Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 maja 2019
w Esensji w Esensjopedii

Filmy

Magazyn CLXXXVI

Konkursy

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

kinowe

więcej »

dvd i blu-ray (wybrane)

więcej »

Zapowiedzi

kinowe

więcej »

dvd i blu-ray

więcej »
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Oscary 2019: Ranking filmów Oscarowych

Esensja.pl
Esensja.pl
Jak co roku mamy dla was – jak przystało na Esensję – ranking. Wszystkie osiem filmów Oscarowych posortowanych zgodnie ze średnią ocen wystawionych przez naszych krytyków od najlepszego do najsłabszego (filmu, nie krytyka). W głosowaniu brali udział Piotr Dobry, Jarosław Robak, Krzysztof Spór, Konrad Wągrowski i Kamil Witek.

Esensja

Oscary 2019: Ranking filmów Oscarowych

Jak co roku mamy dla was – jak przystało na Esensję – ranking. Wszystkie osiem filmów Oscarowych posortowanych zgodnie ze średnią ocen wystawionych przez naszych krytyków od najlepszego do najsłabszego (filmu, nie krytyka). W głosowaniu brali udział Piotr Dobry, Jarosław Robak, Krzysztof Spór, Konrad Wągrowski i Kamil Witek.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
8. Bohemian Rhapsody
(2018, reż. Bryan Singer)
Twórcy starają się skrupulatnie odhaczać najważniejsze elementy biografii Freddiego Mercury′ego. Mając praktycznie gotowy materiał źródłowy w postaci rzetelnego dokumentu pt. „Queen: dni naszego życia” – pełnego nagrań archiwalnych, wypowiedzi Maya i Taylora, fragmentów koncertów oraz wywiadów z wokalistą grupy – można było oczekiwać co najmniej dobrego filmu. Niestety… Tym, co od razu rzuca się w oczy jest przede wszystkim swoista sztuczność świata przedstawionego. Bohaterowie wyglądają jakby nosili peruki, zaś ich stroje przypominają przebrania na Halloween. Zawodzą również ludzie odpowiedzialni za scenografię, przez co mamy poczucie pewnej umowności, anachronizmu, który nie pozwala nam zagłębić się w opowiadaną historię. Największym problemem filmu jest jednak jego nastrój. Manieryczna gra Ramiego Malka w połączeniu z humorystycznym zabarwieniem kluczowych scen, sprawiają, że film momentami przypomina kabaret. Powstanie jednego z najbardziej skomplikowanych utworów w historii rocka, tytułowego „Bohemian Rhapsody”, zostaje potraktowane z przymrużeniem oka. Singer zestawia wysoki wokal Taylora z piejącym kogutem, Freddie deklarujący stworzenie arcydzieła przypomina Tommy′ego Wiseau w interpretacji Jamesa Franco, a przerysowanemu producentowi (nota bene w tej roli Mike Myers!) do w pełni groteskowego wizerunku brakuje jedynie cygara odpalanego studolarowym banknotem. Na tym nie koniec. Problemy konstrukcyjne związane ze zbyt dużymi przeskokami pomiędzy wątkami powodują, że nie udaje się zbudować wiarygodnych postaci. Mało tego, uproszczeniu i swoistemu ugrzecznieniu ulegają jedne z ważniejszych, niechlubnych faktów z życia gwiazdy Queen. Narkotykowe imprezy zostają w filmie ocenzurowane oraz zastąpione przaśnym poklepywaniem tancerek po pupie, paradowaniem w koronie i rozlewaniem szampana. Wątek jego seksualności natomiast zostaje potraktowany powierzchownie, z pewnym dystansem.
Średnia ocen: 5.30
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
7. Vice
(2018, reż. Adam McKay)
