Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 maja 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Najlepsze filmy I kwartału 2018 r.

Esensja.pl
Esensja.pl
Oto nasz wybór najlepszych filmów I kwartału w polskich kinach.

Esensja

Najlepsze filmy I kwartału 2018 r.

Oto nasz wybór najlepszych filmów I kwartału w polskich kinach.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
1. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri
(2017, reż. Martin McDonagh)
Martin McDonagh jest twórcą dobrze odebranej czarnej komedii sensacyjnej „In Bruges”, a potem nieco słabiej odebranej… czarnej komedii sensacyjnej „Siedmiu psychopatów”. Oba te filmy dalekie są od przyziemnych problemów naszego świata, będąc raczej surrealistyczną zabawą gatunkiem. Tymczasem najnowszy film McDonagha, jeden z oscarowych faworytów, „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”, mając wciąż elementy czarnego humoru, staje się dziełem zaskakująco realistycznym, dotykającym autentycznych problemów i tematów, mając wręcz wyraźne ambicje oddania ducha współczesnej Ameryki. Film ma poniekąd strukturę klasycznego westernu, gdzie samotny mściciel – w tym wypadku: mścicielka, bardzo adekwatnie do czasów #MeToo – wypowiada wojnę władzom małej mieściny. Z początku spodziewamy się zatem schematu, ale z czasem ani szeryf i jego zastępcy nie okazują się tacy najgorsi, ani nasza „ostatnia sprawiedliwa” nie okazuje się taka szlachetna. Postaci są tu bardzo pocieniowane, McDonagha wyraźnie interesuje szara strefa ludzkich charakterów, a nie płytki podział na dobro i zło. Każdy widz sam będzie musiał sobie wytyczyć granicę, do którego momentu kibicuje tej anielicy zemsty, a od kiedy jej metody uważa już za nie do przyjęcia. Ostatnia scena filmu mówi jasno – to nie jest opowieść o zemście. To nie jest opowieść o triumfie sprawiedliwości. To nie jest krzepiąca opowieść o amerykańskich wartościach. Ale nadal jest to opowieść o Ameryce. O zapomnianych ludziach centralnych Stanów, którzy całe życie harując, nie są już w stanie nawet zbliżyć się do amerykańskiego snu. O pozbawionych perspektyw młodych. O niewydolności aparatu państwowego. O panującym wciąż rasizmie, kulcie przemocy. Ale też o promyczkach nadziei – ukazywanych w tak kojarzonej z USA tradycją sąsiedzkiej pomocy, budowania wspólnoty – nawet tak dziwnej jak ekipa złożona z białej starszej kobiety, jej czarnoskórej przyjaciółki z pracy i karła, którym ostatecznie w sukurs przyjdzie też policjant-rasista. Ta amerykańskość przebija tu z każdej sceny, i to nie tylko na gruncie fabularnym, bo i w sceneriach, dekoracjach, południowym zaciąganiu aktorów czy inspirowanej lokalnym folklorem muzyce Cartera Burwella, skądinąd stałego współpracownika braci Coenów, z którymi teraz McDonagh jest nagminnie porównywany. I jak widać nie tylko z powodu Frances McDormand i wisielczego humoru. Każdy kadr „Billboardów” to Ameryka.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
2. Nić widmo
(2017, reż. Paul Thomas Anderson)
„Nić widmo” to rzecz – żeby użyć krawieckiej metafory – perfekcyjnie skrojona, niemal klasyczna w stylu. Dość powiedzieć, że sam film, choć zmysłowości i perwersji pozazdrościć mogłyby mu wszystkie twarze Greya razem wzięte, nie zagląda bohaterom do alkowy i bodaj raz pozwala im na pocałunek. Jak przystało na rzecz o wielkim krawcu, wspaniałe są w „Nici widmo” kostiumy – Oscar dla ich projektanta, Marka Bridgesa, nie powinien być niespodzianką. Szaleństw nie znajdziemy też na rewelacyjnej ścieżce dźwiękowej Johnny’ego Greenwooda, na której smyki i pianino brzmią niczym w starym melodramacie – i tylko pobrzmiewające tu i ówdzie mroczniejsze tony sugerują, że nostalgiczna ckliwość to ostatnie rzeczy, których należy tu szukać. Zupełnie zasłużona jest również oscarowa nominacja za reżyserię dla samego Andersona, który potrafi zachwycić efektowną sekwencją (np. gdy pokazuje klatkę schodową i wnętrza pracowni Woodckocka, a zastęp krawcowych witanych przez bohatera przychodzi do pracy), ale wie również, że wrażenie na widzu można zrobić nie tylko popisową jazdą kamery czy montażem, ale również oddając pole aktorom. A ci w „Nici widmo” są naprawdę fantastyczni.
