Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 14 sierpnia 2020
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Wakacyjny leksykon filmów o żywych trupach. Część 1

Esensja.pl
Esensja.pl
Wakacje to czas, w którym można się oddać błogiemu odmóżdżeniu (oby nie za bardzo), a najlepiej to osiągnąć oglądając filmy o ożywionych pożeraczach mózgów. A że oferta w tym zakresie jest przeogromna, zaś, niestety, ilość nie idzie w parze z jakością, proponuję cykl prezentujący najciekawsze tytuły poświęcone zombie. W odcinku pierwszym o tym, jak to się zaczęło, czyli o dziełach George’a A. Romera.

Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wakacyjny leksykon filmów o żywych trupach. Część 1

Wakacje to czas, w którym można się oddać błogiemu odmóżdżeniu (oby nie za bardzo), a najlepiej to osiągnąć oglądając filmy o ożywionych pożeraczach mózgów. A że oferta w tym zakresie jest przeogromna, zaś, niestety, ilość nie idzie w parze z jakością, proponuję cykl prezentujący najciekawsze tytuły poświęcone zombie. W odcinku pierwszym o tym, jak to się zaczęło, czyli o dziełach George’a A. Romera.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Jasne, że zombie to nie pomysł Romera. Przed „Nocą żywych trupów” mieliśmy chociażby takie produkcje, jak „Białe Zombie” (1932), „Wędrowałem z zombie” (1943), czy niesławny „Plan 9 z kosmosu” (1959), ale w żadnej nie przedstawiono żywych trupów w tak przerażający, a jednocześnie konsekwentny sposób. Dzieło George’a Romera należy uznać za punkt „0” w historii współczesnych zombie. W jego wizji stały się one bezmyślnie kroczącymi zwłokami, które pojawiły się znikąd i w szybkim tempie opanowały świat. Niby w trakcie seansu pojawia się sugestia ich genezy, ale wprost tego nie powiedziano. I to jest najstraszniejsze. Zagrożenie jest bowiem wszechobecne, a poczucie zaszczucia towarzyszy nam przez cały seans.
Oto bowiem Barbara ze swoim bratem, odwiedzając cmentarz, zostają zaatakowani przez tajemniczego szaleńca (pierwszy nowożytny zombie – S. William Hinzman). Brat ginie na miejscu, dziewczynie udaje się uciec. Wkrótce okazuje się, że szaleniec to chodzący trup, a tych jest o wiele więcej. Barbara ukrywa się w domku na odludziu. Niedługo później dołącza do niej Ben i kilkoro innych ocalałych. Wspólnie podejmują wysiłki, by obronić się przed coraz liczebniejszą hordą żywych trupów.
„Noc żywych trupów” okazała się filmem rewolucyjnym na wielu płaszczyznach. Nie tylko wykreowała nowy rodzaj grozy, ale także była odpowiedzią na zmiany społeczne, jakie następowały w Stanach Zjednoczonych. W 1968 roku uczynienie głównym bohaterem czarnoskórego aktora (Duane Jones) nie było takie oczywiste. Skonfrontowano z nim białego przedstawiciela klasy średniej, który chce się zamknąć w piwnicy i przeczekać. To także portret upadających wartości rodzinnych, ponieważ ze wszystkich bohaterów występujących w filmie, to właśnie małżeństwo z chorą córką jest najbardziej skłócone i wydaje się, że poza obrączką nic ich nie łączy. Warto też dodać, iż na końcu pozostajemy w konsternacji i już nie wiemy, czy prawdziwym zagrożeniem są zombie, czy też jak najbardziej żywi ludzie.
Jednak przede wszystkim „Noc żywych trupów” to rewelacyjny, trzymający w napięciu horror z pełnokrwistymi postaciami i wartką akcją, który do dziś potrafi przestraszyć. Utrzymane w czerni i bieli, nastrojowe, stateczne ujęcia potęgują grozę, jakiej nie udało się osiągnąć wcześniej. Absolutna klasyka.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Do świata zombie Romero powrócił po dziesięciu latach i zaprezentował dzieło całkiem inne, niż pamiętna „Noc żywych trupów”. Choć wciąż mamy do czynienia z grupką ocalałych, którzy chronią się w bezpiecznym budynku przed nieumarłymi, to jednak sposób realizacji, budowania napięcia i samo przesłanie stanowią autonomiczną całość. Przede wszystkim tym razem mamy do czynienia z filmem kolorowym, zaś zombie nie kryją się w mroku, a wystawione zostały na pierwszy plan. Daje to możliwość podziwiania krwawych, ale jednocześnie niezwykle widowiskowych efektów specjalnych autorstwa Toma Saviniego.