Opowieść o Dicku Chaneyu, wiceprezydencie za czasów George’a W. Busha czyni z niego nie tylko demiurga, za kulisami pociągającego za sznurki, posługując się prezydentem-figurantem, ale też osobę, która w jakimś stopniu odpowiada za większość zła współczesnego świata – kryzys gospodarczy, zanieczyszczenie środowiska, efekt cieplarniany, destabilizację obszarów Bliskiego Wschodu, kryzys uchodźczy… Przesada? Zapewne tak, choć z naszą wiedzą o kulisach światowej polityki trudno będzie zakwestionować nieprawdziwość przedstawionych faktów. Ale pytanie, czy osoba pozbawiona tak naprawdę własnych poglądów, wzór politycznego karierowicza, byłaby w stanie być aż tak wpływowa, pozostaje.
Od strony realizacyjnej mamy do czynienia z połączeniem dramatu politycznego ze swego rodzaju czarną komedią, z łamaniem czwartej ściany nieco w stylu niedawnego „Big Short”. Ten miszmasz daje lekkie poczucie niespójności przyjętej konwencji i trochę ukrywa główne przesłanie filmu, choć przynajmniej z pewnością nie ma nudy podczas seansu. Złego słowa nie można za to powiedzieć o aktorstwie – znakomity jest, ukryty pod doskonałą charakteryzacją Christian Bale w głównej roli, świetną rólkę daje również Sam Rockwell w roli prezydenta Busha, kapitalna jak zwykle jest Amy Adams, bardzo dobry Steve Carell. A Oscar za charakteryzację jest właściwie pewny.
Średnia ocen: 6.40
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
6. Narodziny gwiazdy
(2018, reż. Bradley Cooper)
Reżyserski debiut Bradleya Coopera to czwarta – a jeśli wliczać „What a Price Hollywood?” z 1932 roku – piąta wersja tej samej historii: gwiazdor-alkoholik poznaje utalentowaną amatorkę, ułatwia jej start w show businessie, bohaterowie zakochują się w sobie, ona zostaje „it girl”, on się stacza. Gwiazdora (tu: muzyki country) zagrał sam reżyser, za to w roli Ally, niepewnej siebie piosenkarki i tekściarki obsadzono Lady Gagę. Kto widział którekolwiek z poprzednich „Narodzin gwiazdy” nie będzie zaskoczony zwrotami fabularnymi: w najnowszej wersji dodano wprawdzie obojgu bohaterom ciekawe wątki rodzinne (czapki z głów przed Samem Elliottem w roli starszego brata muzyka), oczywiście tylko we współczesnej produkcji mogłyby znaleźć się tak pyszne sceny z udziałem drag queens („śpiewaj cokolwiek, byłeś patrzył mi w oczy” – mówi jedna z nich do przystojnego, błękitnookiego Coopera), jednak na tym kończą się zmiany. „Narodziny gwiazdy” A.D. 2018 są niemal równie konserwatywne, co wersje z lat 30-tych, 1954 i 1976 roku. Do pewnego momentu to nie przeszkadza – aktorska chemia między Cooperem i Lady Gagą jest wspaniała (kreacja piosenkarki słusznie typowana jest do oscarowej nominacji, ale wyrazy uznania należą się też Cooperowi, który doskonale wie, kto jest gwiazdą w jego filmie, i kiedy należy usunąć się w cień); opowiedziane jest to bardzo sprawnie, bez realizatorskich popisów à la „La La Land” – ale formalna surowość w niczym nie ujmuje magii takim momentom jak pierwsze spotkanie bohaterów i ich nocna włóczęga; piosenka „Shallow” wkręca się w ucho i zostanie tam przez długie miesiące. Wystarcza tego na poruszający melodramat – ale brak nowych kontekstów i przesunięć akcentów wywołuje poczucie niedosytu. Cooper udanie zmienia dekoracje, ale wciąż opowiada odrobinę zwietrzałą historię o szlachetnym, choć czasem błądzącym mężczyźnie, który robi z ukochanej gwiazdę, poświęca się dla niej i motywuje ją komplementami na temat jej urody. Nie jestem też w stu procentach przekonany do wątku kariery Ally – w filmie jej (pierwszym) wielkim momentem jest wokalny popis we wspomnianym „Shallow”, gdy potężny głos piosenkarki rozbrzmiewa na rockowej scenie; potem widzimy jednak, jak naturalny talent bohaterki zostaje poddany rynkowej obróbce: repertuar Ally staje się bardziej popowy, na scenie gitary zostają zastąpione przez tancerki, zmieniają się fryzury i kostiumy, przy czym autentyczność jakby się ulatniała – to trochę jakby krytykować Lady Gagę, że jest… Lady Gagą?
