Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 stycznia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Filmy

Magazyn CXCII

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

kinowe (wybrane)

więcej »

dvd i blu-ray

więcej »

Zapowiedzi

kinowe

więcej »

dvd i blu-ray (wybrane)

więcej »
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

50 najlepszych filmów 2019 roku

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 3 5 »
Jak co roku prezentujemy Wam 50 najlepszych – naszym zdaniem – filmów minionych 12 miesięcy, wybranych spośród tych. które były pokazywane w polskich kinach w oficjalnej dystrybucji.

Esensja

50 najlepszych filmów 2019 roku

Jak co roku prezentujemy Wam 50 najlepszych – naszym zdaniem – filmów minionych 12 miesięcy, wybranych spośród tych. które były pokazywane w polskich kinach w oficjalnej dystrybucji.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Kto może walczyć o naszą planetę? I w jakiej formie? „Kobieta idzie na wojnę” to islandzka próba odpowiedzi na te pytania. Halla, kobieta w średnim wieku, stwierdza, że dosyć już biernego czekania, aż ktoś weźmie się za ratowanie Ziemii i sama wkracza do akcji. Wkracza w sposób, dodajmy, bardzo stanowczy. Ni mniej, nie więcej, tylko rozpoczyna działalność… terrorystyczną. A przynajmniej akcje sabotażowe, którymi atakuje wielką elektrownię, odpowiadającą za zniszczenia środowiska naturalnego w jej okolicy. Działa efektownie i efektywnie, stając się dla wielkiego przemysłu wrogiem publicznym numer jeden. Jednocześnie stara się prowadzić normalne życie, kieruje lokalnym chórem, jej marzeniem jest adopcja ukraińskiej osieroconej dziewczynki. Bardzo trudno jest łączyć jedno z drugim i Halla będzie musiała dokonać wyboru, jednocześnie jednak zaczyna się wokół niej zaciskać policyjna pętla…
„Kobieta idzie na wojnę” to prosty, momentami zabawny (wstawki z łamiącą czwartą ścianę orkiestrą ustawioną gdzieś w tle filmowych scen rządzą, bawi też postać zagranicznego turyty wciąż wplątywanego w akcje Halli) film o szlachetnym przesłaniu – dosyć bierności, środowisko nie obroni się same, trzeba samemu ruszyć do akcji. Choć może te akcje nie muszą być tak dramatyczne, jak te, które kreuje bohaterka, to jednak nie można nie robić nic. Bo planeta utonie, jak w przejmującej i alegorycznej finalnej scenie.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Śmiem twierdzić, że „Doktor Sen” jest filmem zdecydowanie lepszym od rozreklamowanego „To. Rozdział 2”, a wszelkie nawiązania do legendarnego „Lśnienia” ani nie są dla filmu atutem, ani obciążeniem. Ale zostawmy to „Lśnienie”, bo „Doktor Sen” dobrze się broni jako zupełnie niezależny film. Nie jako film z głębszym podtekstem, nie horror, w którym zło jest jakąś alegorią problemów naszego świata. Nie. Po prostu, jako produkcja czysto rozrywkowa, trzymająca w napięciu, w której role strony dobrej i złej zostały jasno określone, a tematem będzie starcie między nimi. Ale ukazanie tego starcia bije na głowę to, co obejrzeliśmy niedawno w „To. Rozdział 2”.