Paul Thomas Anderson – trochę jak filmowy Reynolds – ukrywa w swoim dziele różne elementy: a to kinofilskie nawiązania (np. do „Mechanicznej pomarańczy”), a to poważniejsze aluzje, które rzucają nowe światło na bohaterów (subtelnie sugeruje, że Alma jest Żydówką, prawdopodobnie emigrantką – a że mamy lata pięćdziesiąte, Wielką Brytanię, sporo można sobie do jej biografii podopisywać). Erudycja i zmysł szaradzisty reżysera nie przesłaniają jednak pasjonującego studium postaci – a tylko czynią seans „Nici widmo” tym większą przyjemnością.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
3. Jestem najlepsza. Ja, Tonya
(2017, reż. Craig Gillespie)
Filmowa biografia Tonyi Harding potrafi zaskoczyć nie jeden raz. Po pierwsze ukazaniem samej bohaterki – do tej pory uważanej za czarną owcę amerykańskiego sportu, łyżwiarkę zaślepioną potrzebą odniesienie sukcesu do tego stopnia, że jest gotowa wynająć zbirów, by połamali nogi jej największej rywalce. Tymczasem twórcy nie tylko próbują zdjąć większość winy z bohaterki (przychylając się do jej wyjaśnień, że sama chciała jedynie nastraszyć Nancy Kerrigan listami, a pomysł fizycznego ataku pochodził od jej byłego męża), ale też przygotowują opowieść mówiącą, że sama Harding w grucie rzeczy sama była ofiarą – swego pochodzenia, biedy czy klaistowskiego podejścia środowiska łyżwiarskiego do utelentowwnej zawodniczki nie spełniającej powszechnie przyjętych kryteriów sportowej gwiazdy. A przy tym sam wizerunek Tonyi Harding nie jest wybielany, jej niekwestionowane wady niczym nie zostają przypudrowane. Sympatia do Harding podczas filmu się nie budzi – ale współczucie już jak najbardziej tak. Drugim zaskoczeniem jest fenomenalne poprowadzenie w połączeniu ze znakomitym aktorstwem oscarowej Allison Janney roli matki Harding – której prawdziwe motywy postępowania nigdy nie zostają do końca odkryte i pozostają w interpretacji widza. Po trzecie wreszcie – „Ja, Tonya” jest nakręcona z jajem, odważnie, z łamaniem czwartej ściany, humorem, energią, w pełni absorbując widza.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
4. Niemiłość
(2017, reż. Andriej Zwiagincew)
Problemy rodzinne małżonków zostają przez Zwiagincewa umieszczone w szerszym kontekście społeczno-politycznym. Echa narastających konfliktów – zarówno wewnętrznego (z opozycją antyputinowską), jak i zewnętrznego (z Ukrainą o Donbas) – docierają z radia i ekranu telewizora. Podkreślają dramatyzm sytuacji, z której nie ma wyjścia. Tym samym stają się symbolicznym odzwierciedleniem tego, co łączy – a raczej dzieli – Borisa i Żenię. Takich symboli jest w filmie oczywiście znacznie więcej. To kolejna zasadnicza cecha twórczości autora „Lewiatana”. Niezwykle przejmująca jest już zresztą scena otwierająca „Niemiłość”, w której pokazany zostaje powrót Alioszy ze szkoły do domu. Widok samotnego chłopca idącego przez Park Tuszynski wzdłuż brzegu rzeki Schodniej nie tylko wprowadza w nastrój dzieła, ale i zapowiada wszystko, co czeka nas w dalszej części. Nie bez powodu też kamera Michaiła Kriczmana zatrzymuje się na dłużej przy potężnym drzewie o spróchniałym pniu. Zwiagincew już przy swoim poprzednim filmie dał potężnego pstryczka w nos państwowym cenzorom. Teraz zabawił się z nimi ponownie. Dość powiedzieć, że „Niemiłość” – wbrew tytułowi – niemal ocieka tępioną ostatnimi czasy w kinie rosyjskim nagością (i seksem). Nie służy ona jednak tylko wywołaniu potencjalnego skandalu; ma swoje głębokie uzasadnienie psychologiczne.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
5. Wieża. Jasny dzień.
(2017, reż. Jagoda Szelc)
Spektakularny debiut reżyserski Jagody Szelc to film jednocześnie zupełnie niespodziewany i kompletnie odstający od wiodących nurtów w polskim kinie. „Wieży. Jasny dzień” równie daleko do małego realizmu co do tradycyjnie pojmowanej gatunkowości; pierwsza część filmu to naturalistyczne kino obyczajowe, a druga – horror czerpiący pełnymi garściami ze słowiańskiego folkloru. Połączenie tych odrębnych rejestrów (doskonale umotywowane także na płaszczyźnie fabularnej, na której oglądamy starcie dwóch bohaterek reprezentujących zupełnie odmienne poglądy na świat) składa się na jeden z najciekawszych i najbardziej odważnych debiutów dekady, w którym artystyczna brawura łączy się z doskonałym wyczuciem filmowej materii, umiejętnością wodzenia widza za nos i budowania osobnych światów. Jest to, mówiąc kolokwialnie, cholernie imponujące, przez co „Wieża…” zostaje w głowie na długie miesiące.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
6. Tamte dni, tamte noce
(2017, reż. Luca Guadagnino)
