Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 lutego 2020
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

50 najlepszych filmów 2019 roku

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 3 4 5

Esensja

50 najlepszych filmów 2019 roku

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
10. Na noże
(2019, reż. Rian Johnson)
Mamy tu więc do czynienia z tradycyjnym, jak to mówią Brytyjczycy, „whodunit”. Kto zabił. Wszyscy są podejrzani, wszyscy mają motyw. Zapowiada się klasyczna opowieść, śledzenie tropów i ostateczne odsłonięcie wielkiej tajemnicy w finałowej kulminacji. Ale jednak nie, nie będzie to takie proste. Johnson rezygnuje z właściwej dla takich historii jedności miejsca i akcji, rozciąga opowieść na kilka dni, wyciąga bohaterów z domu na miejskie ulice, a mniej więcej w połowie seansu zaskakująco odsłania co najmniej połowę swych kart. Sprytnie kluczy, zmieniając postrzeganie swych bohaterów przez widza. Choć do rodzinki zbyt wiele sympatii nie czujemy od początku, to nie mamy pewności co powinniśmy myśleć o niektórych ich przedstawicielach, z pewnością też zawahamy się w ocenie sympatycznej pielęgniarki. Najlepiej wychodzi jednak wizja samego detektywa, kapitalnie odgrywanego przez Craiga – raz mamy wrażenie, że mamy do czynienia ze współczesnym Herculesem Poirot, chwilę później wydaje nam się, że bliżej mu do Jacquesa Clouseau. Jaki jest naprawdę – to jedna z zagadek tego filmu.
Fenomenalne jest też to, jak do w gruncie rzeczy lekkiej fabuły udaje się wpleść całkiem współczesny, poważny wątek – kwestię finansowego rozwarstwienia. Rodzina symbolizuje jeden procent milionerów, pielęgniarka Marta reprezentuje „the other 99%”. Finał filmu będzie sprytnym komentarzem do całej kwestii nierówności majątkowych, problemów emigracji, nie odbierając jednak filmowi jego kryminalno-rozrywkowego charakteru.
Ale największą zaletą „Na noże” wydaje mi się samodyscyplina scenarzysty, który doskonale wie, ile powinno być zwrotów akcji, by historia zaskakiwała, ale nadal miała sens. I Rianowi Johnsonowi udaje się nie iść „o jeden zwrot za daleko”. A to cenna umiejętność, której przecież nieraz nie posiadali tej klasy twórcy jak Harlan Coben czy Jeffery Deaver. „Na noże” to z pewnością jeden z najlepszych scenariuszy 2019 roku, na dodatek zagrany finezyjnie przez ekipę świetnych aktorów z różnych pokoleń – jeden z obowiązkowych seansów tego roku.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
9. To my
(2019, reż. Jordan Peele)
W odróżnieniu od „Uciekaj”, w którym mieliśmy blisko półtorej godziny budowania napięcia i potem kilkanaście minut krwawej jatki, „To my” w klimat slashera wchodzi dużo wcześniej. Bezpośrednie zagrożenie pojawi się w stosunkowo wstępnej fazie filmu i będzie utrzymywać się praktycznie do samego finału – na szczęście nie w formie nieustannego pościgu, czy ciągłej rzezi, bo byłoby to nudne, lecz z różnym natężeniem, w odmiennych konfiguracjach osobowych, z momentami wytchnienia i momentami odsłaniającymi kolejne elementy układanki. Jordan Peele ma przeszłość telewizyjnego komika, nie zabraknie więc w filmie też elementów czarnego (przeważnie) humoru. Film jednak z pewnością od „Uciekaj” jest bardziej dynamiczny, a mniej budujący swą opowieść na klimacie. Ta dynamika ma swój efekt – w początkowych scenach zagrożenia napięcie jest rzeczywiście bardzo wysokie, ale nie udaje się go na tym poziomie utrzymać do końca filmu. Dodatkowo ów wspomniany humor nie pozwala na utrzymanie poważnego klimatu filmu. Krótko mówiąc – choć „To my” jest bardzo solidnym przykładem kina grozy, to jednak trudno go zaliczyć do tych produkcji, które widza potrafiły najbardziej przerazić.