Średnia ocen: 6.90
WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
5. Czarna Pantera
(2018, reż. Ryan Coogler)
„Czarna Pantera” to zaskakująca mieszanka gatunkowa. Jest to bowiem nie tylko film superbohaterski (co oczywiste, biorąc pod uwagę rodowód głównej postaci), ale także science fiction (vide zaawansowanie technologiczne Wakandy możliwe dzięki wykorzystaniu na masową skalę vibranium) i szpiegowski w stylu przygód agenta 007 (patrz: gadżety, w jakie wyposaża T’Challę jego nastoletnia siostra Shuri, jak również scena rozgrywająca się w nielegalnym kasynie w południowokoreańskim Pusan i późniejszy pościg ulicami miasta za superłotrem Ulyssesem Klaue’em). I nic w tym oczywiście złego. Przeciwnie! Dzięki temu udaje się Cooglerowi uniknąć wielu schematów, jakie pojawiały się we wcześniejszych kinowych produkcjach Marvelowskich.
Konflikt z całą mocą wybucha dopiero, kiedy na arenie pojawiają się dwaj superłotrzy: znany już z „Wojny bohaterów” Klaue (Andy Serkis, który w końcu odzyskał swą prawdziwą twarz) oraz tajemniczy Killmonger (Michael B. Jordan, który wcześniej zaistniał jako Ludzka Pochodnia w „Fantastycznej Czwórce”). Zwłaszcza druga z wymienionych postaci wywołuje spore zamieszanie fabularne, a jednocześnie służy scenarzystom do zasiania wątpliwości dotyczących nieskazitelności niektórych z bohaterów. Elementy fantastyki naukowej, szpiegowskiego filmu akcji oraz kina superbohaterskiego zostają w „Czarnej Panterze” idealnie zrównoważone. A jeżeli dodamy do tego jeszcze postmodernistyczno-futurystyczną wizję Wakandy i świetną etniczną – opartą na rytmach bębnów – muzykę, pojmiemy z jak urzekającym wizualnie i dźwiękowo dziełem mamy do czynienia.
Średnia ocen: 7.00
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
4. Czarne Bractwo. BlacKkKlansman
(2018, reż. Spike Lee)
„Czarne bractwo” to idealny film na nasze czasy postprawdy. Spike Lee bije w rasistów i symetrystów, ale jego nowe dzieło wyrasta ponad „modny” pamflet antytrumpowski. To de facto bardzo uniwersalna refleksja nad tym, jak uromantyczniliśmy zło, „nieodpowiednie dając rzeczy słowo”. Lee fantastycznie pokazuje, jak dewaluacja pojęć, pomieszanie, a nawet odwracanie znaczeń wpływa na obraz debaty publicznej. W „Czarnym bractwie” idą w ruch bejsbole i pistolety, płoną krzyże, ale to eufemizm jest największą bronią masowego rażenia. Znamienne, że w filmie szef Ku Klux Klanu, David Duke, to niepozorny facet z wąsikiem i śliską gadką akwizytora. W jego słowach pozornie nie ma agresji. Duke zgadza się, że „Ameryka jest rasistowskim krajem”. Tyle że – jak dopowiada – jest rasistowskim dlatego, że jest „antybiałym”. Inny członek Klanu peroruje z kolei, że „czarnuchom” poprzewracało się już w dupach do tego stopnia, że każą się teraz nazywać „Afroamerykanami”. Niedoczekanie!
