Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 września 2020
w Esensji w Esensjopedii

Transmisja z Wrocławia: Swój chłopak

Esensja.pl
Esensja.pl
Jego imię znają wszyscy. Matki straszą nim małych polityków, kiedy są niegrzeczni. Nazywa się Dyzma. Nikodem Dyzma.

Paweł Pluta

Transmisja z Wrocławia: Swój chłopak

Jego imię znają wszyscy. Matki straszą nim małych polityków, kiedy są niegrzeczni. Nazywa się Dyzma. Nikodem Dyzma.
Właściwie to jakoś nigdy nie zobaczyłem tego serialu z Romanem Wilhelmim w głównej roli całego. Znam tylko oderwane kawałki, które połączone łatami z innych źródeł składają się na przybliżony obraz fabuły. I w zasadzie nie czułem jakiejś głębokiej wewnętrznej potrzeby dokładniejszego jej poznania, toteż z niezbyt wielką determinacją wybierałem się na nową wersję ekranizacji tej powieści. Determinacja znacząco wzrosła, kiedy w wielkanocny poniedziałek zostałem przy okazji świątecznej wizyty osaczony we własnym domu rodzinną dyskusją polityczno-gospodarczą. Oglądanie pani Przybylskiej wydało mi się w tej sytuacji bardzo interesującą alternatywą, zresztą to w ogóle nie jest czynność nieprzyjemna, a i pan Pazura jako specjalista od komedii całkiem się nieźle sprawdza. Czy ma to związek z pewnym podobieństwem do jednego z moich kolegów z podstawówki, nie jestem pewny.
Tym razem reżyser wyłamał się z rodzimej tradycji ostatnich lat, każącej ekranizować powieści wraz z całym układem typograficznym, spisem treści i numerami stron. Skutkuje to filmami żywo, o ile jest to w ogóle słowo możliwe do zastosowania w kontekście naszej dzisiejszej kinematografii, przypominającymi zaciętą płytę doprowadzającą do rozpaczy dziecko z dość już starego kawału powtarzanym godzinami pytaniem „Chcesz, opowiem ci bajeczkę?”. Twórca „Kariery Nikosia Dyzmy” wziął przykład z Anglików, którzy potrafią przenieść dzieła Szekspira paręset lat w przód, utrzymując równocześnie ich sens i wykonał analogiczny manewr z powieścią Dołęgi-Mostowicza. Stworzył w ten sposób bardzo interesujący, a aktualny, portret zbiorowy naszych współobywateli. To wersja dla żyjących ułudą własnej ogłady i delikatności. Realistom można otwarcie powiedzieć, że to portret nas wszystkich.
Jak wiadomo, Dyzma zupełnie przypadkowo trafia na bankiet, prosto z którego, zjechawszy bezceremonialnie bodajże wicepremiera, wchodzi w świat polityki. Czyli w świat krętactw, prywaty i w ogóle drobnomieszczańskiej nieuczciwości. To znaczy, taka jest linia oficjalna, w bardzo złym tonie jest bowiem przyznanie się do śladowego choćby zaufania do jakiegoś posła, a już w żadnym wypadku ministra. Pewne koncesje na przyzwoitość mogą zdobyć co najwyżej starannie dobrani profesorowie, najlepiej brodaci i palący fajki, bo ładnie wyglądają w telewizji podczas wywiadów i dodają splendoru dziennikowi. Ale na tym koniec, reszta jest bandą przygłupich łobuzów, w odróżnieniu oczywiście od nas, uciskanych przez nich, wysoce inteligentych wcielonych niewinności, trzymających się na dystans z powodu kwestii smaku. Gdyby ktoś potrzebował wzorcowego przykładu, to jest pewien młody, coś około czterdziestoletni, obiecujący pisarz i felietonista, który specjalizuje się w tego typu żalach. No niech mu będzie.
Na pozie tej opiera się cała koncepcja postaci Nikodema Dyzmy. Człowieka nie tylko znikąd, ale co gorsza bez żadnych atrybutów dopuszczających go do decydowania o nas. Czyli bez modnego garnituru, bez epizodu studenckiego w Cambridge, albo ostatecznie Oxfordzie, bez przodków o dostojnych nazwiskach, ani nawet bez amerykańskiego paszportu. Mniejsza o ewentualne kwalifikacje, ale krawat w jakieś szerokie dwukolorowe pasy to coś strasznego, prawdziwy światowiec nosi przecież tylko w drobne wzorki. Nawiasem mówiąc, skąd się to przekonanie bierze, nie wiem, obie koncepcje są wszak równie paskudne, a do noszenia nadają się tylko krawaty jednobarwne, ale co ja poradzę. Podobne zgorszenie sieją prowincjusze odzywający się w towarzystwie inaczej, niż pan redaktor z telewizji. Cóż to za uciecha jest do tej pory z tego, że świętej pamięci sekretarz Gierek tak śmiesznie mówił. Jakżesz tak można, z gwarą śląską na salony? Co innego z gwarą oksfordzką, albo szkocką, one są dystyngowane, a w ogóle mówi się na nie „akcenty” i wypada nimi zachwycać. Rozpoznać czy kto z Teksasu, czy z Waszyngtonu też każdy cywilizowany człowiek powinien. Odróżnianie Górala od Kaszuba nie jest konieczne, w ostateczności można po kapeluszu.
