Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 lutego 2020
w Esensji w Esensjopedii

Z filmu wyjęte: Niezgłębione meandry nowoczesnego designu

Esensja.pl
Esensja.pl
Czasami doprawdy nie sposób pojąć ścieżek, jakimi podąża umysł architekta. Zdarzają się projekty, metkowane zapewne jako doskonały przykład śmiałego wzornictwa, które tak na zdrowy rozsądek wyglądają jak skomplikowana pułapka mająca doprowadzić do śmierci bądź przynajmniej trwałego kalectwa zleceniodawcy.

Jarosław Loretz

Z filmu wyjęte: Niezgłębione meandry nowoczesnego designu

Czasami doprawdy nie sposób pojąć ścieżek, jakimi podąża umysł architekta. Zdarzają się projekty, metkowane zapewne jako doskonały przykład śmiałego wzornictwa, które tak na zdrowy rozsądek wyglądają jak skomplikowana pułapka mająca doprowadzić do śmierci bądź przynajmniej trwałego kalectwa zleceniodawcy.
Najdziwniejsze wzornictwo, mocno futurystyczne i w zasadzie częstokroć oderwane od funkcjonalności, trafiało się w światowym kinie od końcówki lat 1950. po schyłek lat 1960. Te brytyjskie (Bond!) i włoskie sensacje, częstokroć oparte na komiksach, te amerykańskie, kręcony wręcz na pęczki, czarno-białe filmy science fiction, te rozmaite dziwaczne komedie – z „Moim wujaszkiem” na czele – wszystkie one próbowały odgadnąć, jak powinien wyglądać nowoczesny dom przyszłości. W grę na ogół wchodziły wielkie, pozbawione kantów okna, metalowe, niewygodne meble, fikuśne lampy, różne plastikowe, szklane i gumowe dekoracje o niezbyt sprecyzowanych kształtach. Całe to rozpasanie form i kolorów uległo stonowaniu dopiero na przełomie lat 1960. i 1970., kiedy odkryto, jak wielki wpływ może mieć na ludzi kino. Jak wielki rynek się otwiera – nie tylko na ubrania, które noszą ukochani aktorzy, ale również na trunki, kosmetyki, meble, samochody, a nawet i domy. Eksperymenty designerskie zostały w zasadzie zepchnięte do niszy zajmowanej przez ambitniejsze, droższe filmy SF, zaś „zwyczajne” kino zajęło się „sprzedażą” artykułów już istniejących bądź zaraz wprowadzanych na rynek.
Kino indyjskie zauważyło ten trend dopiero po jakimś czasie. Dzięki temu aż po późne lata 1980. można w tamtejszych filmach natknąć się na futurystycznie urządzoną siedzibę niegodziwca, na ogół wyglądającego jak kiczowata wersja któregoś z przeciwników Bonda. Nie inaczej jest z nakręconym w 1973 roku filmem „Yaadon Ki Baaraat” (na nasze „Procesja wspomnień”), w którym trafia się stawiająca włosy na głowie „poręcz” schodów. Ma ona postać malutkich, może 20-centymetrowych końskich główek, ustawionych na sztorc i nie połączonych żadną listwą czy drutem. Pomysł jest iście szatański, bo nie dość, że w przypadku utraty równowagi leci się natychmiast prosto na pysk na podłogę parteru, oczywiście kamienną, to jeszcze można ugrzęznąć stopą między rzeźbionymi konikami. I nawet jeśli cudem uda nam się uniknąć skręcenia karku czy rozbicia czaszki, to otwarte złamanie goleni mamy jak w banku. Żeby było bardziej głupio – podest, na który wiodą te mordercze schody, ma już normalną, wysoką, solidnie wykonaną poręcz. Nie dziwne, że jeśli ktokolwiek na filmie używał tych schodów, robił to ostrożnie i poruszał się możliwie powoli…
Widoczny na kadrze dżentelmen w bieli to właśnie klasyczny przykład niegodziwca z własną armią osiłków – w tym wypadku wyposażonych raczej w broń maszynową niż krzepę, co nie jest znowuż aż tak oczywiste w indyjskim kinie. Inny klasyczny motyw, po dziś dzień bardzo popularny w Bollywood, to rozdzielone w dzieciństwie rodzeństwo, które po latach łączy się w najdziwniejszych okolicznościach. W tym wypadku mamy trzech braci, którzy muszą uciekać, żeby nie zginąć jak rodzice – od kul bandyty, który przestraszył się, że został rozpoznany w trakcie napadu rabunkowego. Nieświadomych swojego pokrewieństwa los łączy po latach w pewnym hotelu. Silny Shankar (Dharmendra) jest utalentowanym złodziejem, pracującym dla wspomnianego niegodziwca. Ratan (Tariq Khan) jest piosenkarzem, zaproszonym na koncertowanie w drogiej restauracji. Zaś Vijay (Vijay Arora), wychowanek ubogiego dozorcy luksusowej rezydencji, romansuje z córką nowego właściciela tejże rezydencji, Sunitą (Zeenat Aman). Intryga splata ich losy, ale niemal do samego końca filmu tylko widz jest świadom rzeczywistych relacji rodzinnych bohaterów.
Obecnie historia nie ma jednak zbyt wiele do zaproponowania. Jest dość chaotyczna, z nierównomiernie rozłożoną akcją, rozdartą na kilka postrzępionych wątków, do tego wyczuwalnie kiczowata. Ratan w zasadzie tylko śpiewa, Shankar od czasu do czasu coś ukradnie albo komuś nałoży po pysku, natomiast Vijay bez końca romansuje, zabierając dużo ekranowego czasu praktycznie na próżno – tylko po to, by oprócz dramatu i sensacji dało się upchnąć w historii jeszcze cetnar romantyzmu.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Otóż wartość „Yaadon Ki Baaraat” nie leży w doskonałych kreacjach aktorskich czy wstrząsającej, chwytającej za serce fabule. Owszem, dramatu w tych kwestiach nie ma, ale film wyraźnie się zestarzał i dzisiaj jest już raczej archiwalną ciekawostką. Ważniejsze jest to, że został swego czasu uznany przez badaczy indyjskiej kinematografii za praszczura nurtu masala. To jest ten absolutnie pierwszy przedstawiciel dominującej od wielu lat w indyjskim kinie mieszanki gatunkowej (sensacja, kryminał, dramat, romans, komedia, musical), doprawionej pięcioma-sześcioma piosenkami i rozciągniętej na ponad dwie godziny seansu. To właśnie ten film wyznaczył późniejsze standardy w tej kwestii, i choćby dlatego wart jest uwagi.
A to przecież nie wszystko. To właśnie tu rozpoczęła się tak naprawdę kariera Vijaya Arory, to tutaj zadebiutował wciąż bardzo popularny Aamir Khan (zagrał młodego Ratana), i to wreszcie tutaj zaczęła się oszałamiająca kariera Zeenat Aman, jednej z najlepiej zarabiających indyjskich aktorek lat 1970. i początku 1980. To ostatnie zresztą nie dziwi, bo Zeenat wygląda tu olśniewająco pięknie i śpiewa prześliczną piosenkę „Chura Liya Hai Tumne Jo Dil Ko” („Ukradłeś mi serce”):
Oczywiście w rzeczywistości piosenkę śpiewa nie ona, a Asha Bhosle, jedna z kilku indyjskich tytanek pracy. Urodzona w 1933 roku, zarabiająca podkładaniem głosu w filmowych piosenkach, dekadę temu twierdziła, że zaśpiewała ponad DWANAŚCIE TYSIĘCY utworów. I jak zaczęła śpiewać w wieku dziesięciu lat, tak nie przestała praktycznie do dziś. W 2005 roku dała się nawet namówić do zaśpiewania z Kronos Quartetem coveru „Chura Liya Hai Tumne Jo Dil Ko”. Miała wówczas 72 lata!
PS. Starsza o cztery lata siostra Ashy, Lata Mangeshkar, chwali się, że zaśpiewała ponad… 25 tysięcy piosenek. W przynajmniej dwudziestu językach.
PS. 2. Ciekawe, czy nasze „ciuralla” z kilku nowszych wersji „Wszystkie rybki śpią w jeziorze” oraz „Ciuralli” Cjalisa ma jakiś związek z powyższym „chura liya” („ukradł”), brzmiącym zaskakująco podobnie…
koniec
9 grudnia 2019

