Czarny kryminał wiecznie żywy – dziś rozmawiamy o przeniesieniu Chandlerowskich schematów do współczesnego Kairu w bardzo dobrym „Morderstwie w hotelu Hilton” Tarika Saleha.
Czarny kryminał wiecznie żywy – dziś rozmawiamy o przeniesieniu Chandlerowskich schematów do współczesnego Kairu w bardzo dobrym „Morderstwie w hotelu Hilton” Tarika Saleha.
Tarik Saleh
‹Morderstwo w hotelu Hilton›
WASZ EKSTRAKT: 0,0 %  |
---|
Zaloguj, aby ocenić |
---|
|
Tytuł | Morderstwo w hotelu Hilton |
Tytuł oryginalny | The Nile Hilton Incident |
Dystrybutor | Aurora Films |
Data premiery | 1 grudnia 2017 |
Reżyseria | Tarik Saleh |
Zdjęcia | Pierre Aïm |
Scenariusz | Tarik Saleh |
Obsada | Fares Fares, Mari Malek, Yasser Ali Maher, Ahmed Selim, Hania Amar, Mohamed Yousry, Slimane Dazi, Hichem Yacoubi |
Muzyka | Krister Linder |
Rok produkcji | 2017 |
Kraj produkcji | Dania, Francja, Niemcy, Szwecja |
Czas trwania | 106 min |
Gatunek | dramat, thriller |
Zobacz w | Kulturowskazie |
Wyszukaj w | Skąpiec.pl |
Wyszukaj w | Amazon.co.uk |
Piotr Dobry: Nie liczyłem już na to, że zobaczę w tym roku dobry kryminał. Taki bardziej klasyczny niż „Blade Runner 2049”. Znikąd ratunku – nawet skandynawska fala ostatnio wytraciła impet, czego dobitnym dowodem beznadziejny „Pierwszy śnieg” z Fassbenderem. I nagle dostajemy „Morderstwo w hotelu Hilton”, co prawda też szwedzkie, ale dalekie od stereotypu fabularnego właściwego Skandynawom, z akcją umiejscowioną w Egipcie, z dialogami głównie w języku arabskim. Okazuje się, że można jeszcze zrobić coś świeżego w temacie, a zarazem odwołać się do klasyki, bo poniekąd mamy tu przecież wzorcowy film noir – cyniczny detektyw odpalający jednego papierosa za drugim, femme fatale, obrazy nocnego miasta, niejasny podział na dobro i zło i tak dalej.
Konrad Wągrowski: Nie tylko niejasny podział na dobro i zło, ale wręcz modelowa wizja skorumpowanego świata, w którym próbuje funkcjonować jednostka zachowująca przynajmniej odrobinę uczciwości. Któż pisał o tym lepiej niż Raymond Chandler i… Mark Knopfler. „Treachery and treason / There′s always an excuse for it / And when I find the reason / I still can′t get used to it / And what have you got at the end of the day? / What have you got to take away? / A bottle of whiskey and a new set of lies / Blinds on the window and a pain behind the eyes”… Do tego bohater, który jest, jak to u klasyków bywa, samotnikiem (w kryminale skandynawskim miałby rozbitą rodzinę i dorastającą córkę). O tak, "Morderstwo w hotelu Hilton” to wzorcowy czarny kryminał, co tylko dowodzi jak nadal niesamowitą nośność ma ta konwencja. Bo przecież nawet znając schemat, wiedząc, jak stary jest, nie mamy podczas seansu wrażania jakiejś ahistoryczności, cała ta historia jest przy tym wszystkim bardzo współczesna i bardzo aktualna.
PD: Najciekawsze w tym wszystkim wydaje mi się właśnie tło społeczne. Jesteśmy w Kairze w przededniu rewolucji z 2011 roku i obserwujemy pozornie rutynowe śledztwo, które z czasem prowadzi naszego bohatera do egipskiej elity, do ludzi z otoczenia samego prezydenta Mubaraka. To parszywy, brudny, skorumpowany świat, gdzie nawet bohater nie ma czystego sumienia – przypomina się „Chinatown”, „Zły porucznik”. Wszystko to wygląda bardzo realistycznie, co po części jest zasługą autentycznego kontekstu politycznego, ale też po prostu świetnej roboty filmowców – Casablanka i Berlin bardzo sugestywnie udają Kair.
KW: Mam wrażenie, że film wręcz bije na głowę pod względem pesymizmu Chandlerowskie pierwowzory. Bo tam jednak była walka o zachowanie elementów przyzwoitości i wydobycie choć promyczka nadziei spod ogólnego mroku. Świat pozostawał skorumpowany, zdeprawowany i wrogi, ale ktoś przynajmniej odpowiadał za swoje czyny. Tymczasem w „Morderstwie w hotelu Hilton” nie ma nic poza skrajnym pesymizmem. Film oczywiście wyrasta z wydarzeń arabskiej wiosny, ale patrzy na nią z dystansu, wiedząc, jaką ułudą były ówczesne nadzieje.
PD: Myślę, że stąd też tło społeczne robi takie wrażenie - podskórnie przeczuwamy, że tu nic nie ma prawa skończyć się dobrze, bo bohaterowie jakby siedzą na beczce prochu - chaos, destabilizacja w kraju już się pogłębia, a skądinąd wiemy, że będzie jeszcze gorzej. Masz rację, że to jeszcze bardziej fatalistyczne niż Chandler, bo nawet nie jest tak, że my wraz z końcem filmu zostawiamy ten świat tak samo okropnym, jakim go zastaliśmy - my go zostawiamy jeszcze gorszym.