W takich oto realiach pojawia się jakiś dziwny rudy facet. Według typowej interpretacji, jego straszność polega na tym, że nic nie umie i na niczym się nie zna, a maskuje to bezczelnością, aby uniknąć rozpoznania. Ale to tylko złudzenie, chociaż nawet sam Nikodem jest przekonany o jego prawdziwości i owszem, udaje, ale to nie tyle bezczelność, co desperacja. W rzeczywistości Dyzma nie ma się przed kim maskować, nie ma najmniejszego powodu podejrzewać, że ktokolwiek wyżej od niego zna się na rzeczy lepiej niż on. Nie tylko zresztą w filmie tego nie widać, ale i poza kinem ani uświadczyć. Skoro nauczyciel polonista mógł zostać prezesem wielkiej instytucji finansowej, to właściwie jaki jest powód, dla którego grabarz nie może kierować rządową agencją? Otóż Dyzma jest straszny dlatego, że reszta jest taka sama jak on.
Jakaś wrażliwa niewiasta w recenzji w „Filmie” ciężko się oburzyła na zdanie o młodości chmurnej i durnej, która się styropianowemu ministrowi opłaciła. No niestety, tak to wygląda, nie ma się co czarować. Zamiast wspominać z łezką w oku mityczną bohaterszczyznę, radziłbym zwrócić uwagę na inny fragment dialogów. Ten mianowicie, w którym przedsiębiorca, ledwie po podstawówce, wspomina początki swoich interesów. Dość zresztą podobne do filmowych początków Dyzmy. Jak to w Boże Narodzenie i w Nowy Rok stał pod bankiem i wymieniał dolary przez kilkanaście godzin dziennie, podczas gdy ówcześni człowiekowie ze styropianu siedzieli sobie w cieple i konspirowali. Śmieszne? Nie, śmieszne to jest tylko dla kogoś, kto nie wie, że naprawdę tak się pracuje. Nie wiem, na ile jest to oparte na czyichś rzeczywistych doświadczeniach, ale wygląda bardzo prawdziwie. I jedna taka scena wystarczy, aby nabrać po piętnastu latach szacunku dla cinkciarzy.
A nie jest to jedyna ważna rzecz pokazywana na przykładzie tej fabryczki jakiegoś dziwacznego, oficjalnie jadalnego, specyfiku. Pojawia się również problem dwukrotnie tańszego importu zagranicznej konkurencji. Pewnie dla większości widzów jej neutralizacja za pomocą Sanepidu jest zabawnym obrazkiem kombinatorstwa, dla niektórych do tego oburzającym, boć to cios w samo serce wolnego handlu, tej źrenicy wolności, puszczającej do nas zalotnie oczko. Ci niektórzy mają nawet rację, to dokładnie to jest. I co mu państwo teraz zrobicie? Przecież z ekranu pada wyjaśnienie tłumaczące wszystko, konkurenci z zagranicy naprawdę są w porównaniu z nami naładowani pieniędzmi i mogą sobie urządzać cenowe blitzkriegi do woli. Państwo niektórzy zapewne wzdychają wtedy nad nieuświadomionym społeczeństwem, które nie pojmuje idei kapitalistycznej szczęśliwości przez bankructwo. Cóż, społeczeństwu pozostaje westchnąć nad nimi, nie pojmującymi idei tego, że do kapitalizmu potrzeba mieć jakieś własne zakłady przemysłowe, że nie da się wszystkiego importować. No nie wystarczy na to pieniędzy z tego jednego konia rocznie, co to go zwykł kupować u nas perkusista Rolling Stonesów; bo konie to ewentualnie mogłyby zostać.
Również i to radosne podejście do ekonomii i życia w ogóle widać, poniekąd allegorycznie, w „Karierze Nikosia Dyzmy”. Oto jego sekretarz, iście cherubinek, budzący pewnie w kobietach instynkty opiekuńcze, całe życie spędził na kursach językowych, stypendiach, stażach i dla zdrowia na uprawianiu elitarnych sportów. Cud, nie chłopak, żal się go robi, że jakiemuś grabarzowi musi usługiwać, nieprawdaż? Tylko że ten młody zdolny w życiu nie widział prawdziwego łabędzia i nie potafi mu rzucić kawałka bułki, a szczerze mówiąc nie ma powodu, dla którego miałby lepiej znać i inne realia świata. W tej konkurencji przegrywa sromotnie z Dyzmą, który może nie wie, co to jest „akumulacja”, ale wie, że łabędziowi bułkę należy rzucać tak, aby go nie zabić, zanim się nakarmi. Bodaj czy nie jest to najważniejszy, wart szczególnego zapamiętania, cytat z tego filmu. Będącego, zdaje się, że mocno wbrew oryginałowi i zapewne mimowolnie, częściowym odpowiednikiem „Gubernatora” Roberta Penna Warrena. Mimo wielu różnic, obaj bohaterowie są do siebie podobni i zapewne w taki sam sposób Dyzma będzie premierem, o jakim się nam nie śniło, jak Stark był gubernatorem.
Prawdę mówiąc, sam się dziwię, jakie rzeczy można znaleźć w niby głupiej, bo z Pazurą, komedii. Nie ujmując nic Pazurze, tak się jakoś przyjęło. A jednak, przecież to nawet nie wymaga żadnych szczególnych wolt interpretacyjnych, tylko posłuchania przez chwilę. Byle ze zrozumieniem. No i rozważenia straszliwej koncepcji, że może czasem mądrzejszy od pokazywanego w telewizji brodatego profesora z fajką bywa grabarz. Grabarze najwyraźniej umieją postępować przynajmniej z łąbędziami.
koniec
1 kwietnia 2002