Ale trudno uznać to za istotną wadę filmu, w którym znakomicie gra wiele różnych elementów. Świetny casting i znakomite aktorstwo – już dziś mówi się o oscarowej nominacji dla Lupity Nyong’o, ale małą perełką będzie też epizod świetnej jak zwykle Elizabeth Moss. Twórcze korzystanie z różnych klasyków gatunku – w filmie pobrzękują echa „Nocy żywych trupów” i „Funny Games”, ale Peele przyznaje się też do inspiracji „Lśnieniem” Kubricka, „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella, czy „Opowieścią o dwóch siostrach” Kim Jee-woona. Peele znakomicie potrafi wykorzystać muzykę – zarówno do budowy klimatu, jak i do bieżącego komentarza (kapitalne wykorzystanie „Fuck tha Police” N.W.A. czy „Good Vibrations” The Beach Boys). Ale oczywiście najważniejsze jest owo drugie dno, społeczna wymowa filmu.
Mimo tego, że rodzina głównej bohaterki jest czarnoskóra, tym razem to nie kwestie rasowe są kluczowe dla interpretacji filmu. Społeczność „Połączonych”, żyjących gdzieś w podziemiach sobowtórów nadziemnych ludzi symbolizuje klasowy podział Ameryki. Podział na beneficjentów systemu, doprowadzających swój konsumpcjonizm do groteski (czego ilustracją jest postać grana przez Elizabeth Moss i jej rodzina) i tych, którzy są przez ów system wykorzystywani, choć – jak nadmienia bohaterka – są Amerykanami. Jedyne, co im pozostaje to naśladowanie zamożnych i ich rytuałów. Ale może nadejść taka chwila, że owi upokorzeni i zapomniani upomną się o swoje. A wtedy cała chwiejna konstrukcja, na jakiej zbudowana jest Ameryka może bardzo łatwo runąć. I nawet jeśli całe naukowo-polityczne wyjaśnienie treści filmu zdaje się mieć wiele luk i nieścisłości, wydaje się to nie być tak bardzo istotne dla odbioru dzieła Peele’a. W którym nawet znakomity finałowy twist nie służy jedynie zaskoczeniu widza jak to bywało w dziełach M. Night Shyamalana, ale dokłada kolejny interesujący klocek do społecznego przesłania „To my”.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
8. Pewnego razu w… Hollywood
(2019, reż. Quentin Tarantino)
„Pewnego razu w… Hollywood” nieprzypadkowo nawiązuje w tytule do klasyka króla westernu – Sergio Leone. Głównym bohaterem jest tu bowiem upadająca gwiazda filmów o dobrych, złych i brzydkich rewolwerowcach z Dzikiego Zachodu – Rick Dalton (Leonardo DiCaprio). Robi on co tylko może, żeby utrzymać status gwiazdy oraz swoją willę z basenem. Wraz z nieodłącznym kompanem, kaskaderem Cliffem (Brad Pitt), prowadzi nierówną walkę z najgroźniejszym czarnym charakterem – bezduszną machiną Hollywood.
Historię, która w rękach niedoświadczonego reżysera mogła stać się co najwyżej średnią komedią z gatunku buddy movie, Tarantino zamienia w jedną z najpiękniejszych laurek złożonej klasycznemu kinu obok „La La Land” Damiena Chazelle’a. Jak często miewa w zwyczaju, także tym razem zadbał o każdy, najdrobniejszy detal, abyśmy mogli w pełni zanurzyć się w realiach prezentowanej historii. Nie poprzestaje tu na doskonałej scenografii i kostiumach czy perfekcyjnie dobranej ścieżce dźwiękowej. Dzięki specjalnym, nałożonym na kadry filtrom, tworzy iluzję, jakby film został nakręcony na przełomie lat 60. i 70., na starej taśmie.
To jednak nie koniec atrakcji. Twórca „Pulp Fiction” pozwala nam rozsmakować się w wykreowanym świecie, zabierając nas na długie przejażdżki ulicami Los Angeles. Miasta, do złudzenia przypominającego Nowy Jork z „Taksówkarza” Martina Scorsese, świadczącego o ogromnym wysiłku scenografów. Ich nieoceniony wkład widać na każdym kroku. Szczególnie w obszernych fragmentach stylizowanych na pochodzące z lat 60., fikcyjnych filmów i seriali z udziałem Ricka. Ich zwiastuny z charakterystycznym dla kronik filmowych głosem z offu, materiały promocyjne w postaci plakatów oraz sceny wplatane do prawdziwych produkcji, zacierają granicę między fabułą a paradokumentem.
