Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Kinowe porażki i sukcesy 2002

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
O filmach na polskich ekranach w minionym roku rozmawiają Michał Chaciński, Eryk Remiezowicz i Konrad Wągrowski.

Esensja

Kinowe porażki i sukcesy 2002

O filmach na polskich ekranach w minionym roku rozmawiają Michał Chaciński, Eryk Remiezowicz i Konrad Wągrowski.
O swoich niewielkich rozmiarach dowiedzial sie dopiero w konfrontacji z wizjerem.
O swoich niewielkich rozmiarach dowiedzial sie dopiero w konfrontacji z wizjerem.
Konrad Wągrowski: Podsumowując rok 2001 w polskich kinach marudziliśmy i pisaliśmy, że nie pojawiło się na ekranach nic naprawdę godnego uwagi, a średni poziom filmów bardzo się obniżył w porównaniu do lat ubiegłych. Mieliśmy nadzieję na lepszy rok 2002 – i chyba tego się doczekaliśmy. Bowiem uważam, że ten rok był całkiem niezłym rokiem dla przeciętnego kinomana, choć bardziej w zakresie kina czysto rozrywkowego. A co Wy sądzicie?
Eryk Remiezowicz: Patrząc ogólnie – tak. Średnia się, o czym mowa dalej, podniosła. Zarazem zabrakło chyba jednak filmów niezwykłych, wchodzących w pamięć na lata. Artyści przycichli – do boju ruszyli rzemieślnicy.
Michał Chaciński: Może nie całkiem aż tak – jak co roku mieliśmy przecież szereg filmów starych mistrzów. Ale zgadzam się, że choć podniosła się średnia, to jednak zabrakło wielkich wahań w górę Moje podstawowe wrażenie jest takie, że rok pełen był po prostu filmów niezłych i dobrych, po których wyszedłem z kina zadowolony. A jednocześnie naprawdę wielkie przeżycia zdarzyły mi się w kinie sporadycznie.
ROZRYWKA
KW: To był bardzo dobry rok dla kina rozrywkowego, przygodowego. Zaczęło się od niebywale mocnego uderzenia – ekranizacji „Władcy pierścieni” Petera Jacksona. Wiele już rozmawialiśmy na ten temat, więc chyba nie ma sensu znów się nad nim rozwodzić. Poza tym – Lucas odzyskał nieco formę, bo „Atak morderczych klonów z kosmosu” okazał się być zdecydowanie lepszy od „Mrocznego widma”, choć nie udało i nigdy nie uda się odbudować dawnej legendy i odzyskać nadszarpniętego zaufania fanów. Obejrzeliśmy przyzwoitego „Spider-mana”, śmiesznego i, podobnie jak „Atak klonów, lepszego od wcześniejszej części Asterixa, dobre komedie jak „Był sobie chłopiec” i „Włamanie na śniadanie”, dobre thrillery jak „Azyl” i „Czerwony smok”, dobre kino sensacyjne w postaci „Tożsamości Bourne’a”, „Ocean’s eleven” i „Zawód: szpieg”, nowy Bond okazał się dobrą rozrywką. Dla mnie – więcej nie trzeba.
ER: Jak najbardziej się zgadzam. Mam wrażenie, że liczne pady na pysk wykonane przez superprodukcje, których jedyna wartość zasadzała się na niezwykłych efektach uprzytomnił filmowcom fakt, że film musi się jednak bronić fabułą. Najmocniejszym akcentem tego trendu okazał się chyba „Ocean’s eleven”, który radował zawirowaniami i niespodziankami i „Spiderman” z jego niezwykła formułą rozgrywania związków osobistych poprzez przebieranie się w kostiumy i naparzanie.
MCh: To jest chyba wynik kierunku, który prywatnie i mniej prywatnie omawialiśmy sobie w ciągu ostatnich lat – wygląda na to, że nawet do Hollywood dotarło wreszcie, że ładne efekty i wypolerowana forma już nie wystarczą. Od paru lat strasznie mniej już mierziła większość tego rozrywkowego hollywoodzkiego kina, które najpierw szło tropem epatowania efektami, a później tropem Michaela Bay’a, czyli kina kompletnie pustego w środku i tę pustkę ukrywającego przez ogłupienie widza setką atrakcji. I w tym roku po raz pierwszy od lat mam wrażenie, że coś naprawdę zmienia się w hollywoodzkim podejściu do rozrywki. Inna rzecz, że – zwróćcie uwagę – ta zmiana wzięła się m.in. z tego, że do rozrywkowego kina z powodzeniem wzięli się ludzie spoza tego tradycyjnego kręgu hollywoodzkiej rozrywki – albo „niszowcy” w rodzaju Sama Raimi („Spiderman”) i Petera Jacksona („Władca pierścieni”), albo niezależni w osobach Stevena Soderbergha („Ocean’s Eleven”) i Douga Limana („Tożsamość Bourne’a”). Każdemu z nich naprawdę z przyjemnością przyklaskuję za odnowienie mojej wiary w amerykańskie, wysokobudżetowe kino rozrywkowe.