Jednym z głównych problemów „To” była kwestia tego, jakiego rodzaju istotą jest Pennywise. Duchową, czy cielesną, gdzie kończą się jego moce, w jaki sposób można zrobić mu krzywdę. W „Doktorze Śnie” bardzo dobrze udało się scharakteryzować wroga, jego wrażliwe miejsca i zagrożenie, jakim jest dla bohaterów. Drugą wielką zaletę filmu Flanagana jest brak tak wielkiego powierzenia opowieści specjalistom od CGI. Kolejne potwory z komputera w „To” w pewnym momencie nie straszyły już zupełnie, zaczęły za to nudzić. W „Doktorze Śnie” oczywiście efekty specjalne również się pojawią, ale nie będą aż tak dominowały nad fabułą. I to nie na nich oparte zostanie całe straszenie, ani też na prostych chwytach w stylu gwałtownych wtargnięć na ekran, szybkiego montażu, hałaśliwej muzyki. Strach w filmie zbudowany zostaje na nieomal zwykłym ludzkim okrucieństwie, a scena jednego z morderstw jest wprost wstrząsająca w swej bezpośredniości i drastyczności. Od momentu tej sceny widz zaczyna naprawdę czuć więź emocjonalną z ruszającymi na wojnę ze złem bohaterami.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Z pozoru nieskomplikowana komedyjka romantyczna uwodzi widza dwoma elementami – świetnie dobraną parą bohaterów i szlachetnym przesłaniem, że „inna polityka jest możliwa”. Ona, elegancka Charlotte Field (kapitalna jak zwykle Charlize Theron), jest wysokiej rangi politykiem, sekretarzem stanu, z ambicjami na prezydenturę. On, Fred Flarsky (jak zwykle przezabawny Seth Rogen), to lewicowy dziennikarz, niespecjalnie dbający o swój wygląd, zajęty ratowaniem świata. Znają się sprzed lat (Charlotte była… babysitterką Freda), mimo różnorodnych przeciwności rozkwita między nimi romans. I jeśli jesteśmy w stanie uwierzyć w uczucie tak niedobranej pary, będzie to z pewnością zasługą aktorskiej pary i chemii między nimi. Ale poza standardowym wątkiem romansowym mamy tu taką tyleż szlachetną, ile naiwną wiarę, że w polityce może zwyciężyć uczciwość, troska i prawda, że da się nimi przełamać medialny terror (wątek niezbyt lotnego, narcystycznego prezydenta pragnącego kontynuować karierę aktorską i paskudnego magnata mediowego z pewnością na różnych poziomach skojarzy się obecnym mieszkańcem Białego Domu), fałsz politycznego świata i nieczystą grę. Z obserwacji wynika, że bardzo jest mało prawdopodobne, ale przecież kino jest też po to, by opowiadać krzepiące baśnie.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Głównego bohatera poznajemy pod koniec II wojny światowej, kiedy ten niemiecki szeregowy próbuje jakoś przetrwać ukrywając się na tyłach frontu. Dola dezertera nie jest jednak lekka – przede wszystkim nie chce być schwytany przez żandarmerię, ale próbując zdobyć choć trochę żywności też ryzykuje życiem, gdyż okoliczna ludność nie ma litości dla złodziei. Kiedy znajduje więc w opuszczonym samochodzie mundur kapitana, traktuje to jako podarunek od losu. Trzeba przyznać, że film Roberta Schwentke jest dość sugestywny i poruszający, nawet jeśli po pewnym czasie zaczynamy się już spodziewać, w jakim kierunku będzie postępować przemiana głównego bohatera. Taka siła oddziaływania tego dzieła jest zasługą zarówno dobrego scenariusza, jak i perfekcyjnie dopracowanych poszczególnych ujęć (gromkie prawa za zdjęcia dla Floriana Ballhausa!), a przede wszystkim znakomitych kreacji, które podziwiamy na ekranie. Przy czym nie jest show jednego aktora, chociaż niewątpliwie największy ciężar spoczywał tutaj na barkach Maxa Hubachera grającego Williego Herolda. Na uwagę zasługują bowiem również choćby Milan Peschel jako pierwszy podkomendny fałszywego kapitana – Freytag, Frederick Lau jako najbardziej niesubordynowany podwładny Herolda czy Waldemar Kobus i Alexander Fehling w rolach prawdziwych oficerów, którzy umożliwiają głównemu bohaterowi podjęcie radykalnych działań w obozie dla dezerterów. I właśnie wszystko to razem sprawia, że „Kapitan” jest filmem bez wątpienie wartym obejrzenia.