Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Paweł i Gaweł w jednym stali domu

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
Odpowiedź na polemikę z tekstem o „Przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku”.

Jarosław Loretz

Paweł i Gaweł w jednym stali domu

Odpowiedź na polemikę z tekstem o „Przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku”.

Dotychczas w dyskusji ukazały się:

Grzegorz Wiśniewski   Opowieść o pokonaniu smoka… w sobie
Jarosław Loretz   Przyczajony tygrys, ukryty smok
Stanisław Witold Czarnecki   Człowiek miarą wszechrzeczy

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Jako, że pod ścianą zostały postawione moje kompetencje, wiedza i spostrzegawczość, postaram się w miarę zwięźle wyjaśnić kilka spraw.
Przede wszystkim, mój tekst nie był de facto recenzją, bo ta - autorstwa Grzegorza Wiśniewskiego - została zamieszczona we wcześniejszym (2 (V) 2001) numerze Esensji. Tekst mojego autorstwa był formą niezobowiązującej kontrrecenzji, dlatego też nie miał na przykład zaznaczonego „ekstraktu”. Piszę „kontrrecenzji”, bo nie był to tekst do końca uczciwy - wyolbrzymiłem pewne wady filmu po to, by sprzeciwić się stawianiu „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” na piedestale światowej kinematografii, na co według mnie nie zasługuje, ponieważ jest filmem jedynie poprawnym, a w porywach dobrym - przynajmniej w warstwie fabularnej. Wzmiankowany tekst nie był też polemiką, bo nie dyskutowałem z argumentami czy sformułowaniami zawartymi w pochlebnej wobec filmu recenzji Grzegorza.
Wyrażałem tym tekstem opinię nie tylko swoją, ale również i tej części widzów, której film (z rozmaitych zresztą przyczyn) się nie spodobał. Nie wiem, na jakiej podstawie rości sobie Stan Czarnecki prawo do twierdzenia, iż film jest doskonały, mnie odmawiając prawa do twierdzenia, że został wadliwie skonstruowany. Zasłania się paroma znajomymi i ich pochlebną opinią o filmie, nie dopuszczając widać do siebie myśli, że ja również mogę mieć owych „paru znajomych”, którym z kolei film się nie spodobał. Tak, zaprawdę, istnieją tacy ludzie! Żyją wśród nas. I nie mają trzech rąk, ogona ani szczeciny na podniebieniu. W tym świetle: „Każdy może iść do kina, obejrzeć i mieć własne zdanie na temat tego, co obejrzał. Problem zaczyna się, kiedy ktoś na tym nie poprzestaje, lecz swoje prywatne widzimisie stroi w szaty „głosu ludu”.” - nie dotyczy wyłącznie mojej osoby. Bo gdy ja starałem się zaznaczyć, co mnie (i nie tylko mnie) drażni w filmie (a w drugim akapicie tekstu, którego dotyczy polemika, napisałem: „_Według_mnie_ Przyczajony tygrys, ukryty smok jest filmem pustym.”), Stan - dość autorytatywnym tonem - krok po kroku - stara się udowodnić mi, że jestem najwyraźniej ograniczony umysłowo, skoro nie dostrzegłem porywającego piękna filmu i oszałamiającego geniuszu reżysera, które on był łaskaw zauważyć. Odnoszę wrażenie, iż Stan jest na mnie zły za to, że miałem czelność targnąć się na świętość, jaką według niego jest „Przyczajony tygrys, ukryty smok”. I że miałem czelność nie zrozumieć Jego Ukochanego Filmu.
Muszę więc Jego i pewnie kilka innych osób po dwakroć rozczarować. Przede wszystkim - doskonale zrozumiałem film - wobec czego usilne tłumaczenia, na czym polega jego geniusz i ponadczasowość - były najzupełniej zbędne, gdyż nadal będę twierdził, że jest to film źle skonstruowany. Gdybym go nie zrozumiał, nie ważyłbym się podjąć napisania tekstu - obojętne - recenzji, kontrrecenzji, czy polemiki. Nie byłbym do tego upoważniony.
Ze zrozumienia filmu wynika jednak jeszcze jedna rzecz - to, że film jest dla niektórych osób trudny w odbiorze (przez niepotrzebną komplikację fabuły), głupi (bo ludzie biegają po ścianach i drzewach) i - niestety - nudny (za mało walk, chociaż na reklamach pokazywano ich całkiem sporo). Bo trzeba pamiętać, iż znaczna liczba osób poszła na film tylko dlatego, że został uhonorowany Oscarami. A Oscar to nieco za mało, by zagwarantować czytelną i zrozumiałą rozrywkę. Patrzę z trochę większego dystansu, nie zaślepiony, jak poniektórzy, blichtrem międzynarodowej produkcji. I dlatego twierdzę, że film jest nieudany, choć pewnego uroku odmówić mu nie można. To, że mój oponent zrozumiał film i zrozumieli go oponenta znajomi, szczerze mówiąc, niewiele znaczy. Społeczeństwo (a w tym i czytelnicy „Esensji”) nie składa się z samych Stanów Czarneckich i im podobnych. Są też ludzie ubożsi wyobraźnią, czy niedostatecznie cierpliwi - i na przykład za cholerę nie potrafią objąć umysłem całki, różniczki, czy zrozumieć „Matrixa”. Dlatego uważam za bardzo niesprawiedliwe przyrównywanie do siebie możliwości umysłowych innych osób. A zwłaszcza razi samolubne stwierdzenie: A myśmy, cholera, zrozumieli, o co chodziło. W świetle powyższego zdania dość kuriozalnie brzmi fragment z dalszej części polemiki: „I tak, nie przymierzając, jak Gluś Reżyser, powinienem teraz opowiedzieć całą treść filmu, żeby wszyscy mogli się dowiedzieć, o co naprawdę w nim chodziło”. Po co tłumaczyć, skoro każdy, jak rozumiem, orientuje się, o co w tym filmie chodzi? I po co ta polemika, skoro, jak rozumiem, każdy poczuł się moim tekstem dotknięty?