ER: Łyżkę dziegciu też trzeba jednak dorzucić. Na całej linii zawiedli „Faceci w czerni II”, którego twórcy najwyraźniej przeoczyli wnioski wynikające z zeszłego roku. Co gorsza, kiepskawy jest drugi Potter, a i „Dwie Wieże” nie są tak dobre jak „Drużyna Pierścienia”. Czyżby kolej rzeczy miała się odwrócić i 2003 miał znów przynieść kino pełne wizualnego piękna – i niczego więcej?
KW: Nie mogę się zgodzić – drugi Potter dla mnie był ciekawszy od pierwszego, a „Dwie Wieże” biją „Drużynę Pierścienia” na głowę. Ale to chyba temat na osobną dyskusję, a poza tym jest poza zakresem tej, bo mieliśmy rozmawiać o tym co zobaczyliśmy w Polsce w 2002 roku… :-)
MCh: No właśnie, na omawianie całego „Władcy” przyjdzie jeszcze pora (może od razu zapowiemy wielką dyskusję po trzeciej części?). Ale znowu zgodzę się z Erykiem, że oczywiście rozrywkowej kichy nie brakowało. Tyle że jej nie brakuje nigdy. Akurat z mojego punktu widzenia najbardziej niestrawna kinowa kaszanka wzięła się w tym roku z tych najbezczelniejszych prób odgrzewania starych kotletów. „MIB 2” to tylko imitacja filmu – niby coś tam na ekranie jest, ale to w zasadzie tylko montażowe ścinki z pierwszej części, która już i tak sama w sobie była mniej inteligentna niż jej się wydawało. „XXX” to kandydat do tytułu kwasu roku – film wyreżyserowany i sklecony tak źle, że zdołał prawie z czadowego Vina Diesela, zrobić jakiegoś nieudolnego żenadera. I to też był odgrzewany kotlet – mimo wielkich zapowiedzi, że to wreszcie jakaś nowa formuła, dostaliśmy tylko nowego Diesela w starym sosie. Jeszcze inne przykłady dna: „Showtime”, czyli próba odgrzania czerstwej formuły czarno-białego „buddy movie”, „Na własną rękę”, czyli dowód na to, że starzy herosi kina akcji powinni już być na emeryturze.
FANTASTYKA
Wiadomość niepotwierdzona, ale podobno ten elf jest gejem.
Wiadomość niepotwierdzona, ale podobno ten elf jest gejem.
KW: Właściwie już najważniejsze pozycje zdążyliśmy wymienić, warto więc podsumować – to był nareszcie niezły rok dla fantastyki filmowej. „Drużyna Pierścienia” dostąpiła zaszczytu oskarowej nominacji, „Atak klonów” okazał się efektownym widowiskiem, a w naprawdę dobrym stylu powrócił Steven Spielberg, kręcąc „Raport mniejszości”, chyba najlepsze science fiction od czasów „Matrixa”. Było oczywiście nieco rozczarowań, ale to stały element fantastycznego repertuaru.
ER: Brak mi tu zastrzeżeń – powrót do filmu z myślą i treścią wyszedł fantastyce naprawdę na dobre. Przypomniano sobie, że przeniesienie akcji w inne dekoracje pozwala zrobić coś więcej niż superduper rozbłyski, że zmiana świata pozwala na inteligentne zabawienie się bohaterem i wejście w niedostępne zazwyczaj obszary jego psyche.
Oczywiście, „Atakowi klonów” trudno takie szczytne cechy przypisać, choć Lucas bardzo się starał.
MCh: Mnie w tym wszystkim najbardziej ucieszył Spielberg. Niekoniecznie dlatego, że to najlepszy film SF (chociaż akurat zgadzam się, że najlepszy od „Matriksa”). Przede wszystkim dlatego, że Brodaty Steven jest w Hollywood wielkim guru i, czy nam się to podoba, czy nie, jego działanie wyznacza trendy. Jeśli Spielberg za coś się zabiera i nie wychodzi mu to kasowo, wiadomo, że pewnie nikomu nie wyjdzie. Ale kiedy za coś się bierze i zarabia, inni chętnie zabierają się za podobny temat. Mam nadzieję, że sukces „Raportu mniejszości” będzie oznaczać przynajmniej częściowy powrót do poważniejszego kina SF, które chce się bawić nie tylko w gwiezdne wojny, ale i w „przestrzeń wewnętrzną” i w problemy społeczne, niekoniecznie rezygnując ze spektakularnych widowisk (w końcu „Raport” można oglądać też po prostu jako „cukierek dla oczu”).