Nie lubię słowa „postprawda”, bo sugeruje jakieś nowe zjawisko. I nawet nie chodzi mi o to, że tego terminu użył już ćwierć wieku temu Steve Tesich w eseju o aferze Watergate, a dopiero dwa lata wstecz oxfordzcy językoznawcy wybrali je na słowo roku na fali sukcesu Trumpa i Brexitu. Bardziej chodzi mi o to, że postprawda była zawsze: za czasów Hitlera, Lenina, Mussoliniego czy właśnie kolejnych szefów KKK. I mamy na nią przecież sprawdzone nazwy: manipulacja, propaganda, dezinformacja. Albo swojska ściema. Albo najprościej jak się da: kłamstwo. Tyle że – w tym cały szkopuł – kłamstwo to brzydkie słowo. Więc wymyśla się ładniejsze. Aluzje i analogie są oczywiście aż nadto czytelne, ale formuła prowokacyjnej czarnej komedii skutecznie rozwadnia publicystykę. Nawet gdy Lee wmontowuje w film wypowiedź Trumpa po zamieszkach w Charlottesville, że przemocy białych nacjonalistów „winne są obie strony”, nie ma się wrażenia łatwej demagogii. Prędzej jest zaduma, że i w Polsce teza, jakoby racja zawsze leżała pośrodku, tylko zyskuje na popularności.
Średnia ocen: 7.25
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
3. Green Book
(2018, reż. Peter Farrelly)
Ta na pozór lekka historia opowiada o rzeczywistych problemach, z którymi borykały się Stany Zjednoczone na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. W tamtych czasach rasistowskie uprzedzenia nie były wszak niczym wyjątkowym. Szybko możemy się też przekonać, że nie był od nich wolny również główny bohater filmu – Tony Lip. Po prawdzie taka postawa nawet specjalnie nie dziwi w przypadku Amerykanina o włoskich korzeniach, który edukację odbierał głównie na ulicach Nowego Jorku. Mimo to zostaje on kierowcą i zarazem ochroniarzem czarnoskórego pianisty, z którym wyrusza na trasę koncertową… na amerykańskie Południe. Jak łatwo się domyślić, w trakcie tej podróży nie uda im się uniknąć nieprzyjemności, począwszy od tego, że muzyk musi nocować w miejscach wskazanych w tytułowym przewodniku (gdzie indziej Murzyni nie są mile widziani). Jesteśmy tez świadkami tego, że chociaż Don Shirley w czasie występów jest entuzjastycznie oklaskiwany, to wielokrotnie doświadcza ze strony tych samych ludzi bolesnych upokorzeń.
Najważniejsze jest jednak, że z zaciekawieniem możemy obserwować, jak wspólne przeżycia sprawiają, że zaczynają znikać bariery pomiędzy dwoma mężczyznami różniącymi się nie tylko kolorem skóry, ale i wykształceniem, stylem bycia czy zainteresowaniami. Nie da się też ukryć, że „Green Book” aktorami stoi. Viggo Mortensen w roli Tony’ego Lipa i Mahershala Ali jako Don Shirley potrafią powiem w pełni uwypuklić kontrast między parą głównych bohaterów, a jednocześnie kreacje te nie są przerysowane.
Oczywiście jest to też zasługa dobrze napisanych dialogów, które zresztą całkiem często dostarczają nam też okazji do śmiechu. Szkoda tylko, że twórcy zafundowali nam nieco zbyt sentymentalne zakończenie. Inną sprawą jest, że może ono uczynić z „Green Book” prawdziwy bożonarodzeniowy przebój na wiele lat… Nie zmienia to jednak faktu, że film ten ogląda się z prawdziwą przyjemnością, a przyznawane mu nagrody mają pełne uzasadnienie.
Średnia ocen: 7.50
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
2. Faworyta
(2018, reż. Yorgos Lanthimos)
W tej zmyślnej krzyżówce „Wszystko o Ewie” i „Kontraktu rysownika” Lanthimos, choć szyderczo przyglądający się zepsutemu światu, nie jest aż tak okrutny wobec swoich postaci jak w poprzednich filmach. „Faworyta” jest bodaj pierwszym filmem Greka, w którym aktorzy nie grają tak, jakby wyssano im duszę przed wejściem na plan. Bohaterek nie da się rozgrzeszyć – lecz tym razem można je zrozumieć: Anna cierpi na depresję, ale zamiast otrzymać pomoc, jest wykorzystywana przez innych; księżna Sarah manipuluje królową, ale przynajmniej potrafi być wobec niej szczera; Abigail z kolei jest jedyną bohaterką, której realnie grozi ulica – a jedynym pewnym sposobem na uniknięcie psiego losu jest dla niej przychylność królowej. Podobnie jak świetna „Lady M.”, film Lanthimosa w gorzki sposób mówi o perspektywach solidarności w klasowym społeczeństwie – gdy łatwo zlecieć z drabiny awansu społecznego trudno o współczucie czy siostrzeństwo. Równie nieczułe okazują się tu elity i doły społeczne – gdy Abigail przybywa do pałacu i zatrudnia się w kuchni, pierwszych okrucieństw doznaje od innych służących.