Bohaterami „Świtu…” są uciekinierzy z opanowanej przez hordy żywych trupów stacji telewizyjnej, którzy uciekli w ostatniej chwili przy pomocy helikoptera. Wylądowali na dachu ogromnego centrum handlowego, które stało się dla nich bezpieczną przystanią, mimo krążących po nim zombie. Tak w każdym razie im się wydawało.
Tym razem Romero rozsmakował się w ukazywaniu – czasem groteskowej – makabry. Seans przez to stał się niespieszny, zaś trupom poświęcono sporo czasu. Także ich efektownej eliminacji. Niemniej klimat zagrożenia nie znikł i przez cały seans towarzyszy nam nieustanne napięcie. Ważnym elementem całości jest także krytyka konsumpcjonizmu, jaką produkcja została umiejętnie podszyta. Zombie ciągną bowiem podświadomie do centrum handlowego, ponieważ za życia było to dla nich ważne miejsce. Pojawiają się także sygnały przyszłego zamysłu reżysera, by nie do końca dehumanizować chodzące ciała, ponieważ niegdyś były one ludźmi. Widać to wyraźnie w długiej sekwencji ich eliminowania przez gang motocyklowy, kiedy to zombie wydają się bezbronne i w pewien sposób robi się nam ich szkoda.
Spora grupa fanów uważa „Świt żywych trupów” za największe osiągnięcie Romera. Osobiście wolę „Noc…”, co nie zmienia faktu, że w temacie zombie movie jest to prawdziwa perełka.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Ostatnia część klasycznej trylogii zombie George’a A. Romera. Ponieważ powstała już w innych czasach – po inwazji włoskiej fali filmów o żywych trupach – mam wrażenie, że jest bardzo niedoceniana. Zwłaszcza w zestawieniu z wielkimi poprzednikami. Tym razem reżyser postawił na jeszcze bardziej dosadną przemoc, tworząc jeden z najbrutalniejszych filmów w historii. Za charakteryzację ponownie odpowiadał Tom Savini i widać, że przez parę lat, jakie minęło od czasu „Świtu…”, znacznie podszkolił swój warsztat. Zombie wyglądają coraz bardziej realistycznie, zaś sceny gore faktycznie mogą zniesmaczyć co bardziej wrażliwych widzów.
Po inwazji żywych trupów resztki ludności przeniosły się do podziemi. Tam z kolei rządzi wojsko, na czele z niedowartościowanym dowódcą. Powoduje to napięcie między mundurowymi a cywilami. Swoje dokłada także szalony naukowiec, który przeprowadza eksperymenty na zombie. Głównie w celu wynalezienia leku, ale przy okazji bada ich inteligencję i zaczyna tresować.
W tej części Romero ewidentnie wskazuje, że czuje sympatię do swoich zombiaków. Jednego z nich kreuje nawet jako w miarę pozytywnego bohatera (dostaje imię – Bup). Ogólnie jednak, pomimo realistycznych efektów gore, całość ma bardzo humanitarny wydźwięk. Dostaje się przede wszystkim wojskowym, jako instytucji opresyjnej, tworzącej jednostki pozbawione sumienia i skrupułów. Nie jest to może wielkie odkrycie, niemniej sam film ogląda się bardzo dobrze. To bodajże ostatnia w pełni udana produkcja Romera, który całkiem pogubił się w latach 90.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Po dwudziestu latach, których nie należy uznać ani za szczególnie udane, ani za wybitnie owocne, George Romero ponownie powrócił do ukochanych zmarłych. „Ziemia żywych trupów” rozpoczyna drugą trylogię o zombie, ale o wiele mniej udaną niż pierwsza. Nie znaczy to, że w całości można ją skreślić. Na ten przykład omawiana „Ziemia…” całkiem nieźle sprawdza się jako retro odtrutka na nowoczesnych turbo-zombie, które rozpropagowały „28 dni później” i remake „Świtu żywych trupów”.
Świat, jaki znaliśmy, przestał istnieć. Ludzkość zgromadziła się w miastach-państwach, w których szerzy się korupcja i nepotyzm. Biedni żyją na ulicy, oddając się jak najbardziej przyziemnym rozrywkom, typu walki zombie. Bogaci natomiast zajmują wieżowce, przebierając w luksusach. Status quo zachwiać może nagły atak armii zombie, prowadzonej przez nieumarłego pracownika stacji benzynowej, u którego pozostały resztki intelektu.