KW: Obok SF, całkiem dobrze trzymał się też horror. Nie wiem, czy w minionych latach nie zwracałem na kinowy repertuar kina grozy większej uwagi, ale wydaje się, że w tym roku mieliśmy prawdziwy wysyp filmów tego gatunku. Zaczęło się nastrojowymi „Innymi”, wiosną obejrzeliśmy świetną „Przepowiednię”, w wakacje wysyp filmów niestety zdecydowanie niższej jakości – „13 duchów”, „Resident Evil”, „Prześladowca”, „Ręka Boga”, ale za to na jesieni dotarły do nas dwa „Kręgi” – japoński oryginał i amerykański remake. Chyba miłośnicy gatunku nie mogli być rozczarowani…
MCh: A, to zależy z której strony spojrzeć. Fani horroru od paru lat wiedzą, że gatunek się odrodził i otrząsnął z tego idiotycznego błędnego koła filmów dla pryszczatych nastolatków. Z naszego punktu widzenia wzięło się to z sukcesu „Blair Witch Project” i „Szóstego zmysłu”, czyli dwóch kasowych „poważnych” horrorów. Z punktu widzenia globalnego Amerykanów uprzedzili jednak Japończycy, którzy przez całe lata 90. kręcili naprawdę wyśmienite horrory. Jak zawsze spóźnione i pozbawione pomysłów Hollywood dopiero niedawno zorientowało się, że Azja to obecnie kopalnia horrorowych pomysłów i sięgają teraz do nich pełnymi garściami (ale to akurat bardzo dobrze – bez Hollywood pewnie nie mielibyśmy szans np. na obejrzenie oryginalnego „Ringu”). Natomiast fakt, że dopiero w tym roku na dobre wysypało tymi „poważniejszymi” horrorami, przeznaczonymi dla widzów, którzy trochę kina grozy już widzieli i nie dadzą się nabrać na najgłupsze chwyty. Mam nadzieję, że ten trend się utrzyma.
ER: Z pewnym zdziwieniem obudziłem się w połowie wypowiedzi Konrada i stwierdziłem, że widziałem w tym roku dwa horrory („Innych” i „Przepowiednię”), i podobały mi się, bardzo, chociaż kino grozy zawsze wywoływało u mnie spazmy śmiechu względnie torsje. Chyba to najlepszy dowód tego, że gatunek ten, podobnie jak sf, budzi się nieco. Jeżeli film jest tak straszny, że nawet fani Disneya zaczynają z pasją wpatrywać się w wyjątkowo klimatycznego Richarda Gere, to o czymś to świadczy.
KINO AMBITNE
Alec Baldwin schudł do tej roli 240 kilo.
Alec Baldwin schudł do tej roli 240 kilo.
KW: Nieco słabiej było może w kinie ambitnym, ale sadzę, że nie było źle. Dla mnie numerem jeden jest „Gosford Park”, film estetyczny, inteligentny, wysmakowany, uczta dla widza. Nie zawiódł mnie „Piękny umysł”, ale wiem, że będziemy tu polemizować. „Pianista” jest świetnym filmem, ale uważam, że temat Holocaustu został już w kinie mocno wyeksploatowany i dlatego film ten nie zrobił na mnie tak silnego wrażenia. Wypada jeszcze wymienić oscarową „Ziemię niczyją” i „Drogę do Zatracenia” Sama Medesa, która spotkała się z różnymi opiniami, ale mi przypadła do gustu. Co więcej?
ER: „Gosford Park” jest rzeczywiście bardzo dobry. Uważam jednak, że stawianie go przed „Pianistą” jest mocno niesłuszne. „Pianista” to historia dużo bardziej wstrząsająca, silniej przemawiająca do widza, a przy tym skonstruowana dużo prostszymi środkami. Pod tym względem „Pianista” jest pewnego rodzaju wzorcem, numerem jeden w wyścigu o osiągnięcie największego efektu najprostszymi środkami.