O prawdziwej wartości „Pewnego razu w… Hollywood” świadczy jednak przede wszystkim niemal idealne odwzorowanie rzeczywistych postaci. Mamy tu przewrażliwionego na swoim punkcie Bruce’a Lee (przezabawny Mike Moh), twardziela Steve’a McQueena i oczywiście Romana Polańskiego (Rafał Zawierucha) z marzącą o wielkiej aktorskiej karierze, Sharon Tate (Margot Robbie). W podszytą humorem i błyskotliwymi dialogami opowieść o radzeniu sobie w Hollywood, z czasem wplecione zostają wątki związane z „Rodziną” Charlesa Mansona. Kiedy bohater grany przez Brada Pitta odwiedza ranczo Spahna, utrzymana w lekkim stylu fabuła, przemienia się w dreszczowiec połączony z dziwacznym klimatem rodem z – niedawno święcącym triumfy w kinach – „Midsommar”. Czujemy, że to jedynie preludium do mającej się rozegrać, powszechnie znanej tragedii – brutalnego morderstwa Sharon Tate. Kulminacyjna scena to majstersztyk rozsmakowanego w przemocy i czarnym humorze reżysera.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
7. Joker
(2019, reż. Todd Phillips)
„Joker” nie jest żadnym origin story w znaczeniu, do jakiego przyzwyczaiły nas filmy superbohaterskie. Jest to najzwyklejsza w świecie opowieść o człowieku poszukującym swojego miejsca na świecie. Opowieść, która bardzo wiele zyskuje dzięki fenomenalnej kreacji Joaquina Phoenixa oraz oderwaniu od całego związku z Batmanem. Co więcej, Joker w „Jokerze” nie ma w sobie zupełnie nic z któregokolwiek z poprzednich wcieleń (a pamiętajmy, że to już trzecia filmowa wersja tego arcyłotra w ciągu ostatnich jedenastu lat), oferując zupełnie nową i nieprzerysowaną jakość.
Mieszkający w obskurnym bloku Arthur Fleck jest na co dzień zwykłym klaunem pracującym w agencji wynajmującej usługi tego typu ludzi do różnych celów: czy to reklamy wyprzedaży, czy rozweselania chorych dzieci w szpitalu. Jednak prawdziwym marzeniem bohatera jest zostanie komikiem i rozśmieszanie ludzi – nie zaś bycie kimś, z kogo wszyscy się śmieją. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że sam Arthur cierpi na zaburzenie psychiczne, przez które wybucha śmiechem w zupełnie niekontrolowany sposób i w nieprzewidywalnych momentach. Paradoks jest więc potrójny, a człowiek, który marzy o rozśmieszaniu innych nie znajduje we własnym życiu ani odrobiny radości. Dopiero odrzuciwszy przeszłość (chorą matkę i dotychczasowe, podwójnie zakłamane, wizje swojego pochodzenia) i teraźniejszość (pracę i niespełnione marzenia o karierze komika) Arthur może stać się… no właśnie – kim? Na to pytanie film celowo nie udziela nam jednoznacznej odpowiedzi. To nie geniusz zbrodni na kształt kreacji Heatha Ledgera, ani maniak pokroju wersji Jareda Leto. Nawet na samym końcu Arthur-Joker w wydaniu Phoenixa pozostaje tym, kim pozostałym pozostać się nie udało – człowiekiem.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
6. Midsommar. W biały dzień
(2019, reż. Ari Aster)
Widz zaczyna odczuwać niepokój bardzo szybko i nie jest w stanie się od niego uwolnić. „Midsommar” jest filmem całkowicie pozbawionym „jump scare’ów” – tych nagłych ataków na percepcję odbiorcy, na których tak często współczesne horrory opierają swą siłę. Niepokój budzą trochę inne czynniki – odcięcie od cywilizacji, uwrażliwiające człowieka na inne bodźce niż te, którymi bombardowany jest na co dzień; całkowita zmiana systemów wartości, które stają się zupełnie obce i irracjonalne; poczucie osaczenia i zamknięcia w potrzasku; wrażenie nieuchronności losu i braku możliwości wycofania się z raz podjętej decyzji o przygodzie w blasku słońca. Napięcie narasta nieustannie i osiąga pod koniec filmu wręcz niewyobrażalny poziom.
Mamy tu do czynienia z bardzo ciekawym zabiegiem. Wszystko w tym filmie mamy widoczne jak na dłoni, wszystko dzieje się w trakcie nieustającego dnia polarnego, a bohaterowie przebywają cały czas na otwartej, wielkiej, jasnej przestrzeni z palącym słońcem nad głową. Tu nie ma ciemności, nic nie czai się w mroku, nie ma klaustrofobicznych, ciemnych miejsc. Takie poprowadzenie filmowej narracji, zrealizowane dodatkowo niesamowitymi zdjęciami, wprowadza w hipnotyczny trans – zarówno bohaterów, jak i widzów. Dani i jej towarzysze zdają się przebywać w pewnym koszmarnym śnie, z którego nie tyle nie mogą, co wręcz nie chcą się obudzić. Czują podskórnie, że nie wyjdą cało z tej przygody, jednak nie robią nic, aby się uratować. Gdy znika pierwszy