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Jubileuszowe balony
Jarosław Loretz

21 IX 2020

Dziś 150. odcinek cyklu, w związku z czym proponuję grupowe puszczanie balonów. Czarnych, żeby nie było zbyt szablonowo.

więcej »

Z filmu wyjęte: By przyszłe pokolenia spały spokojnie
Jarosław Loretz

14 IX 2020

Jedną z metod usunięcia zagrożenia ze strony morderczego monstrum jest pogrzebanie bydlęcia bądź przedmiotu nim sterującego w zupełnie niedostępnym miejscu. Na przykład na dnie Rowu Mariańskiego albo…

więcej »

50 najlepszych filmów o żywych trupach według czytelników Esensji
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

10 IX 2020

Podsumowując tegoroczny, wakacyjny sezon z żywymi trupami w Esensji, zobaczmy, które filmy o zombie polecają czytelnicy.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Z tego cyklu

Pan przestępca
— Paweł Pluta

De gustibus cośtam cośtam
— Paweł Pluta

Pudełko z dna szafy
— Paweł Pluta

Druga Japonia
— Paweł Pluta

Punkty styku
— Paweł Pluta

I po legendzie
— Paweł Pluta

Jediowski łeb do interesów
— Paweł Pluta

Relacja na żywo
— Paweł Pluta

Dobór naturalny
— Paweł Pluta

Pewnego dnia one już będą
— Paweł Pluta

Tegoż twórcy

Wiele hałasu o nic, nic, nic
— Sebastian Chosiński

Łotrzykowska ballada bez happy endu
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Pamiątka z historii
— Paweł Pluta

Hidalgos de putas
— Paweł Pluta

My też mamy Makoare
— Paweł Pluta

El Polcon mexicano
— Paweł Pluta

Elektryczne stosy
— Paweł Pluta

Od Siergieja według możliwości, czytelnikowi według potrzeb
— Paweł Pluta

Ktoś nam znany, ktoś kochany…
— Paweł Pluta

Przejście przez cień
— Paweł Pluta

Druga bije pierwszą
— Michał Chaciński, Paweł Pluta, Eryk Remiezowicz, Konrad Wągrowski

A Słowo było u ludzi
— Paweł Pluta

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.