MCh: Ja chyba w ogóle nie byłbym w stanie znaleźć platformy dla porównawczego wartościowania obu tych filmów. Oba są dla mnie bardzo subtelnie opowiedziane, oba unikają tanich chwytów, ale jednocześnie ładunek emocjonalny i same założenia są tutaj tak różne, że nie potrafię ich porównywać. Na pewno oba mi się podobały – choć do obu mam różne zastrzeżenia. Ale to fakt, że i film Altmana i Polańskiego uznałbym za jedne z najjaśniejszych momentów na kinowej sali w tym roku. Dla odmiany „Ziemia niczyja” wydawała mi się materiałem przynajmniej częściowo zmarnowanym. Świetny wstęp, świetne rozwinięcie, ale później zbyt łatwa ucieczka w rozwiązania typowe i przewidywalne.
ER: Z „Ziemią niczyją” jest o tyle ciekawie, że po przyznaniu temu filmowi Oskara wszyscy krzywili nosy, twierdząc, że film został nagrodzony z przyczyn bardziej politycznych, niż artystycznych. Faworytką była bezwzględnie piękna „Amelia”. Jednak po obejrzeniu „Ziemi niczyjej” wrócił mi nieco szacunek do werdyktów Akademii.
KW: Ale „Amelia” i tak była lepszym filmem…
ER: Akurat! Miła, sympatyczna komedia romantyczna, bardzo atrakcyjna wizualnie i pełna dobrych pomysłów. „Ziemia niczyja” była filmem dużo lepszym, wzywającym do myślenia, a co ważniejsze, działania. Pierwszy raz zdarzyło mi się widzieć w kinie dwie strony konfliktu wołające: „Przyjdźcie i zróbcie z nami porządek!”. To, że wojna jest be, to żaden oryginalny wniosek, ale to, że nie zawsze możliwość jej zakończenia jest dana obu stronom – to jest novum.
MCh: No proszę – a ja tutaj znowu nie jestem w stanie wartościować. „Amelia” to filmowy cukierek, a „Ziemia niczyja” to jednak kawał krwistego kotleta. Na jakiej płaszczyźnie można to porównać?
KW: A jak porównywane są filmy na festiwalach filmowych, czy w dorocznych nagrodach? Wrażeń subiektywnych rzecz jasna. Tego, jak długo film za tobą „chodził”, ile razy będziesz chciał go później obejrzeć W przypadku „Ziemi niczyjej” moja reakcja po zakończeniu seansu była taka „o, dobry film”. I już – do większych refleksji mnie nie zmusił. „Amelia” do refleksji również nie, ale, choć jest to, jak twierdzisz „cukierek”, fabularnie po prostu komedia romantyczna, to jej forma jest wręcz urzekająca. Ale znów wykraczamy poza rok 2002…
MCh: Aha, jeśli na tej płaszczyźnie, to powiem, że drugi raz do kina nie zwabiła mnie ani „Amelia”, ani „Ziemia niczyja” :) Natomiast z innej beczki – moje tegoroczne wrażenie dotyczące tego „ambitnego kina” jest takie, że trafił się nam raczej rok postny. Niestety, recesja wyraźnie dała się we znaki również dystrybutorom i na ekrany weszło po prostu dużo mniej tych małych, niekomercyjnych filmów, między którymi kryły się zwykle największe odkrycia roku. Tym razem naprawdę było cienko i trzeba było się ostro podpierać kinem domowym i sprowadzanymi z zachodu DVD, żeby nie wyschnąć z pragnienia. A to co przyszło, niestety, często okazywało się dla mnie zawodem. Mieliśmy w tym roku moim zdaniem najgorszy film Woody Allena w karierze („Koniec z Hollywood”), jeden ze słabszych filmów Patrice’a Leconte’a („Wdowa z wyspy św. Piotra”), errrr…
KW: Michał, nie chciałeś tu czegoś powiedzieć? Czy też ktoś gwałtownie złapał Cię za gardło? Bo przypomniało mi się odczytywanie informacji ze ściany jaskini w „Świętym Graalu” Pythonów… :-)
MCh: Heh, chciałem wspomnieć, że pojawił się tez zdecydowanie najsłabszy od lat film Lasse Halstroma („Kroniki portowe”), ale jakoś głos mi uwiązł w gardle, bo Halstroma w wersji hollywoodzkiej uważam jednak raczej za udawacza, niż reżysera filmów, wiec nie było tu dużego rozczarowania. :) Ale nie chcę wyjść też na malkontenta, więc dorzucę, że zdarzyło mi się kilka seansów udanych – filmów, które na początku określiłem „po prostu dobrymi”. I tutał łapie się na pewno trójka: „Monsunowe wesele”, „Tabu”, „Monster’s Ball”. Z seansów naprawdę udanych – filmów bardzo dobrych – wymieniłbym w ramach tego ambitniejszego kina „Krwawą niedzielę”, „Kolory raju” i „Fanatyka”. Każdy z nich poruszający na swój sposób, każdy zostaje w głowie na długo po seansie.