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Zupa z wkładką
Jarosław Loretz

17 II 2020

Przysłowiowe wkładki mięsne w zupie to utrapienie dziś już nie tak częste, jak ongiś, ale wciąż wiosłująca łapkami w posiłku mucha czy osa może przykuć naszą uwagę. Kiedyś trafiały się też wkładki większe, jak choćby myszy. Ileż wówczas wrzasku! A pomyśleć, co by się działo, gdyby ktoś rzeczywiście trafił na wkładkę z dzisiejszego kadru…

więcej »

Z filmu wyjęte: (Nie)życie toczy się dalej
Jarosław Loretz

10 II 2020

Co robią zombie, gdy nie śledzi ich obiektyw kamery hollywoodzkiego zdjęciowca? No cóż, niekoniecznie ganiają za świeżymi mózgami…

więcej »

Do kina marsz: Luty 2020
Esensja

7 II 2020

Luty w kinach nie zapowiada się jakoś rewelacyjnie, ale kilka propozycji wygląda interesująco.

więcej »

Polecamy

Alejandro González Iñárritu. Babel.

Do sedna:

Alejandro González Iñárritu. Babel.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. 21 gramów.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Amores perros.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky „mother!”
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Noe: Wybrany przez Boga
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Czarny łabędź.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Zapaśnik.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Źródło
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Requiem dla snu
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Pi
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Z tego cyklu

Zupa z wkładką
— Jarosław Loretz

(Nie)życie toczy się dalej
— Jarosław Loretz

Planowanie na szybko
— Jarosław Loretz

Obcy po taniości
— Jarosław Loretz

Śliczne japońskie domki
— Jarosław Loretz

Zygzakiem po Neapolu
— Jarosław Loretz

Uwaga, przejście dla pieszych! Do wtorku.
— Jarosław Loretz

Fajerwerki półproduktowe
— Jarosław Loretz

Polska technologia w „Star Treku”
— Jarosław Loretz

Studzienne refleksje
— Jarosław Loretz

Tegoż autora

Nazwobójca
— Jarosław Loretz

Siódma dusza po kisielu
— Jarosław Loretz

Wąż zwany Hydrą
— Jarosław Loretz

Pół-wampiry i pół-Niemcy
— Jarosław Loretz

Kiedy rozum śpi, budzą się upiory
— Jarosław Loretz

Światło wiekuiste
— Jarosław Loretz

Pożegnania 2019 (4/4)
— Jarosław Loretz

Pożegnania 2019 (3/4)
— Jarosław Loretz

Pożegnania 2019 (2/4)
— Jarosław Loretz

Pożegnania 2019 (1/4)
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.