą, niskim budżetem, wykorzystaniem schematów amerykańskiej popkultury, przyzwoitym aktorstwem i postawieniem na dialogi. Najciekawsze, najdowcipniejsze w „Special” jest właśnie zestawianie wyobrażeń Lesa z tym, co widzą inni. Les podnosi ręce, myśli, że lewituje i każe się obserwować, a zdziwieni koledzy nie wiedzą, na co mają patrzeć. Les idzie na policję i oferuje swe usługi (prosząc jednocześnie o ustalenie jakiegoś znaku wzywającego; nie musi być tak skomplikowany jak w „Batmanach”) i na dowód swych mocy znów rozbija się o ścianę. Les rozmawia z lekarzem, który zaleca mu zaprzestanie przyjmowania leku, ale telepatycznie (w wyobrażeniu Lesa) każe mu kontynuować kurację. Trochę to jednak smutne… „Defendor” to raczej słabo znany, choć wart uwagi reżyserski debiut filmowy Petera Stebbingsa, znanego głównie z występów aktorskich w serialach TV. Tytułowy bohater, grany przekonująco przez Woody’ego Harrelsona uważa się za supebohatera, którego misją jest walka ze złem, symbolizowanym przez mrocznego Kapitana Industry. W rzeczywistości Artur Poppington (bo tak brzmi jego właściwe imię) jest zwykłym pracownikiem budowlanym, człowiekiem o problemach psychicznych, mentalności dziecka, mieszającym fikcję z rzeczywistością. W trakcie filmu, w rozmowach z psychiatrą (Sandra Oh), która ma ocenić poziom niebezpieczeństwa pacjenta po jednej z jego „akcji” poznajemy traumy Artura, które doprowadziły go do obecnej sytuacji. można – jaki superbohater, takie arcyłotry. Wbrew pozorom, mimo pierwotnych skojarzeń z „Kick-Ass” (zwłaszcza w początkowych scenach, gdy bohater zostaje w pierwszej scenie solidnie pobity, nie mając jednakowoż odporności na ból), „Defendor” nie jest ani parodią ani pastiszem gatunku. Nie jest również – a przynajmniej jest w bardzo małym stopniu – komedią. To kino w gruncie rzeczy całkiem poważne, dość ponure, badające jak może spełnić się superbohaterski mit w naszej smutnej rzeczywistości. W przeciwieństwie do niedrogiej, irytująco naiwnej i zwyczajnie marnej ekranizacji z roku 1996, ten trzygodzinny film po prostu dobrze się ogląda. Historia może nie grzeszy nadzwyczajnym tempem, będąc raczej zahaczającą o kino obyczajowe przygodówką niż sensacyjnym thrillerem, ale jest zaskakująco porządnie zrobiona i dysponuje wachlarzem sympatycznych bohaterów. Sama treść to kolejna wariacja na temat klasycznego amerykańskiego superbohatera, który w przebraniu, wspierany przez zaawansowaną technologię, walczy z niegodziwcami tego świata. Wariacja o tyle oryginalna, że Phantom ani nie ma nadprzyrodzonych mocy, ani nawet nie stał się obrońcą słabszych z jakiejś wewnętrznej potrzeby, a jest zwyczajnym, trochę bardziej wysportowanym chłopakiem, który niejako został przymuszony do roli superbohatera przez funkcjonującą na jednej z indonezyjskich wysp organizację, której zadaniem jest pilnowanie, by ludzkość mogła spokojnie się rozwijać, nie nękana przez zorganizowaną, międzynarodową przestępczość. „Griff the Invisible” to australijska komedia superbohaterska z 2010 roku, ze znanym z „True Blood” Ryanem Kwantenem w roli głównej. Film zaczyna się w klasyczny sposób – zamaskowany bohater na ulicy wymierza sprawiedliwość grupie rzezimieszków, działając brutalnie i skutecznie. Nie jest pozbawiony supermocy – jest ponadnaturalnie zręczny i silny, ale jego główną zaletą jest tytułowa niewidzialność, nad usprawnianiem której stale