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Po raz -nasty studio Marvel pokazało swój niesamowity talent w dobieraniu aktorów do postaci. Zatrudnienie Roberta Downeya jr. jako Iron Mana było przebłyskiem geniuszu; potem nastąpił długi ciąg równie udanych decyzji: Tom Hiddleston, Idris Elba, Tom Holland, Jeff Goldblum czy [tu wstaw swoje propozycje]. Brie Larson jest kolejnym strzałem w dziesiątkę. Zagrała postać, która ma tyleż superbohaterskiej charyzmy co psotnego uroku, z domieszką dobrze pokazanych rozterek, kiedy okazuje się, że jej życie nie jest tym, czym się wydawało. W dodatku, choć jest komandosem, sprawia wrażenie – jak to mawiają Amerykanie – dziewczyny z mieszkania obok. Kogoś, z kim mogłabym się szybko zaprzyjaźnić. Vers mistrzowsko pilotuje wszystko, co lata, walczy jak Bruce Lee i montuje transgalaktyczne telefony lepiej od E.T., a przy tym jest taka… swojska. Wystarczy, że zmieni spandexowy kombinezon na dżinsy i flanelę, a wygląda, że zacytuję Fury’ego, „jak czyjaś zbuntowana siostrzenica”. Przesłanie filmu może nie jest zbyt oryginalne (czerpanie siły z tego, co inni uznają za słabość), ale w końcu to film przygodowy. Zresztą pokazane zostało, jak na mój gust, dość dyskretnie, zwięźle i bez komunałów o uwierzeniu w siebie. Jak zwykle w filmach Marvela cudownie został wykorzystany humor; wielką wesołość widowni wzbudziło już samo pokazanie komputerów z systemem Windows 95, zwłaszcza pokazanie paska postępu przy próbie odtworzenia płytki CD (zdziwienie bohaterki: „Na co czekamy?”) albo „najnowocześniejszego dwustronnego pagera”. Urażony komentarz Fury’ego, że skaner kosmitów „pewnie się popsuł”, bo ocenia go jako zagrożenie wynoszące 0%, to jeden z najlepszych tekstów w historii MCU. Nie można przy tym zapomnieć o pojawieniu się Stana Lee (zachwycone „Oooo!” sali) oraz uroczym hołdzie, który mu złożono w otwierającym film logo studia: tym razem napis MARVEL nie składa się z kadrów komiksowych, lecz z archiwalnych ujęć z udziałem Stana. No i ta wzruszająca dedykacja…
Jedną z zasadniczych zalet „Kapitan Marvel” jest fakt, że na filmie tak samo dobrze będą bawić się zagorzali fani, jak i osoby, które dotychczas nie zetknęły się z tym uniwersum. Obecność Fury’ego i Coulsona to dodatkowy smaczek, ale w żaden sposób nie utrudnia zrozumienia czegoś z fabuły. Może ten odcinek przyciągnie do MCU nowych zainteresowanych?
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
„Ślicznotki” to film zrealizowany na podstawie artykułu Jessiki Pressler „The Hustlers at Scores” napisanego dla New York Magazine w 2015 roku. Dziennikarka opowiedziała w nim historię striptizerek, które wyłudzały od klientów spore sumy pieniędzy. Na swoje ofiary wybierały przede wszystkim niczego nie podejrzewających maklerów giełdowych. Filmowa opowieść o tym procederze stała się dla reżyserki Lorene Scafarii okazją do swoistego odwrócenia ról szczególnie w kontekście epoki #MeToo. Bohaterki wykorzystują swoją fizyczność do manipulowania mężczyznami, a niektóre z nich zaczynają zatracać się w chęci coraz większego zysku. W filmie udała się