z uczestników wycieczki, tłumaczenie mieszkańca wioski o tym, że „Simon musiał wcześniej sam wyjechać na dworzec, bo ciężarówka jest dwuosobowa” jest absurdalne – ale i tak nie powoduje ono chęci „wybudzenia” się i podjęcia próby ucieczki. My też jesteśmy w transie – nasza voyeurystyczna natura wychodzi podczas seansu na wierzch. Niby kibicujemy bohaterom, ale jednocześnie chcemy zobaczyć co ich czeka. Jesteśmy tam razem z nimi, cały czas w świetle dnia, przerażeni i zafascynowani jednocześnie. Gdy Dani wrzeszczy przerażona, chcemy wrzeszczeć razem z nią. Tu nawet scena siadania przy wielkim wieloosobowym stole, budzi dreszcze.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
5. Maiden
(2018, reż. Alex Holmes)
W ramach dokumentalnej faktury Holmes tworzy z elektryzującej historii żeńskiej załogi „Maiden” dramat sportowy, który ogląda się z wypiekami na twarzy. Każdy etap morderczego żeglarskiego maratonu to nie tylko rywalizacja z konkurencyjnymi jednostkami. Bezkresny i wzburzony ocean bowiem zawsze próbuje nas pokonać i zabić. W swojej misji nigdy nie odpuszcza i nigdy nie bierze przerw. Z każdą falą przypomina, że sport na najwyższym poziomie to nieustannie balansowanie na granicy nie tylko własnych możliwości, ale w żeglarstwie także życia i śmierci.
Gdyby jednak „Maiden” był tylko przyzwoitym udokumentowaniem legendarnych zawodów, wiele traciłby ze swej emocjonalnej siły. Nawet jeśli postawiono tu na wizualnie sprawdzoną formę, umiejętnie dobrany materiał rekompensuje formalny konserwatyzm. Dziś wiele scenek portretujących ignorancję środowiska możemy obserwować z delikatnym rozbawieniem, lecz z perspektywy czasu uwidocznia wyboistą drogę, jaką trzeba było przejść w dążeniu do sportowego feminizmu. Przez większość regat traktowano Edwards i spółkę jak załogę drugiej kategorii. Nawet po pierwszych niespodziewanych sukcesach i wygranych etapach, media bardziej niż szczegółami skutecznej strategii były zainteresowane relacjami na jachcie oraz tym, czy grupa dziewczyn podczas wielotygodniowych regat nie marzy tylko o tym, aby wydrapać sobie oczy.
Sprawnie połączone wspomnienia załogantek Maiden z archiwalnymi zdjęciami tworzą uniwersalną opowieść o znaczeniu determinacji w dążeniu do obranego celu. Unoszące się nad dokumentem przesłanie brzmi niby jak utarty frazes: jeśli czego pragniesz, musisz o to walczyć. Na tle dokonań żeglarek przynosi jednak ożywczą inspirację i naoczny dowód jej autentyczności. Dlatego „Maiden” to idealny seans dla poszukujących czystej motywacji, niezależnie od wieku i płci. Dynamicznym montażem i prawdziwością historii potrafi zarazem podbić tętno, jak i zakręcić łzą w oku.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
4. Jutro albo pojutrze
(2018, reż. Bing Liu)
Rewelacyjny debiut reżyserski Binga Liu, nominowany do Oscara w kategorii filmu dokumentalnego, nagradzany na dziesiątkach festiwali i wybrany przez słynącego z całkiem niezłego gustu Baracka Obamę za jeden z najlepszych obrazów 2018 roku, to pozornie kumpelski film o chłopakach, których połączyła miłość do deskorolki. W praktyce w „Jutro albo pojutrze” tej deskorolki wcale tak dużo nie ma – film okazuje się za to przejmującym, jednocześnie czułym i wnikliwym portretem Ameryki oraz toksycznych, miłosno-nienawistnych relacji międzyludzkich. Niesamowite w produkcji Liu jest wrażenie intymności i niespotykana szczerość, z jaką bohaterowie mówią przed kamerą o swoich doświadczeniach – prawdopodobnie nigdy nie zdobyliby się na taką otwartość, gdyby kamerę trzymał ktoś inny niż kumpel od deskorolki, który problemy dorastania w Rockford w stanie Illinois zna z autopsji. Ekonomiczny kryzys, pustoszejące ulice, a nade wszystko przemoc domowa o najwyższych wskaźnikach w USA – oto rzeczywistość podupadającego miasta. Reżyser nie pokazuje jednak biadolenia grupki przyjaciół nad tym, jaki to świat zrobił się niesprawiedliwy; nie ma w „Jutro albo pojutrze” nostalgii za niedawną przeszłością, w której wszystko było jak trzeba; bohaterowie filmu są zarówno ofiarami systemu: ekonomii, podziałów klasowych, toksycznego modelu męskości, jak i sprawcami cierpienia innych. Ze ściśniętym gardłem ogląda się ich kolejne próby wyjścia na prostą i następujące potem upadki, zobowiązania, że tym razem to już na pewno dorosną i staną się odpowiedzialni – oraz wybuchy przemocy. Nie ma w spojrzeniu kamery Liu nic osądzającego: przeciwnie, czuć jak autor ściska kciuki za swoich przyjaciół, którzy mieli trochę mniej szczęścia – a jednocześnie nie bagatelizuje ich złych wyborów.