Czarująca historia miłosna i przenikliwa opowieść o edukacji sentymentalnej, nie bez powodu kojarząca się z filmami Bernardo Bertolucciego czy Erica Rohmera. Nie jest sztuką nakręcić zmysłowy film, mając do dyspozycji pięknych aktorów, włoskie lato i kilka nowych piosenek Sufjana Stevensa – sztuka, by taki obraz nie obrócił się w kicz. W filmie włoskiego reżysera (ze scenariuszem współautorstwa samego Jamesa Ivory’ego) udaje się to bezbłędnie: choć bijąca z ekranu bliskość między Oliverem a Eliem jest poruszająca, a słoneczna prowincja uwodzi światłem, zielenią, blaskiem wody i architekturą, gdzieś na marginesach „Tamtych nocy…” pojawiają się cienie – choć akcja toczy się w wielokulturowym, liberalnym środowisku, coming out wymaga ponadprzeciętnej odwagi; jedno spełnione pragnienie może prowadzić do kilku złamanych serc. Wreszcie nieoczywista jest sama dynamika relacji bohaterów – właściwie nieustannie zadajemy sobie pytania, o ich intencje, o to, komu zależy bardziej, w którym momencie kończy się wakacyjna przygoda a zaczyna formujące doświadczenie. „Tamte dni, tamte noce” są tak świetne, że nawet gdy w dość jasny sposób Guadagnino wykłada pod koniec filmu jego sens, to robi to w jednej z najlepszych scen: szczera rozmowa ojca z Eliem chwyta za gardło i stanowi kapitalną kodę, a przy tym sprawia, że scenariuszowo niepozorna postać rodzica staje się bohaterem kluczowym dla zrozumienia całej opowieści.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
7. Atak paniki
(2017, reż. Pawel Maslona)
Skojarzenie z nominowanymi do Oscara „Dzikimi historiami” Damiána Szifrona nasuwa się bardzo silnie. To także film złożony z kilku opowieści (choć w przeciwieństwie do „Ataku paniki”, nie są one przeplatane i nie mają wspólnych bohaterów) i podobnie tematem przewodnim jest utrata panowania nad sobą spokojnych z pozoru ludzi, którzy nie wytrzymują napięcia i życiowych stresów. Mimo tego, że mamy tu do czynienia z debiutem, że taka forma filmowa nie była w Polsce do tej pory zbyt popularna, Paweł Maślona nie powinien obawiać się porównań z głośnym argentyńskim obrazem. „Atak paniki” to naprawdę świetna robota. Film nakręcony jest w doskonałym tempie, znakomicie zmontowany. Dialogi są napisane soczyście i wiarygodnie, a cała ekipa aktorska radzi sobie znakomicie (choć przede wszystkim należy wyróżnić nagrodzoną w Gdyni znakomitą Magdalenę Popławska w roli Moniki oraz świetnego w roli Miłosza młodego Bartłomieja Kotschedoffa). Lekko przerysowana gra wykonawców pasuje doskonale do klimatu i tematu filmu i nigdy nie wydostaje się spod reżyserskiej kontroli. Podczas gdy zwykle w takich wielowątkowych historiach nie wszystkie opowieści są napisane i zagrane na tym samym poziomie, tu z pewnością żadna nie odstaje, ale i żadna nie przyćmiewa pozostałych, każdą ogląda się z takim samym zainteresowaniem. Jeśli miałbym jednak coś wyróżnić, to przyznam, że niesamowicie przypadł mi do gustu wątek gry online – niesłychanie zabawny, przewrotny, ale też napisany wiarygodnie i wyraźnie ze znajomością tematu. Ale, tak jak wspomniałem, na każdej z pięciu głównych historii można by osobna zbudować udany film. Jedynym, do czego można mieć drobne zastrzeżenia jest zakończenie „Ataku paniki”, tyleż energiczne i efektowne, ile raczej puste. Ten drobny mankament nie powinien jednak przysłonić autentycznej przyjemności obcowania z dziełem Pawła Maślony.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
8. Lady Bird
(2017, reż. Greta Gerwig)
„Lady Bird” to film bardziej na festiwal w Sundance niż na Oscary – to kameralna, skromna opowieść o dorastaniu, w której fabuła raczej podąża za szukającą siebie bohaterką, niż tworzy na jej drodze konkretne przeszkody. Podejście debiutującej w roli reżyserki Grety Gerwig bywa z tego względu niekiedy problematyczne (bo niektóre wątki aż proszą się o rozwinięcie), ale jest w nim też coś odświeżającego i szczerego, dojrzewanie to wszak okres, w którym hiperbolizujemy osobiste dramaty, a potem szybko o nich zapominamy. Najlepsza w „Lady Bird” jest przede wszystkim rozpisana po mistrzowsku relacja tytułowej bohaterki z matką, a także doskonały montaż, dzięki któremu ciekawe obserwacje zamieniają się w subtelne komediowe miniatury.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
9. I tak cię kocham
(2017, reż. Michael Showalter)
