Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 lutego 2020
w Esensji w Esensjopedii

Z filmu wyjęte: Polska technologia w „Star Treku”

Esensja.pl
Esensja.pl
To dość niespodziewane, ale i w przyszłości, wśród gwiazd, można spotkać twory polskiej myśli technicznej. I to myśli sprzed lat, jeszcze z epoki PRL-u.

Jarosław Loretz

Z filmu wyjęte: Polska technologia w „Star Treku”

To dość niespodziewane, ale i w przyszłości, wśród gwiazd, można spotkać twory polskiej myśli technicznej. I to myśli sprzed lat, jeszcze z epoki PRL-u.
Dzisiaj obrazek z malutkim nadużyciem, czyli kadr ze „Star Treka”, ale… tureckiego. A w zasadzie startrekopodobnej podróbki. Turcy, jak to Turcy, splagiatowali mnóstwo hollywoodzkich hitów, wliczając w to „Gwiezdne wojny”, „Szczęki”, „Rambo”, „Egzorcystę”, a nawet „E.T.”. Podczas gdy tamte filmy budzą na ogół niezdrową wesołość swoją siermiężnością i zadęciem, turecki „Star Trek”, formalnie noszący tytuł „Turist Ömer Uzay Yolu’nda” (po naszemu „Turysta Ömer w Star Treku”), od początku został pomyślano jako komedia. Jest to bowiem jedna z przygód tytułowego Ömera, niezbyt mądrego dżentelmena, który w sposób bezmyślny wplątuje się w rozmaite, często międzynarodowe kłopoty, by potem wyplątywać się z nich czystym zrządzeniem losu.
W roku 1973, po wojażach niemieckich, arabskich, hiszpańskich i afrykańskich, postanowiono wysłać Ömera w kosmos, na pokład „Enterprise’a”. Statek co prawda nosi turecką nazwę „Atýlgan”, bezsensownie tłumaczoną przez internetowy translator jako „Enterprise” (w rzeczywistości jest to czyjeś nazwisko), ale praktycznie cała załoga szczyci się posiadaniem klasycznych, startrekowych imion – poza Spockiem, który występuje jako Spak. Zaczynem akcji jest porwanie Ömera sprzed ołtarza – bardzo fortunne dla naszego bohatera, zmuszonego do ożenku z ciężarną nieznajomą przez jej uzbrojonych w rewolwery braci – przez pewnego naukowca, pragnącego zrzucić nań winę za śmierć jednego z załogantów „Enterprise’a”, odessanego z soli na pewnej odludnej planecie. Prowadzący śledztwo Spak bardzo szybko się jednak przekonuje, że Ömer faktycznie jest tym, na kogo wygląda, czyli zwyczajnym, nieszkodliwym durniem. No, może nie tak znowu zwyczajnym, skoro z łatwością potrafi – i to raz za razem – wyprowadzić Wolkanina z równowagi. Mordercy trzeba więc szukać od nowa, i to tym prędzej, że najwyraźniej dostał się na statek i zaczął redukować liczbę załogi.
Film jest zrobiony tanim kosztem, co widać praktycznie na każdym kroku. Owszem, zdołano zapewnić aktorom w miarę rozsądnie wyglądające wdzianka, a także jako tako urządzić wnętrze statku (wygląda na to, że po prostu wybito blachą jedno, góra dwa zwyczajne mieszkania w bloku), ale większość dźwięków i muzykę bez skrępowania chapnięto z amerykańskiego serialu, a morderczy stwór został przedstawiony raz w postaci humanoidalnej krowy w obwisłym, pomarańczowym lateksie, a raz jako wciśnięty w sztuczne futro facet z nieforemną, gumową maską na twarzy. Film ogląda się więc dziwnie – z jednej można się tu ubawić mieszanką nieznośnego kiczu i w miarę strawnego humoru, z drugiej jednak maniera, w jakiej zrealizowano obraz, dość szybko zaczyna nużyć. I to mimo seansu ledwie przekraczającego godzinę.
A gdzie w tym wszystkim kryje się polska myśl techniczna? Ano w granicach 34 minuty pojawia się w zasięgu naszego wzroku… latarka. Swojska, produkowana od wczesnych lat 1970. po późne 1980. przez zlokalizowaną we Wrześni Spółdzielnię Inwalidów „Wiosna” Ludów”1). Latarka – formalnie zwana latarką turystyczną – występowała w trzech modelach: LTS („standard”), LTS-M („z magnesem mocującym”) i LTS-P („z elektronicznym przerywaczem”). Każdy z modeli posiadał wielostopniowy przełącznik, dzięki któremu można było używać urządzenia jako klasycznej latarki – z białym, zielonym i czerwonym światłem, jako latarki sygnalizacyjnej, umożliwiającej np. nadawanie komunikatów alfabetem Morse’a, a także jako lampy awaryjnej. Stawiało się wówczas latarkę pionowo na ziemi, a żarówka rytmicznie rozświetlała przednią, pomarańczową część obudowy, pełniącą rolę przezroczystego klosza. Latarka była dostępna w różnych kolorach obudowy (w sensie – była taka, jakiego akurat koloru plastik wytwórnia dostała) i swego czasu stanowiła marzenie każdego dziecka. Jak z powyższego kadru wynika, była też eksportowana. Między innymi do Turcji.
Oczywiste jest jednak, że w futurystycznym przecież „Turist Ömer Uzay Yolu’nda” PRL-owska latarka nie wystąpiła w roli latarki. Można ją tu podziwiać – przyczepioną do bieliźnianego sznurka zawieszonego na gwoździu wbitym w drewnianą framugę (najprawdziwsza esencja tureckiej SF) – jako… wzmacniacz dźwięku. Wystarczy przestawić ją denkiem (czyli od strony baterii) do jakiegoś urządzenia, a następnie szybko przesuwać włącznikiem – tak, żeby widz widział kalejdoskop barwnych mrugnięć światła – i dorzucić do tego ćwierkająco-kląskająco-grzechoczące dźwięki, i już wiemy, co piszczy (dosłownie!) w komputerze bądź chrzęści w brzuchu. Po dokonanej operacji urządzenie należy z powrotem odwiesić na gwóźdź. Szczerze powiedziawszy – film warto obejrzeć choćby dla tej powyższej sceny.2)
koniec
23 grudnia 2019
1) Taka nazwa, z trzema znaczkami cudzysłowu, latami była drukowana na opakowaniach latarek, więc nie jest to błąd z mojej strony.
2) Jak by co, film jest dostępny na Youtubie, a napisy angielskie da się znaleźć w sieci. Kłopot w tym, że angielskie może i dają ogólne zrozumienie fabuły, ale detal mają strasznie poprzekręcany w stosunku do tureckiego oryginału. Przykładowo nasz latarkowy wzmacniacz, pozwalający wyraźnie usłyszeć tupot łapek najmniejszego owada, w angielskiej wersji występuje jako klucz dźwiękowy, mogący emitować tysiące częstotliwości i oddawać wibracje na poziomie subatomowym.