jednak trudna sztuka potraktowania ich jednocześnie w krytyczny oraz empatyczny sposób. Reżyserka dała nam wgląd w motywacje postaci, a także przerysowała niektóre sytuacje, aby mogły również rozbawić widzów. „Ślicznotki” wywołują zresztą skojarzenia z kinem Martina Scorsese i nie da się uciec od porównań z „Wilkiem z Wall Street”. Z tym, że tutaj zamiast grupy grupy cynicznych samców alfa, mamy bohaterki próbujące za pomocą desperackich kroków poprawić swoją sytuację finansową, bo nie widzą na to innych perspektyw. Całość nakręcona jest w teledyskowym stylu – dynamiczny montaż, klubowe hity muzyczne, różnorodne kostiumy i ciągle zmieniająca się kolorystyka. W filmie Scafarii jedną z najlepszych ról w karierze stworzyła Jennifer Lopez. Jako charyzmatyczna Ramona emanuje energią i naturalnością, uwodząc nie tylko naiwnych klientów, ale również widzów. Reżyserka postawiła na wyraziste bohaterki i komentarz społeczny, a w efekcie powstał angażujący obraz, który umiejętnie balansuje między dramatem a komedią.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Nie przez przypadek ozonowskie „Dzięki Bogu” jawi się jako fabularne odbicie dla głośnego rodzimego „Nie mów nikomu”. Proceder pedofilii w kościele i działania kurii mają bowiem z reguły ten sam wzór, niezależnie od szerokości geograficznej. Kościelni dostojnicy wszelkimi sposobami unikają konfrontacji, mamią fałszywą serdecznością wobec ofiar. Sprawcy z reguły są bezkarni, będąc przenoszeni do innych parafii. Ozon podobnie do dokumentu Tomasza Sekielskiego podąża za śladem dorosłych ofiar, którzy odnajdują w sobie na tyle siły, aby stawić czoła kościelnej machinie i głośno opowiedzieć o molestowaniu przez księży. Do tematu podchodzi w sposób rzetelny i choć perspektywa jest tu jasna i postawiona po stronie ofiar, trudno dziwić się takiej przyjętej formule. Za długo ich głos był tłumiony, racje odrzucane i bagatelizowane. Nie ma w tym może za wiele formalnych fajerwerków i dramatycznych popisów, lecz nie przeszkadza to w daniu świadectwa ukrywanej przez lata okrutnej prawdzie i oddaniu choć krztyny spóźnionej sprawiedliwości. Choć droga do niej jest często długa i wyboista, historie ofiar z ′Dzięki Bogu” dowodzą, że zawsze jest tego warta.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Na temat narkobiznesu powstały setki filmów i seriali, ale niewiele tak oryginalnych jak kolumbijskie „Sny wędrownych ptaków” autorstwa Ciro Guerry i Cristiny Gallego (duetu odpowiedzialnego za równie niezwykłe „W objęciach węża”). Akcja filmu zaczyna się w latach sześćdziesiątych XX wieku, na północy Kolumbii, ziemiach zamieszkanych przez plemię Wayúu – dopełnia się rytuał przejścia młodej dziewczyny Zaidy, która staje się kobietą, przyszłą żoną i matką (tradycja Wayúu zdaje się nie przewidywać tu wielu opcji – ale nie wydaje się aż tak jednoznacznie opresyjna: w portretowanej przez Guerrę i Gallego wiosce największa władza leży w rękach Ursuli, matki dziewczyny). Odwieczne zwyczaje zostają skonfrontowane z nadchodzącą nowoczesnością – o rękę Zaidy stara się bowiem Rapayet, ambitny młodzieniec, który nad tradycję przedkłada pragmatyzm i nie widzi nic zdrożnego w interesach z białymi. Te interesy z czasem staną się dla plemienia źródłem bogactwa i upadku, rozpisanej na lata tragedii chciwości, zdrady i zemsty rodem z „Ojca chrzestnego” – od rodzinnego