Łopatologiczna konstrukcja świata, podzielonego na bogatych i biednych to coś, co często widzimy w filmach. Romero zatem nie sięga po nowatorskie tematy. Niemniej sam marsz zombie na bogate centrum miasta niejako zwiastuje nieodległe w czasie ruchy Oburzonych, czy akcje typu okupacja Wall Street. Wszystko to zostało podane w powolnym, archaicznym stylu, który docenić mogą głównie koneserzy, choć trzeba również przyznać, że film obfituje w sceny zapadające w pamięć, jak choćby monumentalna sekwencja wyłaniania się zombie z rzeki, która miała strzec miasto. Trzeba też jasno podkreślić, że z ostatnich trzech filmów w dorobku Romera, to właśnie „Ziemia…” jest najbardziej godna uwagi.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Kolejna produkcja o żywych trupach została przez Romera nakręcona wyjątkowo szybko. Nie był on bowiem tytanem pracy. Być może czuł, że nie zostało mu już wiele czasu, a chce powiedzieć kilka ważnych prawd. Tym razem postanowił sięgnąć po będący na początku XXI wieku w rozkwicie nurt found footage. Z grubsza chodzi o to, że zamiast tradycyjnej pracy kamery, mamy do czynienia z nagraniem niby-amatorskim, kręconym z ręki. Tworzy to jednak pułapki, których Romero się nie wystrzegł, bo aby widzowie wiedzieli, co się dzieje, muszą mieć zaprezentowane większość akcji, tymczasem wydaje się niemożliwe, bo ktokolwiek skupiał się na kręceniu filmu w momencie, kiedy jest się atakowanym przez gromadę wygłodniałych zombiaków.
Bohaterami „Kronik żywych trupów” (po co jeszcze ten angielski tytuł?!) są aktorzy, którzy w ostępach leśnych kręcili horror. W międzyczasie wybuchła epidemia zombie, a oni, podróżując vanem, starają się znaleźć bezpieczne schronienie.
W przeciwieństwie do poprzednich części romerowskiego cyklu, trudno w „Kronikach…” znaleźć ukrytą myśl przewodnią. Wydaje się, że bardziej chodziło o zabawę formą, niż przemycanie głębokich przemyśleń. Niestety całość zabija słabe zarysowanie głównych bohaterów, którzy, zwłaszcza pod koniec zaczynają robić zupełnie niezrozumiałe i idiotyczne rzeczy. Po mistrzu gatunku należało spodziewać się czegoś znacznie lepszego i bardziej przemyślanego.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
I w ten sposób docieramy do ostatniego filmu w dorobku George’a Romera, a zarazem zwieńczenia jego wieloletniej przygody z żywymi trupami. „Survival of the Dead” (produkcja nie doczekała się polskiego tytułu) zachwycić może przede wszystkim starych wyjadaczy horroru, którzy docenią innowacyjność scenariusza i oldchoolowe efekty specjalne. Tym razem bowiem same żywe trupy nie są najważniejsze, a relacje międzyludzkie i nienawiść, która może zatruć życie ludzi nawet po śmierci.
Grupa ocalałych z epidemii zombie, szukając schronienia, dociera na wyspę zamieszkałą przez dwa nienawidzące się rody. Dzieli je stosunek do zmarłych. Podczas, gdy jedna strona jest za ich eliminowaniem, druga uważa, że jako byłym członkom rodziny, należy się im szacunek i przetrzymuje w swoim folwarku.
Jest taki gatunek muzyczny, który określa się rockiem emeryckim. To muzyka grana przez dinozaurów, którzy nagrywają nowe płyty ze świadomością, że ich publika składa się z równolatków i nawet nie starają się walczyć o młodszych słuchaczy. Tak jest też z „Survival of the Dead”. Kręcąc go, Romero był emerytem i w zasadzie cała produkcja ma w sobie taki kombatancki posmak, poczynając od szarej, jesiennej pogody, przez statyczne zdjęcia, niespieszną akcję, a na nieruchawych, choć analogowo ucharakteryzowanych zombie. Dlatego najlepiej odbiorą ten tytuł lubujący się w kiczu koneserzy, którzy niejeden niskobudżetowy horror z lat 80. mają za sobą. To dla nich są skierowane atrakcje, typu zombie ujeżdżający konia, czy romantyczny pojedynek nieumarłych w świetle księżyca. Ja ten obraz lubię jako inny od tradycyjnych produkcji poświęconych zombie. Natomiast na pewno nie należy od niego zaczynać swej przygody z filmografią George’a Romera, bo można się szybko zniechęcić.
koniec
2 lipca 2020