Komentarze

25 XII 2019   17:13:18

Bardziej podejrzewałbym prywatny eksport, niewiele lat później to do nas przyjeżdżały z Turcji tego typu wynalazki, zanim wyparły je produkty Made in PRC(a właściwie „zdziełano w Kitajskie”)

25 XII 2019   19:56:06

O matko, mieliśmy (rodzinnie) taką latarkę! Obudowa była czarna albo ciemnoszara, dokładnie już teraz nie pamiętam.
A wiele lat później nastąpiła epoka chińskich latarek w niklowanej obudowie, które można było przypiąć do paska i udawać, że to miecz świetlny. :-D

25 XII 2019   22:03:57

Też taką miałem - tyle, że akurat obudowa była brązowa. Zaliczyła parę obozów harcerskich - ogólnie trochę toporny, dość odporny ale niestety nie wodoodporny sprzęt. Wielkim plusem przed epoką świecących diod były dwie żarówki - osobno dla światła zwykłego a osobno dla "awaryjnego" bo kiedy jedną coś trafiło zawsze jeszcze można było przyświecać sobie od razu drugą. Zaiste kosmiczny sprzęt ;)

26 XII 2019   00:22:54

U mnie w domu wciąż leżakują dwie takie latarki - pomarańczowa i zielonkawa. :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Zupa z wkładką
Jarosław Loretz

17 II 2020

Przysłowiowe wkładki mięsne w zupie to utrapienie dziś już nie tak częste, jak ongiś, ale wciąż wiosłująca łapkami w posiłku mucha czy osa może przykuć naszą uwagę. Kiedyś trafiały się też wkładki większe, jak choćby myszy. Ileż wówczas wrzasku! A pomyśleć, co by się działo, gdyby ktoś rzeczywiście trafił na wkładkę z dzisiejszego kadru…

więcej »

Z filmu wyjęte: (Nie)życie toczy się dalej
Jarosław Loretz

10 II 2020

Co robią zombie, gdy nie śledzi ich obiektyw kamery hollywoodzkiego zdjęciowca? No cóż, niekoniecznie ganiają za świeżymi mózgami…

więcej »

Do kina marsz: Luty 2020
Esensja

7 II 2020

Luty w kinach nie zapowiada się jakoś rewelacyjnie, ale kilka propozycji wygląda interesująco.

więcej »

Polecamy

Alejandro González Iñárritu. Babel.

Do sedna:

Alejandro González Iñárritu. Babel.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. 21 gramów.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Amores perros.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky „mother!”
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Noe: Wybrany przez Boga
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Czarny łabędź.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Zapaśnik.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Źródło
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Requiem dla snu
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Pi
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Z tego cyklu

Zupa z wkładką
— Jarosław Loretz

(Nie)życie toczy się dalej
— Jarosław Loretz

Planowanie na szybko
— Jarosław Loretz

Obcy po taniości
— Jarosław Loretz

Śliczne japońskie domki
— Jarosław Loretz

Zygzakiem po Neapolu
— Jarosław Loretz

Uwaga, przejście dla pieszych! Do wtorku.
— Jarosław Loretz

Fajerwerki półproduktowe
— Jarosław Loretz

Studzienne refleksje
— Jarosław Loretz

Niezgłębione meandry nowoczesnego designu
— Jarosław Loretz

Tegoż autora

Nazwobójca
— Jarosław Loretz

Siódma dusza po kisielu
— Jarosław Loretz

Wąż zwany Hydrą
— Jarosław Loretz

Pół-wampiry i pół-Niemcy
— Jarosław Loretz

Kiedy rozum śpi, budzą się upiory
— Jarosław Loretz

Światło wiekuiste
— Jarosław Loretz

Pożegnania 2019 (4/4)
— Jarosław Loretz

Pożegnania 2019 (3/4)
— Jarosław Loretz

Pożegnania 2019 (2/4)
— Jarosław Loretz

Pożegnania 2019 (1/4)
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.