KW: Mamy więc skorumpowanego policjanta w skorumpowanej policji. Bohater, Noredin Mustafa, zawdzięcza swe stanowisko najprawdopodobniej nepotyzmowi, nie waha się kraść pieniędzy ofiarom zbrodni, brać łapówek – pod tym względem doskonale pasuje do świata, choć jest tylko małym trybikiem wielkiej machiny korupcji, w której czołowi gracze obracają milionami i są praktycznie nietykalni. Jego przebudzenie jest typowe dla gatunku (choć może częściej tyczy się antyutopii, do której też przecież można film zakwalifikować, choć nie mamy tu do czynienia z państwem fikcyjnym, ale całkowicie realnym). Owo przebudzenie zostanie spowodowane przez kobiety – zamordowaną piosenkarkę, której uroda każe Noredinowi spojrzeć na sprawę inaczej niż na wszystkie, sudańską pokojówkę, która jest kluczowym świadkiem w sprawie oraz inną piosenkarkę, ową femme fatale, ale w wersji osoby będącej tylko narzędziem w rękach innych. Bohater decyduje się na bunt, który jednak musi się zakończyć klęską – w pojedynkę nie da się zmienić świata.
PD: Symptomatyczne też, że wszystkie znaczące wątki - kryminalny, miłosny, imigrancki - kręcą się wokół kobiet, i w każdym przypadku kobiety są ofiarami. To bardzo przygnębiająca wizja, dowodząca, że nie trzeba od razu sięgać po "Opowieść podręcznej", by ukazać antyutopię kobiet. Które zresztą, jak wiemy, okazały się największymi przegranymi egipskiej rewolucji.
KW: Znamienną sceną dla mnie jest finałowa kulminacja wewnątrz pochodu protestujących ludzi. Bunt tłumów przeciw opresyjnemu państwu – na tym wszak opierają się wszelkie nadzieje na zmianę. Ale tu ów tłum wybiera niewłaściwą osobę na swą ofiarę, co pozwala autentycznie winnemu uniknąć kary. Z jednej strony jest to wyraz pesymizmu w sukces rewolucji, ale też ładnie pokazujący, jak trudno we współczesnym Egipcie zająć właściwą pozycję, rozróżnić dobro od zła, stanąć po właściwej stronie.
PD: Atutem filmu jest też niewątpliwie kreacja szwedzkiego aktora libańskiego pochodzenia, Faresa Faresa, którego oglądaliśmy już w tym roku w duńskim thrillerze „Wybawienie”, moim zdaniem dość przeciętnym, ale chwilę wcześniej także w „Łotrze 1. Gwiezdnych wojnach” w roli senatora Vaspara. I nie dziwię się, że Hollywood ma na niego oko, bo to świetny, charyzmatyczny aktor.
KW: Nie no, powiedz jasno, o co chodzi. Nos. Nos Faresa Faresa jest wybitny, znamienny i charyzmatyczny. Nie da się tego nosa zapomnieć. Żartuję ,oczywiście, ale jakaś wybijająca się cecha fizys zawsze pomaga w zostawaniu rozchwytywanym aktorem charakterystycznym – w niczym nie ujmując Faresowi talentu, bo oczywiście egipskim Marlowem jest znakomitym.
PD: Ale trzeba przyznać, że cały drugi plan „Hiltona” wypada bez zarzutu, łącznie z topmodelką Mari Malek w roli świadkini tytułowego morderstwa, sprzątaczki z Sudanu. To o tyle ciekawa sytuacja, że zanim Malek podbiła światowe wybiegi, była właśnie sudańską uchodźczynią. I to też oczywiście pracuje na realizm filmu.
KW: Nie za ładna na pokojówkę? Oczywiście zaraz mnie zgasisz przykładami pięknych pokojówek, ale prawdą jest, że jej uroda zwróciła moją uwagę od pierwszej chwili. Chociaż w roli, w której nie miała wyglądać, ale też bać się i przełamywać swe obawy, była nad wyraz wiarygodna.
PD: Interesującą postacią jest również sam reżyser, Tarik Saleh, którego możemy kojarzyć jako autora głośnego dokumentu „GITMO – nowe prawa wojny”, ale też oryginalnego dramatu animowanego „Metropia”. Mocna strona wizualna „Hiltona” to niewątpliwie jego zasługa – Saleh przez lata był cenionym animatorem, a w latach 90. zasłynął na sztokholmskiej scenie hiphopowej jako jeden z czołowych tamtejszych grafficiarzy. I choć hip-hop i film noir to niekoniecznie prosta linia skojarzeniowa, to wydaje mi się, że właśnie ten „uliczny” zmysł artystyczny wydatnie reżyserowi przy „Hiltonie” pomógł.
KW: I znów wracamy do żywotności czarnego kryminału. Przenoszono już go w kosmos, w przyszłość, w przeszłość, teraz łączy się z kulturą ulicy, i nadal to działa. Chcemy czy nie, nasz świat za bardzo pasuje do tej konwencji, niezależnie gdzie spróbujemy snuć opowieść o jednostce w zdeprawowanym otoczeniu, zawsze się to sprawdzi. A kairskie ulice nędzy to z pewnością jedna z bardziej zapadających w pamięć scenerii tegorocznego kina.