Trzy aktorki Lanthimosa są wyśmienite – wszyscy słusznie wychwalają Olivię Colman, ale gdybym miał komuś przyznać palmę pierwszeństwa, to Emma Stone wiedzie w „Faworycie” prym – są tu sceny, które, gdyby nie jej talent, przeszłyby niezauważone (skradanie się nocą w pałacowych komnatach, te wszystkie czujne spojrzenia). U Lanthimosa aktorka daje prawdziwy popis umiejętności komediowych i dramatycznych, który godny jest Oscara (niekoniecznie za rolę drugoplanową). Choć ostatecznie to jej bohaterka wydawać się może najbardziej niegodziwa, dzięki Stone zachowuje ludzki rys.
Średnia ocen: 8.30
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
1. Roma
(2018, reż. Alfonso Cuarón)
Kto by pomyślał, że pięć lat po orbitalnym balecie „Grawitacji”, Meksykanin Alfonso Cuarón nakręci coś tak odmiennego: czarno-biały, utkany z epizodów film o służącej z miasta Meksyk. „Romie” o wiele bliżej do „I twoją matkę też” i „Ludzkim dzieciom” – wybitnym filmom, w którym tło dla fabuły, oddane z okiem i sprawnością świetnego dokumentalisty, okazywało się nie mniej znaczące niż losy głównych bohaterów.
Reżyser zabiera nas w lata siedemdziesiąte – burzliwy czas dla Meksyku, w którym studenckie manifestacje napadane są przez prorządowe bojówki. Napięcia w krajowej polityce zdają się nie mieć bezpośredniego wpływu na życie bohaterki, służącej Cleo (do czasu, bo to, co polityczne potrafi się wedrzeć w sferę prywatną gwałtownie i bez zapowiedzi). „Roma” świetnie oddaje jednak złożoność społecznej sytuacji dziewczyny – bariery klasowe, płciowe czy etniczne (Cleo pochodzi z misteckiej rodziny) są tu wyraźnie zakreślone i to w ich ramach bohaterka szuka sobie przestrzeni wolności (np. plotkując z innymi służącymi w dialekcie, wiedząc, że gospodarze nie zrozumieją, o czym mowa). Film Cuaróna opowiada o codzienności – ta codzienność brzmi już może jak banał, ale niewiele jest filmów, które w równie zachwycający sposób potrafiłyby zanurzyć widza w tak zwyczajny świat, a jednocześnie zbudować z jego elementów przemyślaną konstrukcję (wspaniałą kompozycyjną klamrę stanowi tu woda).
Dzieło Cuaróna pełne jest małych-wielkich momentów: fantastyczne są tu sceny przeciskania się olbrzymiego Forda Galaxie rodziny, u której pracuje bohaterka, przez podjazd ich domu, motyw zbierania psich kup. Albo ten moment, gdy Cleo idzie z chłopakiem do kina i na kilka chwil przed końcem seansu mówi mu, że jest w ciąży – tak prosty, a jednocześnie tak rozdzierający (gdy uświadamiamy sobie reakcję mężczyzny), że już za samą tą scenę Cuarón powinien zgarniać wszystkie możliwe reżyserskie nagrody.
Cuarón ma ewidentnie wielką frajdę w zabieraniu widza w świat swojego dzieciństwa (jest tu też autorem zdjęć i na pewno nie ustępuje kunsztem Emmanuelowi Lubezkiemu, z którym pracował w poprzednich filmach). Ale, jak w najlepszych filmach o przeszłości i pamięci, autor nie udaje wszechwiedzącego. Nie ma u niego też lukru czy nadmiernego sentymentalizowania – chwile radości i solidarności przeplatają się tu z goryczą i przemocą.
Średnia ocen: 8.70
koniec
23 lutego 2019