„Nie interesuje mnie żaden związek” mówi Emily do Kumaila niedługo po wspólnych łóżkowych igraszkach. Polski tytuł sympatycznej komedii sugeruje jednak, że mężczyzna tak łatwo nie odpuści. Nie będzie to jednak klasyczna opowieść „W pogoni za Emily”, bo i dziewczyna szybciej przekona się do chłopaka, a i ten będzie częściej wrzucał piasek w szprychy ich relacji. Rodzice Kumaila są bowiem wstanie zaakceptować każdy wybór jego serca, przynajmniej jeśli oznacza on dobroduszną i przyzwoitą Pakistankę. Rozstanie pary to zatem wypadkowa braku szans na wspólna przyszłość. Co więcej, niedługo po tym Emily trafia w ciężkim stanie do szpitala.
Jeżeli w tym momencie zastanawiacie się jak tak poważne zdarzenie może stanowić solidny fundament dla zabawnej komedii, to niepotrzebnie. Znany m.in. z serialu „Dolina krzemowa” Kumail Nanjiani – tu także scenarzysta – jak na rasowego stand-upowca przystało, oparł skrypt w dużej mierze o własne doświadczenia i przeżycia. W tych o dziwo nie roi się od rozporkowo-fekaliowych dowcipów, dlatego inteligentny humor może być skuteczną odtrutką dla wszystkich, którzy mają już dość żartów umoczonych w najniższych poziomach rynsztoka. Nie znaczy to, że Nanjiani jest komediowym dżentelmenem. Stand-upowy rodowód aktora gwarantuje minimalną liczbę tematów tabu. Oberwie się i skostniałej pakistańskiej kulturze, związkom jako takim czy anty-muzułmańskiej obsesji po 11 września. Lawirując umiejętnie po rom-comowej formatce, znajdzie także miejsce i na oczywiste wzruszenia jak i na refleksję nad wartością rodzinnej lojalności wobec chęci pogoni za własnym szczęściem.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
10. The Disaster Artist
(2017, reż. James Franco)
„The Disaster Artist” Jamesa Franco nie bardzo chce dociekać prawdy o Tommym Wiseau – to po prostu filmowa celebracja „The Room”, kina tak złego, że aż dobrego. Produkcja Franco szybko wskakuje w ramy filmu kumpelskiego, opowiadając o przyjaźni przystojnego, ale niezbyt zdolnego aktora Grega Sestero (to na podstawie jego książki powstał „The Disaster Artist” – tu gra go Dave Franco) oraz Tommy’ego, ambitnego megalomana zupełnie pozbawionego talentu i jakiegokolwiek społecznego instynktu (w tej roli sam James Franco, perfekcyjnie imitujący gestykulację, mimikę i ton głosu Wiseau). Najzabawniej robi się oczywiście, gdy bohaterowie wkraczają na plan filmowy i raz po raz daje znać o sobie niekompetencja Wiseau: kręci w studiu ujęcia, które z powodzeniem mógłby zrobić (taniej) na ulicy, używa green screenu z tylko sobie znanych powodów, decyduje się rejestrować całość jednocześnie (sic!) na taśmie i cyfrze, kupuje sprzęt, który zwyczajowo wypożycza się na czas produkcji. Dodajmy do tego dezorganizację pracy, scenariuszowe dyletanctwo, koszmarne szarże aktorskie, niedorzeczne dialogi – wychodzi z tego jedyna w swoim rodzaju katastrofa, która w zaskakujący sposób obraca się w triumf.
Najbardziej ujmująca jest w „The Disaster Artist” autentyczna miłość jaką twórcy darzą niesławną produkcję Wiseau. Franco, sam uważany za twórcę o wielkim ego i ambicjach (to w końcu ktoś, kto pisze książki, maluje, gra i ekranizuje Faulknera, Steinbecka i Cormaca McCarthy’ego), które może nie zawsze przekładają się na artystyczne spełnienia, na swój sposób znajduje w Tommym pokrewną duszę.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
10. W ułamku sekundy
(2017, reż. Fatih Akin)
„W ułamku sekundy” jest filmem rozbitym na trzy odmienne tematycznie i stylistyczne części – „Rodzinę”, „Sprawiedliwość” i „Morze”. Część pierwsza to opowieść o rozpaczy, część druga to dramat sądowy, część trzecia łączy w sobie elementy thrillera i dramatu egzystencjalnego. Nie w każdej z tych konwencji Akin czuje się równie dobrze – o ile część pierwsza jest przejmująca, a część trzecia trzyma w napięciu, o tyle część sądowa jest poprowadzona nie do końca wiarygodnie – dowody na winę oskarżonych wydają się na tyle silne, że trudno uwierzyć widzowi, że sąd może mieć jakieś wątpliwości. Wydaje się, że decyzja o procesie bardziej poszlakowym (być może z jednoznacznym potwierdzeniem winy na potrzeby widza poza salą sądową) byłaby bardziej uzasadniona.
Choć film Fatiha Akina ma ambicje społeczno-polityczne – w zakończeniu jest mowa o liczbie autentycznych ataków na niemieckich Turków przez grupy neonazistowskie, to postawienie w centrum cierpienia Katji i znakomita rola Diane Kruger każe odbierać film na płaszczyźnie bardzo osobistej. Kino zaangażowane tak naprawdę staje się kinem o jednostkowej stracie, rozpaczy i szukaniu sprawiedliwości.
koniec
27 kwietnia 2018