Kamila Sławińska
Korespondencja z USA

To był dość marny rok dla kina, a jednak nie brakowało znakomitych filmów – szkoda, ze tak niewiele z nich miało w Stanach szerszą dystrybucję. Pozostaje mieć nadzieję, że mimo wszystko ktoś te cudeńka zauważył w zalewie remake’ów, sequeli, durnych komedii dla głupków i pełnometrażowych wersji seriali telewizyjnych.

Za najlepsze filmy w 2002 uważam:

1. Krwawa niedziela (Greengrass) – bo nic nie wydaje mi się tak oryginalne w charakteryzującej nasze czasy pogoni za udziwnianiem i efekciarstwem jak uczciwy, uważny realizm. Ten film pokazuje rzeczywistość w taki sposób, że przypomina się Visconti i De Sica, ale oryginalność i świeżość spojrzenia wyklucza podejrzenie o naśladownictwo.

2. Fanatyk (Bean) – bo grany przez Goslinga Danny był najbardziej niezapomnianą postacią, jaką oglądałam w kinie przez ostatnich parę lat, a reżyserowi udało się uciec z pułapki rozważań nad rasizmem na nowy, zaskakujący poziom. Niesamowite, katartyczne doświadczenie.

3. About Schmidt (Payne) – bo stara miłość nie rdzewieje, zwłaszcza, jeśli to miłość do aktorstwa Jacka Nicholsona, który potrafi ją umiejętnie podsycić.

4. Pianista (Polanski) – bo zrobienie filmu o holokauście bez ferowania łatwych wyroków na całe narody dowodzi wielkiej życiowej mądrości, a oprawa udowadnia, że Polański nadal jest jednym z najwybitniejszych żyjących reżyserów.

5. Adaptation (Jonze) – bo to triumf ZNAKOMITEGO pisarstwa, połączonego z fenomenalnym aktorstwem i mistrzowską reżyserią. Najbardziej filmowy film tego roku.

6. Spirited Away (Miyazaki) – bo trudno o lepszą robotę dla dobra ludzkości niż przekonywanie dzieciaków (i starszych też), iż „być” jest ważniejsze od „mieć"; zwłaszcza zaś, kiedy robi się to w tak olśniewającej, fantastycznej formie. Kolesiom z Disneya, PDI, a nawet z Blue Sky i Pixara z zazdrości powinny spaść skarpetki.

7. Solaris (Soderbergh) – bo znalazłam w tym filmie dokładnie to, czego od czasów Blade Runnera brakowało mi w filmach SF: głęboką, poruszającą refleksję nad istotą człowieczeństwa.

8. Sunshine State (Sayles) – bo nie ma chyba drugiego reżysera, który umiałby tak umiejętnie wplatać krytykę społeczną w proste, a jednak przejmujące historie o życiu, których bohaterowie są tak do bólu zwyczajni, a jednak interesujący.

9. Bowling to Columbine (Moore) – bo Moore (na swój przemądrzały, tendencyjny i irytujący sposób) udowadnia, że nie wszyscy w Ameryce zamienili mózgi na telewizory.

10. Porozmawiaj z nią (Almodovar) – bo Pedro znowu mnie zaskoczył. I oczarował. I oszołomił pięknem formy. I wzruszył. I rozbawił. I to wszystko w jednym filmie.

Wyróżnienia:
Polowanie na króliki (Noyce) – w kategorii „Inspirujący film roku”
Divine Intervention (Suleiman) – w kategorii „Dołujący film roku”
Moje wielkie greckie wesele (Zwick) – w kategorii „Guilty Pleasure of the Year”

1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Wylewność
Jarosław Loretz

25 X 2021

Otóż nie, nie jest to nic z rzeczy, które przychodzą na myśl jako pierwsze. Twórcy z Indonezji nie poszli na aż taką łatwiznę.

więcej »

Z filmu wyjęte: Trochę nam nie wyszło
Jarosław Loretz

18 X 2021

Dzisiaj trochę grozy. W kwestii efektów specjalnych.

więcej »

Z filmu wyjęte: Polecieć sobie po kulki
Jarosław Loretz

11 X 2021

Można nakręcić „Ad Astra” z gwiazdorską obsadą za 90 milionów dolarów, ale można podobną historię zaserwować też w cenie wakacji na Balearach. Oczywiście niski budżet niesie za sobą łatwo zauważalne konsekwencje…

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.