Komentarze

02 VII 2020   20:37:15

Emerycki rock vel dziadzia rock. :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Wakacyjny leksykon filmów o żywych trupach. Część 7
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

12 VIII 2020

W XXI wieku zombie ewoluowały. Stały się szybsze i bardziej agresywne. Często zostały poddane różnym mutacjom. Ich eliminacji towarzyszą odgłosy karabinowych serii i wybuchów granatów. Miejsce gotyckiego horroru zastąpiła akcja. Oto dziesięć filmów akcji o żywych trupach.

więcej »

Z filmu wyjęte: Recepcja nadzorcza
Jarosław Loretz

10 VIII 2020

Co zrobić, żeby stale mieć oko na poczynania najemców? No cóż, wystarczy odpowiednio umieścić recepcję…

więcej »

Wakacyjny leksykon filmów o żywych trupach. Część 6
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

5 VIII 2020

Świat zombie to przede wszystkim miłość do umowności i złego smaku. Dlatego też poza kinowymi superprodukcjami, fani cenią sobie także niezależne filmy, robione za psie pieniądze, z kiepskim aktorstwem i przesadną ilością makabrycznych scen. Dziś zajmiemy się właśnie nimi, oto 10 najlepszych niskobudżetowych filmów o żywych trupach.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Dogma

Do sedna:

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy.
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu.
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy.
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka.
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata.
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Birdman.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Biutiful.
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Zombie dla potomności
— Jarosław Loretz

100 najlepszych filmów grozy wszech czasów
— Esensja

Wielki Kanon Kina Grozy – wyniki
— Esensja

Dobry i Niebrzydki: Atak krwiożerczych, zmutowanych, nimfomańskich pieczarek-zombie
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Strach siedzi w nas, czyli kino grozy pod lupą (2)
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Michał Kubalski, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Wiecznie żywe, ciągle świeże
— Urszula Lipińska

Samoa rządzi
— Jarosław Loretz

DVD: Noc żywych trupów
— Konrad Wągrowski

Tegoż autora

Cierpienia młodego Petera
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Chcemy Neila Gaimana!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Back in the USSR
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Kompletny Dredd
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dokąd tak pędzisz, Conanie?
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zdekapitatowany Dekapitator
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Od zbrukanego czytelnika
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dwutakt: Usuwamy najsłabsze utwory z albumów Metalliki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Jacek Walewski

X-tra restart
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

10 najlepszych slasherów komediowych
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.