Niestety, tak już jest z recenzentami, że nie szanują niczyich świętości, zawsze doszukując się błędów i potknięć. Nie ma chyba filmów czy książek, wobec których krytyka jest całkowicie bezpodstawna. W dodatku, żeby było ciekawiej - recenzje również piszą ludzie. Opisują tam własne odczucia. Jak zresztą inaczej mieliby robić? Nie są w końcu kolektywem osobowości! Mogą tylko starać się wczuć w przeciętnego (ach, jak nie lubię tego słowa) widza, usiłując patrzeć na film przez pryzmat jego zainteresowań i możliwości intelektualnych. Zdając zaś sobie sprawę, iż przeciwnicy filmu będą w mniejszości, pozwoliłem sobie nie pisać pełnoformatowej recenzji, ograniczając się do krótkiego tekstu pozbawionego odrębnego tytułu i sugerowanej wartości filmu. Jak widzę, wszystkie te znaki umknęły uwadze polemisty. Umknęło najwyraźniej również to, iż sformułowania typu „Widz jest epatowany…”, „Odbiorca może być zaskoczony…”, „Czytelnik powinien…” - nie są jakimiś efemerydami. Trafiają się od czasu do czasu w recenzjach zamieszczanych we wszelkich pismach, które zajmują się tematyką kulturalną. I oznajmiając „widz się w tym gubi” raczej mają na celu stwierdzenie, iż gubi się PRZECIĘTNY widz, a nie KAŻDY. Takiego rozróżnienia jednak powinna uczyć pani w przedszkolu.
A teraz pokrótce na temat zarzutów odnoszących się już do fabuły. Zdania „Brakuje w nim wyraźnej linii fabularnej”„Przez pierwsze pół godziny (co najmniej) nie dzieje się nic sensownego” wbrew pozorom są rzeczowymi argumentami. Pierwsze oznacza, iż reżyser, nie mogąc się zdecydować, kogo uczynić głównym bohaterem - Jen, Li Mu Bai, Shu Lien, nauczycielkę Jen, czy w końcu sam miecz - zrobił rzecz najgorszą z możliwych - wepchnął do filmu wszystkich, po czym poszatkował fabułę na drobne kawałki i luźno je zmiksował. Dzięki czemu fabuła ma dużo niepotrzebnych odnóg i wypustek, które zaciemniają ogólny obraz. Drugie natomiast zdanie oznacza jedynie to, że spośród wielu zaserwowanych na początku filmu scen istotę dla fabuły ma ledwie kilka. Większość z nich jest dość luźno związana z tematem i film spokojnie mógłby się bez nich obejść. W przeciwieństwie do nadmienionych przez szacownego polemistę filmów Bergmana, w których każda scena jest dochuchana i dopieszczona, mając swoje niezbywalne miejsce. Co więcej - odnoszę wrażenie, że owe filmy Bergmana, mimo trudności problematyki, jaką poruszają, są o wiele czytelniej skonstruowane, wymagając mniejszej uwagi i skupienia, niż „Przyczajony tygrys, ukryty smok”. A ten ponoć jest filmem łatwym i przyjemnym.
„Teraz wiem już, co przeszkadzało autorowi w odbiorze filmu: jest niesztampowy i chodzi w nim o coś więcej niż w przeciętnej historyjce fantasy.” W przypadku tego zarzutu pozostaję bezradny. Bo przecież filmów fantasy jako takich powstało do tej pory bardzo niewiele, trudno więc mówić o wyrobieniu jakiejś sztampy. Jeśli zaś chodzi o sam film (a nie film fantasy) - to owszem, jak na warunki europejskie czy amerykańskie, jest on niesztampowy. Gorzej natomiast wypada w porównaniu z filmową produkcją Dalekiego Wschodu, na tle której wyróżnia się głównie (i niemal wyłącznie) budżetem.
Rozbawiło mnie też zdanie o moim przyzwyczajeniu do produkcji amerykańskich. Wolałbym nie dowiadywać się od osób postronnych, do czego to niby jestem przyzwyczajony. W dodatku chciałbym zwrócić uwagę na to, iż na film niebagatelny wpływ miał właśnie amerykański przemysł filmowy (w końcu z jakichś przyczyn kraj ten został wymieniony jako współproducencki). Chciałbym też wyrazić swoje zdziwienie - wobec informacji o tym, że schemat podróży jest znany z chińskiej literatury starożytnej - iż wytoczone zostały argumenty tej natury. Sądziłem bowiem, że piszę o filmie, a nie o całokształcie kulturalnym Wschodu. W związku z czym powołuję się na osiągnięcia kinematografii, a nie literatury i sztuki z kilku tysiącleci wstecz.
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Szerokie usta
Jarosław Loretz