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
3. Faworyta
(2018, reż. Yorgos Lanthimos)
W tej zmyślnej krzyżówce „Wszystko o Ewie” i „Kontraktu rysownika” Lanthimos, choć szyderczo przyglądający się zepsutemu światu, nie jest aż tak okrutny wobec swoich postaci jak w poprzednich filmach. „Faworyta” jest bodaj pierwszym filmem Greka, w którym aktorzy nie grają tak, jakby wyssano im duszę przed wejściem na plan. Bohaterek nie da się rozgrzeszyć – lecz tym razem można je zrozumieć: Anna cierpi na depresję, ale zamiast otrzymać pomoc, jest wykorzystywana przez innych; księżna Sarah manipuluje królową, ale przynajmniej potrafi być wobec niej szczera; Abigail z kolei jest jedyną bohaterką, której realnie grozi ulica – a jedynym pewnym sposobem na uniknięcie psiego losu jest dla niej przychylność królowej. Podobnie jak świetna „Lady M.”, film Lanthimosa w gorzki sposób mówi o perspektywach solidarności w klasowym społeczeństwie – gdy łatwo zlecieć z drabiny awansu społecznego trudno o współczucie czy siostrzeństwo. Równie nieczułe okazują się tu elity i doły społeczne – gdy Abigail przybywa do pałacu i zatrudnia się w kuchni, pierwszych okrucieństw doznaje od innych służących.
Trzy aktorki Lanthimosa są wyśmienite – wszyscy słusznie wychwalają Olivię Colman, ale gdyby komuś przyznać palmę pierwszeństwa, to Emma Stone wiedzie w „Faworycie” prym – są tu sceny, które, gdyby nie jej talent, przeszłyby niezauważone (skradanie się nocą w pałacowych komnatach, te wszystkie czujne spojrzenia). U Lanthimosa aktorka daje prawdziwy popis umiejętności komediowych i dramatycznych, który godny jest Oscara (niekoniecznie za rolę drugoplanową). Choć ostatecznie to jej bohaterka wydawać się może najbardziej niegodziwa, dzięki Stone zachowuje ludzki rys.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
2. Portret kobiety w ogniu
(2019, reż. Céline Sciamma)
Film wygląda wyjątkowo ascetycznie, sceny kręcone są głównie we wnętrzu starego dworku, zamieszkałego jedynie przez kobiety: służącą Sophie, Heloizę oraz jej matkę. Mężczyźni nie pojawiają się prawie wcale, jeśli nie liczyć początkowych i końcowych scen. Przedstawiona w filmie rzeczywistość jest więc w pełni kobieca, niemalże na podobieństwo „Sierpnia” Bruno Schulza. Ale jest to kobiecość bardzo różnorodna – pogodzona z losem Sophie (której kłopoty wychodzą w pewnym momencie na pierwszy plan), ciesząca się swoją niezależnością Marianna, podstarzała matka Heloizy, uważająca ustalony porządek i swoją drogę życiową za jedyną słuszną, oraz wreszcie sama Heloiza, która poszukuje własnej drogi.
W tak skromnym pod względem obsady i fabuły filmie musimy zwracać uwagę na to, co wysuwa się na pierwszy plan – czyli relacje między bohaterkami. Tak naprawdę cały film opiera się na cokolwiek burzliwych kontaktach między Marianną i Heloizą, z niewielkim (acz z czasem rosnącym) udziałem Sophie. Pomimo początkowego chłodu i obcości, jakie wobec siebie czują, pochodzące z dwóch różnych światów kobiety odnajdują z czasem wspólny język. W budowaniu tej relacji liczy się każda scena, każdy gest, każde spojrzenie. Trochę tylko szkoda, że w drugiej połowie film traci na swojej subtelności, osuwając się nieuchronnie w bardziej toporne metafory. A skoro już przy metaforach jesteśmy – nie wierzę, by nazwanie jednej z bohaterek Heloizą może nie być ukłonem w stronę średniowiecznej pary kochanków (bardziej niż w stronę ich nowszej wersji z dzieła Rousseau).