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Tania siła robota
Jarosław Loretz

20 V 2019

Dzidy, blaszane roboty i fotel dentystyczny, a wszystko w rytmie country. Ach, te czasy, gdy przemysł filmowy zdominowany był przez różnej maści entuzjastów-amatorów…

więcej »

Z filmu wyjęte: Samopodający się talerz
Jarosław Loretz

13 V 2019

Jeszcze na chwilę wróćmy do stołu. Na ucztę, gdzie posiłek dociera do stołu o własnych siłach, i własnoręcznie serwuje się na talerzu.

więcej »

Z filmu wyjęte: Chatka niekoniecznie z piernika
Jarosław Loretz

6 V 2019

Co, jeśli ktoś nie ma ochoty na chatkę z piernika? Otóż zawsze można mu zaproponować chatkę z… parówek.

więcej »

Polecamy

Tania siła robota

Z filmu wyjęte:

Tania siła robota
— Jarosław Loretz

Samopodający się talerz
— Jarosław Loretz

Chatka niekoniecznie z piernika
— Jarosław Loretz

Zwrotów nie przyjmujemy. Na ogół.
— Jarosław Loretz

Małe ptaki konsumuje się w całości
— Jarosław Loretz

Makabra (anatomiczna)
— Jarosław Loretz

Rezydencja marzeń (producentów filmowych)
— Jarosław Loretz

Dzielny mały skuter
— Jarosław Loretz

Grunt to dobra służąca
— Jarosław Loretz

Ćwiczenia pod prysznicem
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Inne recenzje

Freddie i jego koty
— Sebastian Chosiński

Nie przegap: Luty 2019
— Esensja

Demiurg
— Konrad Wągrowski

Krótko o filmach: Surowa męska przyjaźń
— Miłosz Cybowski

Żmije
— Jarosław Robak

Do kina marsz: Luty 2019
— Esensja

Krótko o filmach: O dwóch takich, co razem podróżowali
— Marcin Mroziuk

50 najlepszych filmów 2018 roku
— Esensja

Do kina marsz: Styczeń 2019
— Esensja

Do kina marsz: Grudzień 2018
— Esensja

Z tego cyklu

Esensja przyznaje Oscary
— Jarosław Robak, Krzysztof Spór, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Tegoż twórcy

Freddie i jego koty
— Sebastian Chosiński

6. Konkurs na Recenzję Filmową: Tragedia bez katharsis
— Dariusz Kankowski

NajAmerican Film Festival 2017
— Jarosław Robak, Kamil Witek

Remanent filmowy 2016
— Sebastian Chosiński, Gabriel Krawczyk, Jarosław Loretz, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Powszedniość końca świata
— Jarosław Robak

Esensja ogląda: Luty 2016
— Sebastian Chosiński, Marcin Mroziuk, Jarosław Robak, Konrad Wągrowski

Gdy samotność jest zbrodnią
— Piotr Dobry

Esensja ogląda: Styczeń 2016 (2)
— Piotr Dobry, Grzegorz Fortuna, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Lisy w krainie wilków
— Grzegorz Fortuna

Wyjście z cienia
— Piotr Dobry

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.