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Zważaj na prędkość!
Jarosław Loretz

10 V 2021

Czy prędkość może zabić śmiechem? Otóż i owszem, może – aczkolwiek tylko podczas oglądania filmu.

więcej »

Z filmu wyjęte: Wsiąść do pociągu… i nie móc wyjechać
Jarosław Loretz

3 V 2021

Na lewo dom, na prawo dom, a w salon szyna wiedzie. To bardzo głęboka Rosja, nikt już stąd nie wyjedzie.

więcej »

Nie przegap: Kwiecień 2021
Esensja

30 IV 2021

Dla tych, którzy w majówkę chcą nadrobić zaległości, podręczny spis naszych recenzji opublikowanych w kwietniu.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

50 najlepszych filmów 2018 roku
— Esensja

20 najlepszych polskich filmów XXI wieku
— Esensja

15 najlepszych horrorów XXI wieku
— Esensja

Do kina marsz: Lipiec 2018
— Esensja

Do kina marsz: Czerwiec 2018
— Esensja

100 najlepszych filmów XXI wieku. Druga setka
— Esensja

100 najlepszych filmów XXI wieku
— Esensja

Do kina marsz: Maj 2018
— Esensja

Esensja ogląda: Marzec 2018 (2)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Krzysztof Spór, Konrad Wągrowski

Pretty in Pink
— Jarosław Robak

Tegoż twórcy

Krwawy taniec bez gwiazd
— Sebastian Chosiński

Transatlantyk 2015: Dzień 3
— Sebastian Chosiński

Wenecja 2014: Epopeja narodowa
— Marta Bałaga

Transatlantyk 2013: Dzień 6
— Sebastian Chosiński, Gabriel Krawczyk, Zuzanna Witulska

Esensja ogląda: Maj 2013 (3)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Jakub Gałka, Kamil Witek

Esensja ogląda: Styczeń 2013 (Kino)
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Piotr Dobry, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Alicja Kuciel, Beatrycze Nowicka, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Jajko Kolumba
— Gabriel Krawczyk

Próby mistrza Andersona
— Karol Kućmierz

3. American Film Festival: Dzień drugi
— Kamil Witek

Postrach mało straszny
— Joanna Pienio

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.