Jeśli o tytułowy portret chodzi… Pojawia się on tylko w jednej scenie, wcale nie najważniejszej dla całego filmu. Podobnie jest z sytuacją, która zainspirowała Mariannę do późniejszego namalowania tego obrazu (bo portret, który maluje na zamówienie matki Heloizy jest do bólu sztampowym, akademickim i użytkowym „dziełem”). Ale w przepełnionej nienachalnym symbolizmem historii to, w jaki sposób będziemy interpretowali tytuł, zależy tylko od nas.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
1. Parasite
(2019, reż. Joon-ho Bong)
Poznajemy pewną ubogą koreańską rodziny, która upadła właśnie tak nisko, że niżej już chyba nie można. Cztery dorosłe osoby gnieżdżą się w niewielkim dość obskurnym lokum położonym poniżej poziomu gruntu. Ani rodzice, ani syn i córka nie tylko nie mają pracy, ale nawet nie stać ich już na płacenie za telefony, więc rozpaczliwie poszukują darmowego wi-fi, aby nie utracić możliwości kontaktu ze światem. Nic dziwnego, że w tej sytuacji każde, nawet tak marne zajęcie jak składanie kartonów do pizzy, jest dla nich na wagę złota. Co istotne, wszystko to obserwujemy z rosnącą sympatią dla bohaterów, ale zarazem nie brakuje nam tutaj okazji do śmiechu. Doskonale też rozumiemy, czemu Ki-woo, który kilka razy bezskutecznie próbował dostać się na studia, nie ma większych oporów przed nagięciem faktów na temat swego wykształcenia tylko po to, aby otrzymać posadę korepetytora córki bogatych Parków.
W tym momencie czeka nas spore zaskoczenie – Ki-woo nie tylko zaczyna zarabiać pieniądze, ale wkrótce snuje coraz śmielsze plany. Okazuje się bowiem, że Parkowie nie lubią zatrudniać przypadkowych osób, ale tak naprawdę są dość naiwni i chętnie polegają na poleceniach od kogoś znajomego. I tak szczęśliwie się składa, że nowy korepetytor zna odpowiednią osobę, która mogłaby rozwinąć talent plastyczny kilkuletniego syna Parków. Pani domu jest zachwycona przybyłą rzekomo z USA specjalistką, a pracodawcy nie zdają sobie sprawy, że w istocie jest to siostra Ki-woo, która choć podjęła się prowadzenia terapii chłopca, to nie ma nawet bladego pojęcia o psychologii.
Wkrótce z jeszcze większym rozbawieniem obserwujemy, jak rodzeństwo konstruuje kolejne intrygi, które mają zapewnić posady pozostałym członkom ich rodziny. Do pewnego momentu wszystko toczy się po ich myśli, a przy tym Parkom też nie dzieje się wielka krzywda – dla nich pieniądze nie są wszak żadnym problemem, a nowi pracownicy całkiem dobrze wykonują swoje obowiązki. Zresztą metamorfoza tych ostatnich w porównaniu z pierwszymi scenami filmu robi naprawdę spore wrażenie. Niespodziewanie jednak w tym komediowym obrazie pojawiają się nowe elementy rodem z thrillera czy nawet horroru, a cała historia zmierza w zgoła zaskakującym kierunku…
Trzeba też przyznać, że Joon-ho Bong celnie punktuje w swym filmie różnice pomiędzy warunkami życia bogaczy i tych, którym się nie powiodło, podkreślając przy tym, że sukces czy jego brak wcale nie muszą być jedynie efektem posiadanych przez te osoby umiejętności. Obserwując perypetie bohaterów możemy się przekonać, że czasem wystarczy znaleźć się w jakimś miejscu w określonym czasie, aby dalej wszystko poszło jak z płatka albo wręcz przeciwnie – wszelkie plany legły w gruzach.
„Parasite” przy tym to niesamowita filmowa jazda, pełna nie tylko zaskakujących zwrotów akcji, ale też umiejętnej zmiany jednej poetyki na inną, odważnego balansowania między filmowymi gatunkami. Satyryczna komedia przechodzi płynnie w thriller, nie zabraknie elementów slashera, a w finale wybrzmi wyraziście zaangażowane kino społeczne. Nie było w ostatnich latach, który by ciekawiej, oryginalniej, ale i precyzyjniej dokonywał wiwisekcji nierówności majątkowych, społecznej niesprawiedliwości, braku równości szans we współczesnym świecie. Jedno jest jednak pewne – „Parasite” może dostarczyć widzom naprawdę niezapomnianych wrażeń.
koniec
« 1 3 4 5
17 stycznia 2020