pracuje. W cywilu Griff również zachowuje się archetypicznie – pracuje w biurze obsługi klientów, jest cichy, nieśmiały i pomiatany przez kolegów. Czy więc działania superbohaterskie nie są dla niego odskocznią od smutnej codzienności? Kwestia walki ze złem pozostaje tu zdecydowanie na drugim planie (zło zresztą nie jest tu nijak spersonifikowane, chyba, że uznamy za nie wrednego kolegę z pracy), sam film zresztą nakręcony jest raczej w formie nastoletniego romansu, a nie kina akcji. Dla Griffa nie są najważniejsze zasady moralne, prawo i sprawiedliwość, dla niego najważniejsze jest by przebierać się w kostium i stawać niewidzialnym. Ową tytułową niewidzialność można zresztą na kilka sposobów interpretować. Dosłownie – jako znikanie z widoku ludzi podczas superbohaterskich akcji, ale też z jednej strony jako sytuację osamotnionego bohatera, którego nikt nie zauważa, i pragnienie, by takim niezauważonym pozostać, by w spokoju móc pielęgnować swe dziwactwa. Czy można nakręcić film z superbohaterami i superłotrami, w którym będzie i wizja świata przyszłości wypełnionego herosami niczym w „Kingdom Come”, i wielki spisek niczym w „Strażnikach”, i miłosny trójkąt, zdrada i finałowy pojedynek, a wszystko nakręcone za grosze, z udziałem sześciorga aktorów z całością akcji w toczącej się w podrzędnym motelu? „Alter Egos” udowadnia, że można. Niskobudżetowa niezależna komedia z 2012 roku prezentuje alternatywny świat, w którym bohaterowie obdarzeni supermocami są na porządku dziennym. Do tego stopnia, że zwykli ludzie zaczynają już mieć ich serdecznie dość, ich gwiazdorstwa, oczekiwań uznania i wątpliwych zasług (a także tego, że wciąż w czasie przebieranek zostawiają gdzieś swoje ciuchy). Fabuła rozpisana jest na sześć postaci, całość akcji toczy się w motelu, częściowo w pokojach, częściowo w ogrodzie, stroje superbohaterów są tandetne, gra aktorów oszczędna, efekty specjalne (bo są i takie) nieskomplikowane. Taki film można by nakręcić nawet w Polsce (gdyby ktoś z młodych twórców miał wenę na historie o zamaskowanych mścicielach zamiast ponurych reportaży ze śląskich blokowisk), bądź wręcz przestawić jako sztukę teatralną. „Alter Egos” to po prostu pewnego rodzaju bardzo sympatyczny żart z superbohaterskiego schematu, z komiksowych wzorów, przejaskrawiający niektóre motywy do absurdu. Trudno mówić tu – jak to w filmowych żartach bywa – o jakiejś specjalnej spójności scenariusza, historia trochę się rozłazi, skacze w różnych kierunkach, od strony filmowej roboty też nie mamy w „Alter Egos” jakichś wielkich osiągnięć. Ale trudno nie docenić jednak miłości do konwencji, jej kreatywnego wykorzystania, trafności dowcipów i specyficznego uroku tej taniej, niezależnej produkcji. ![]() 11 czerwca 2014 |
Hans Kloss czy Max Otto von Stirlitz – który z nich narodził się wcześniej? Ten pierwszy zadebiutował w spektaklu teatralnym w styczniu 1965 roku, temu drugiemu Julian Siemionow przydał niemiecką tożsamość dopiero w wydanej dwa lata później powieści „Major Wicher”. Na słynne „Siedemnaście mgnień wiosny” trzeba było czekać jeszcze rok. A na dwuczęściowe przedstawienie polskiego Teatru Sensacji „Stirlitz” autorstwa Andrzeja Zakrzewskiego – kolejne cztery.
więcej »Myśleliście, że blaszana kosmiczna furgonetka albo UFO z ogrodowego parasola to szczyt dziadostwa budżetowego? Ha! Poznajcie statek na budżecie zerowym. Serio, nic nie kosztował.