biznesu opartego o sprzedaż marihuany amerykańskim hippisom, po majaczący na horyzoncie wzrost potęgi kartelu z Medellin. Guerra i Gallego są dalecy od romantyzowania tradycji – ich film nie opowiada o szlachetnej, prostej społeczności, bezradnej wobec nowoczesnych sił pieniądza i przemocy; przeciwnie, talizmany, sny i niewolnicze przywiązanie do sztywnych, plemiennych zasad wiodą ku zgubie równie często, co narkotykowy wolny rynek. „Sny wędrownych ptaków” nie fetyszyzują również gangsterki – nie ma tu estetyzacji przemocy ani upojenia możliwościami, jakie otwiera przed bohaterami narkobiznes. „Sny wędrownych ptaków” łączą w sobie cechy dokumentu i realizmu magicznego, zawodowi aktorzy grają razem z naturszczykami, a fascynująca specyfika miejsca staje się tłem uniwersalnej tragedii.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
To nie jest kolejna krytyczna biografia w stylu „Amy” czy „Whitney”, film Rona Howarda jest w gruncie rzeczy hymnem pochwalnym na cześć, listem miłosnym do słynnego tenora, wysłanym przez znanego reżysera. Ron Howard opowiada o życiu Pavarottiego w szczegółach, przedstawia kolejne etapy życia, tłumaczy skąd pochodzi fenomen śpiewaka, pokazuje jak stawał się ikoną i legendą. Nie omija trudniejszych tematów – niewierności małżeńskiej, oskarżeń o zaprzedanie się komercji i zdradzę prawdziwej sztuki, ale czyni to w taki sposób, by jakoś rozgrzeszyć swego bohatera. Bo Ron Howard uwielbia talent Pavarottiego, i celem jego filmu jest stawianie pomnika, a nie burzenie go. Jeśli film ten się całkiem nieźle sprawdza, mimo tego podejścia, to przede wszystkim dzięki sercu włożonemu przez twórców, dzięki temu, jak bardzo uwielbienie reżysera udziela się widzowi. A pod względem ta bardzo solidna produkcja filmowa dokładnie wie, w jakim kierunku ma prowadzić, jak manipulować uczuciami widza i nie ma chyba nikogo, komu na finale nie zakręci się w oku łezka. A poza tym, co nikogo chyba nie powinno dziwić, „Pavarotti” wypełniony jest piękną muzyką. Można obejrzeć tylko dla samego posłuchania. I dreszczu, gdy na słynnym koncercie trzech tenorów zaczyna toczyć ze sobą fascynującą bitwę na głosy.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
„Ad Astra” Jamesa Graya pieści oko widza tęskniącego za klasyczną science fiction, z technologią przyszłości, statkami kosmicznymi, międzyplanetarnymi podróżami. Ten filozoficzny film, nie ukrywający inspiracji „2001: Odyseją kosmiczną” to chyba najładniejsze tak czysto estetycznie dzieło fantastycznonaukowe ostatnich lat. Podróż Roya McBride’a (przekonujący i poważny Brad Pitt) z Ziemi poprzez Księżyc, Marsa, aż po pierścienie Neptuna to prawdziwa uczta dla oka, a sceny pojedynków między księżycowymi łazikami czy surowych wnętrz marsjańskiej bazy mogą wejść do kanonu SF. Konsekwentny kontemplacyjny nastrój filmu udziela się widzowi i działa prawie hipnotycznie, pozwalając na mentalną podróż poprzez Układ Słoneczny. Dawno też nikt się tak nie napracował, by ukazać futurologiczną wizję niedalekiej przyszłości, świat, w którym człowiek wyszedł poza Ziemię, ale w którym typowe ludzkie konflikty nie zaniknęły, tylko po prostu przeniosły się na inne planety. I nawet dzięki tej warstwie wizualnej i przyszłościowej wizji, film całkiem sprytnie potrafi ukryć, że w kwestii przesłania nie ma do powiedzenia niczego specjalnie odkrywczego…
1 2 3 5 »