22 XI 2021

Prawem serii dzisiaj trzecia kobieca twarz. Tym razem ludzka, choć nikomu bym nie życzył doświadczania tak szerokiego rozwarcia szczęk.

więcej »

Z filmu wyjęte: Głębokie gardło
Jarosław Loretz

15 XI 2021

Zdarzają się dni, gdy w gardle szaleje pożar. Niestety, niektórzy filmowcy potrafią to wziąć śmiertelnie serio.

więcej »

Z filmu wyjęte: Uśmiech umila życie
Jarosław Loretz

8 XI 2021

Czy tak pięknie uśmiechnięta starsza pani może kryć jakąś tajemnicę? Otóż – jak najbardziej. I wcale nie chodzi o to, że owa dama nie do końca jest tym, na kogo wygląda.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Retrotetrycy: 2001
— Esensja

DVD: Przyczajony tygrys, ukryty smok
— Konrad Wągrowski

Pięści, miecze i filozofia
— Konrad Wągrowski

Człowiek miarą wszechrzeczy
— Stanisław Witold Czarnecki

Transmisja z Wrocławia: Oni
— Paweł Pluta

Przyczajony tygrys, ukryty smok
— Jarosław Loretz

Opowieść o pokonaniu smoka… w sobie
— Grzegorz Wiśniewski

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Maj 2013 (1)
— Anna Kańtoch, Gabriel Krawczyk, Jarosław Loretz, Marcin T.P. Łuczyński

Esensja ogląda: Kwiecień 2013 (2)
— Ewa Drab, Gabriel Krawczyk

Esensja ogląda: Luty 2013 (Kino)
— Miłosz Cybowski, Gabriel Krawczyk, Alicja Kuciel, Konrad Wągrowski

Robinson transoceaniczny
— Agnieszka Szady

Z kamerą wśród zwierząt
— Małgorzata Steciak

Nowości: Wrzesień 2003
— Konrad Wągrowski

DVD: Przyczajony tygrys, ukryty smok
— Konrad Wągrowski

Na ekranach: Wrzesień 2003
— Joanna Bartmańska, Marta Bartnicka, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Tomasz Kujawski, Eryk Remiezowicz

Z czego w Stanach robią gacie?
— Tomasz Kujawski

Tegoż autora

Danie w średnim stanie
— Jarosław Loretz

Podboje i wyboje
— Jarosław Loretz

Wątpliwa reklamówka
— Jarosław Loretz

Krok w dobrą złą stronę
— Jarosław Loretz

Zabiedzona flota: Nielotny
— Jarosław Loretz

Kryminalna grabież czasu
— Jarosław Loretz

Anioł w zielonych kaloszach
— Jarosław Loretz

Nazwobójca
— Jarosław Loretz

Siódma dusza po kisielu
— Jarosław Loretz

Wąż zwany Hydrą
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.