Komentarze

15 I 2020   12:59:29

"Toy Story 4" to zaprzeczenie poprzednich odcinków serii. Mówiło się wtedy, że zadaniem zabawki jest bawienie dzieci. Potem w 3 to ładnie rozszerzono, że nie tylko chodzi o jedno dziecko, ale o dzieci różne. A w 4 okazuje się, że najważniejsze jest samozadowolenie samej zabawki i jak nie jest ulubioną zabawką dziecka, to może się na nie wypiąć i ruszyć w świat. W 5 Chudy powinien założyć grupę wyzwolicieli zabawek i przekonywać je o samostanowieniu. I kiedy nastąpi ogólnoświatowy bunt w 6 części to zabawki będą bawiły się dziećmi. Osobiście byłem baaaardzo rozczarowany po seansie.

15 I 2020   17:19:39

Jak nie będzie "Johna Wicka 3", to się, kurka wodna, na sztuce filmowej nie znacie! :P

16 I 2020   08:28:52

@dk - rety ale się wynudziłem przez ostatnią godzinę. Błagałem już by któryś któregoś zabił i skończyli ze sobą walczyć. Co za dużo to niezdrowo.

16 I 2020   10:18:28

To ciekawe. Normalnie zasypiam na 90% współczesnych scen akcji, ale wszystkie części Johna Wicka dostarczyły mi świetnej zabawy od pierwszej do ostatniej minuty. Nie miałem wrażenia przesytu, może dlatego, że jest on wpisany w absurdalną konwencję tych filmów (trochę podobnie jak wostatnim Mad Maxie). Marzyłoby mi się, żeby wszyscy filmowcy z takim pietyzmem podchodzili do tworzenia scen akcji jak w JW i M:I.