więcej »W latach 80. XX wieku Wiaczesław Browkin wyspecjalizował się w przedstawieniach telewizyjnych, które prezentowane były najczęściej w ramach „Teatru Politycznego”. Czy to oznacza, że tym samym definitywnie odszedł od postaci komisarza Maigreta? Niekoniecznie. Znalazł bowiem taką powieść Georges’a Simenona, która pozwoliła mu połączyć oba wątki – kryminalny i polityczny. Tak powstał, mający premierę w czerwcu 1987 roku, spektakl „Maigret u ministra”.
więcej »Peregrynacje wyssane z palca
— Jarosław Loretz
Podróże międzygwiezdne de luxe
— Jarosław Loretz
E.T. wersja hard
— Jarosław Loretz
Ogrodowy nielot
— Jarosław Loretz
Mumii podejście drugie
— Jarosław Loretz
Mumia z gwiazd
— Jarosław Loretz
Pracownik idealny
— Jarosław Loretz
Niech się mury… drzewią?
— Jarosław Loretz
Interpol muzealny
— Jarosław Loretz
Gdy w domu brakło kombinerek
— Jarosław Loretz
Najlepsze filmy science fiction – druga setka
— Esensja
Superbohaterowie na Transatlantyku: Alter Egos
— Konrad Wągrowski
Superbohaterowie na Transatlantyku: Special
— Konrad Wągrowski
Superbohaterowie na Transatlantyku: Griff the Invisible
— Konrad Wągrowski
Superbohaterowie na Transatlantyku: Defendor
— Konrad Wągrowski
Porażki i sukcesy A.D. 2006
— Esensja
Esensja i Stopklatka wybierają najlepsze filmy II kwartału w polskich kinach
— Esensja
Zgryźliwi prorocy: Edycja 4, marzec 2006
— Piotr Dobry, Bartosz Sztybor, Konrad Wągrowski
The Amazing You-Tube
— M. Fitzner
50 najlepszych komiksów wydanych przez TM-Semic
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski
Chodzi o dobre historie i ciekawych bohaterów
— Karolina Ćwiek-Rogalska, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Jakub Gałka, Kamil Witek, Konrad Wągrowski, Michał Kubalski
Superbohater i „ci drudzy”
— Karolina Ćwiek-Rogalska
The Last of Us: Odc. 9. Wybór mniejszego zła
— Marcin Mroziuk
The Last of Us: Odc. 8. Żeby żyć, trzeba jeść
— Marcin Mroziuk
The Last of Us: Odc. 7. Niezapomniana noc w centrum handlowym
— Marcin Mroziuk
The Last of Us: Odc. 6. Życie za rzeką śmierci
— Marcin Mroziuk
The Last of Us: Odc. 5. Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Henrym
— Marcin Mroziuk
The Last of Us: Odc. 4. Gorące powitanie w Kansas City
— Marcin Mroziuk
The Last of Us: Odc. 3. Love story w zniszczonym świecie
— Marcin Mroziuk
The Last of Us: Odc. 2. Nie ma bezpiecznych miejsc
— Marcin Mroziuk
The Last of Us: Odc. 1. Grzyby ruszają na łowy
— Marcin Mroziuk
Pigułka nasenna
— Urszula Lipińska
Z filmu wyjęte: Peregrynacje wyssane z palca
— Jarosław Loretz
Gadzie wariacje
— Jarosław Loretz
Z filmu wyjęte: Podróże międzygwiezdne de luxe
— Jarosław Loretz
Kosmiczny redaktor
— Konrad Wągrowski
Z filmu wyjęte: E.T. wersja hard
— Jarosław Loretz
Z filmu wyjęte: Ogrodowy nielot
— Jarosław Loretz
Z filmu wyjęte: Mumii podejście drugie
— Jarosław Loretz
Z filmu wyjęte: Mumia z gwiazd
— Jarosław Loretz
Z filmu wyjęte: Pracownik idealny
— Jarosław Loretz
mbank Nowe Horyzonty 2023: Drrrogi, chłopcze…
— Kamil Witek
Ciekawa lista, przyjrzę się bliżej :) Defendora i Special widziałem. Z ciekawych przebierańców przychodzi mi jeszcze na myśl "Paperman" (z Jeffem Danielsem i Ryanem Reynoldsem), "Inseparable" (Spacey w roli mentora) i "Somebody's Hero" (dość naiwny, raczej familijny).