Komentarze

15 I 2020   12:59:29

"Toy Story 4" to zaprzeczenie poprzednich odcinków serii. Mówiło się wtedy, że zadaniem zabawki jest bawienie dzieci. Potem w 3 to ładnie rozszerzono, że nie tylko chodzi o jedno dziecko, ale o dzieci różne. A w 4 okazuje się, że najważniejsze jest samozadowolenie samej zabawki i jak nie jest ulubioną zabawką dziecka, to może się na nie wypiąć i ruszyć w świat. W 5 Chudy powinien założyć grupę wyzwolicieli zabawek i przekonywać je o samostanowieniu. I kiedy nastąpi ogólnoświatowy bunt w 6 części to zabawki będą bawiły się dziećmi. Osobiście byłem baaaardzo rozczarowany po seansie.

15 I 2020   17:19:39

Jak nie będzie "Johna Wicka 3", to się, kurka wodna, na sztuce filmowej nie znacie! :P

16 I 2020   08:28:52

@dk - rety ale się wynudziłem przez ostatnią godzinę. Błagałem już by któryś któregoś zabił i skończyli ze sobą walczyć. Co za dużo to niezdrowo.

16 I 2020   10:18:28

To ciekawe. Normalnie zasypiam na 90% współczesnych scen akcji, ale wszystkie części Johna Wicka dostarczyły mi świetnej zabawy od pierwszej do ostatniej minuty. Nie miałem wrażenia przesytu, może dlatego, że jest on wpisany w absurdalną konwencję tych filmów (trochę podobnie jak wostatnim Mad Maxie). Marzyłoby mi się, żeby wszyscy filmowcy z takim pietyzmem podchodzili do tworzenia scen akcji jak w JW i M:I.

Tak poza tym, Avengers wpadli na tę samą pozycję, co rok temu. Ciekawe, czy Ariemu Asterowi też się uda?
(A na pierwszym miejscu co? Znowu kameralna historia od Netflixa czy znowu nieanglojęzyczny przebój roku zgarniający wszystki możliwe nagrody? ;))

16 I 2020   10:19:08

Oczywiście pomyliły mi się tabelki, komentarz powyżej to mój.

16 I 2020   10:58:48

Żeby nie było rozczarowań od razu zdradzę, że "John Wick 3" zajął w naszym głosowaniu 87 miejsce.

16 I 2020   11:43:51

Pierwszy "John Wick" sprawił, że banan nie schodził mi z ust. Ale potem przesadzali z długością pojedynczych walk. Podobny problem mam z "Niezniszczalnymi". Konwencja-konwencją, ale jedynka była najlepsza.

17 I 2020   11:34:07

Radość, że Midsommar i Na noże tak wysoko, to były dobre filmy :)

17 I 2020   15:18:35

To był bardzo dobry filmowo rok, jedynie animacje wypadły tym razem ubogo, oby w 2020 się to zmieniło i oby w czołówce roku znalazły się nie tylko 2 filmy Pixara.

Najbardziej nośnym tematem były nierówności społeczne, plus dostaliśmy odrobinę więcej postaci kobiecych w głównych rolach i ich perspektywy.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Śliczne japońskie domki
Jarosław Loretz

20 I 2020

Ileż to razy można się było zachwycić kolorytem japońskich przedmieść, z wąziutkimi uliczkami zabudowanymi urokliwymi, niedużymi domkami o prostej, ale eleganckiej architekturze. Później jednak nadchodzi czas refleksji…

więcej »

Z filmu wyjęte: Zygzakiem po Neapolu
Jarosław Loretz

13 I 2020

Niekiedy trafia się film, w którym kamera zahacza o tak nietypowy budynek, że aż kusi wstrzymać seans i uważniej przyjrzeć się architektonicznemu dziełu. Na przykład kamienicy o grubości miniaturowego kredensu.

więcej »

Pożegnania 2019 (4/4)
Jarosław Loretz

11 I 2020

Nadszedł czas na podsumowanie strat szeroko pojętej popkultury w 2019 roku. Dziś miesiące październik-grudzień.

więcej »

Polecamy

Alejandro González Iñárritu. Amores perros.

Do sedna:

Alejandro González Iñárritu. Amores perros.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky „mother!”
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Noe: Wybrany przez Boga
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Czarny łabędź.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Zapaśnik.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Źródło
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Requiem dla snu
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Pi
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Światło wiekuiste
— Jarosław Loretz

Suplement filmowy 2019
— Adam Lewandowski, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Do kina marsz: Styczeń 2020
— Esensja

Klasyczny whodunit w nowej szacie
— Konrad Wągrowski

Nie przegap: Listopad 2019
— Esensja

Mąż i Żona
— Kamil Witek

Here’s Danny!
— Konrad Wągrowski

Bliskie spotkania owczego stopnia
— Konrad Wągrowski

Wojna, która zakończy wszystkie wojny
— Konrad Wągrowski

Do kina marsz: Listopad 2019
— Esensja

Tegoż twórcy

Jak radzić sobie z nienawiścią
— Sebastian Chosiński

Krótko o filmach: Han Solo
— Marcin Osuch

Wszystko zostaje w rodzinie
— Joanna Najbor

Krótko o filmach: Han Solo
— Sebastian Chosiński

Krótko o filmach: Avengers: Wojna bez granic
— Sebastian Chosiński

Pozwól Wookieemu wygrać
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Solo, ale w drużynie
— Konrad Wągrowski

Thanos kopie tyłki!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Krótko o filmach: Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi
— Marcin Osuch

Czekając na deus ex machina
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.