Tak poza tym, Avengers wpadli na tę samą pozycję, co rok temu. Ciekawe, czy Ariemu Asterowi też się uda?
(A na pierwszym miejscu co? Znowu kameralna historia od Netflixa czy znowu nieanglojęzyczny przebój roku zgarniający wszystki możliwe nagrody? ;))

16 I 2020   10:19:08

Oczywiście pomyliły mi się tabelki, komentarz powyżej to mój.

16 I 2020   10:58:48

Żeby nie było rozczarowań od razu zdradzę, że "John Wick 3" zajął w naszym głosowaniu 87 miejsce.

16 I 2020   11:43:51

Pierwszy "John Wick" sprawił, że banan nie schodził mi z ust. Ale potem przesadzali z długością pojedynczych walk. Podobny problem mam z "Niezniszczalnymi". Konwencja-konwencją, ale jedynka była najlepsza.

17 I 2020   11:34:07

Radość, że Midsommar i Na noże tak wysoko, to były dobre filmy :)

17 I 2020   15:18:35

To był bardzo dobry filmowo rok, jedynie animacje wypadły tym razem ubogo, oby w 2020 się to zmieniło i oby w czołówce roku znalazły się nie tylko 2 filmy Pixara.

Najbardziej nośnym tematem były nierówności społeczne, plus dostaliśmy odrobinę więcej postaci kobiecych w głównych rolach i ich perspektywy.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Na spokojny sen
Jarosław Loretz

24 II 2020

Zdawałoby się sprawą oczywistą, że w przypadku nocowania w domu posądzanym o zjawiska nadprzyrodzone należy wpierw zadbać o usunięcie z sypialni zbędnej dekoracji. Najwyraźniej jednak nie wszyscy podzielają ten pogląd.

więcej »

Z filmu wyjęte: Zupa z wkładką
Jarosław Loretz

17 II 2020

Przysłowiowe wkładki mięsne w zupie to utrapienie dziś już nie tak częste, jak ongiś, ale wciąż wiosłująca łapkami w posiłku mucha czy osa może przykuć naszą uwagę. Kiedyś trafiały się też wkładki większe, jak choćby myszy. Ileż wówczas wrzasku! A pomyśleć, co by się działo, gdyby ktoś rzeczywiście trafił na wkładkę z dzisiejszego kadru…

więcej »

Z filmu wyjęte: (Nie)życie toczy się dalej
Jarosław Loretz

10 II 2020

Co robią zombie, gdy nie śledzi ich obiektyw kamery hollywoodzkiego zdjęciowca? No cóż, niekoniecznie ganiają za świeżymi mózgami…

więcej »

Polecamy

Alejandro González Iñárritu. Babel.

Do sedna:

Alejandro González Iñárritu. Babel.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. 21 gramów.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Amores perros.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky „mother!”
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Noe: Wybrany przez Boga
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Czarny łabędź.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Zapaśnik.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Źródło
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Requiem dla snu
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Pi
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Ksiądz znikąd
— Sebastian Chosiński

Nie przegap: Styczeń 2020
— Esensja

Światło wiekuiste
— Jarosław Loretz

Suplement filmowy 2019
— Adam Lewandowski, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Do kina marsz: Styczeń 2020
— Esensja

Klasyczny whodunit w nowej szacie
— Konrad Wągrowski

Nie przegap: Listopad 2019
— Esensja

Mąż i Żona
— Kamil Witek

Here’s Danny!
— Konrad Wągrowski

Bliskie spotkania owczego stopnia
— Konrad Wągrowski

Tegoż twórcy

Ksiądz znikąd
— Sebastian Chosiński

Jak radzić sobie z nienawiścią
— Sebastian Chosiński

Krótko o filmach: Han Solo
— Marcin Osuch

Wszystko zostaje w rodzinie
— Joanna Najbor

Krótko o filmach: Han Solo
— Sebastian Chosiński

Krótko o filmach: Avengers: Wojna bez granic
— Sebastian Chosiński

Pozwól Wookieemu wygrać
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Solo, ale w drużynie
— Konrad Wągrowski

Thanos kopie tyłki!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Krótko o filmach: Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi
— Marcin Osuch

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.