Dlaczego Konrad Wągrowski nie odróżnia od siebie ciemnoskórych piękności, a Piotrowi Dobremu mylą się czeskie modelki? Którego z nich w filmach muzycznych najbardziej wkurzają piosenki? Czekając niecierpliwe na musical o Michale Wiśniewskim, rozmawiamy dziś o „Dreamgirls”, kinie czarnych, i o tym, czy Polak wpada w konsternację, gdy ludzie znienacka zaczynają śpiewać.
Dobry i Niebrzydki: Kto nie ma czarnej duszy, tego nie ruszy
Dlaczego Konrad Wągrowski nie odróżnia od siebie ciemnoskórych piękności, a Piotrowi Dobremu mylą się czeskie modelki? Którego z nich w filmach muzycznych najbardziej wkurzają piosenki? Czekając niecierpliwe na musical o Michale Wiśniewskim, rozmawiamy dziś o „Dreamgirls”, kinie czarnych, i o tym, czy Polak wpada w konsternację, gdy ludzie znienacka zaczynają śpiewać.
Bill Condon
‹Dreamgirls›
WASZ EKSTRAKT: 0,0 %  |
---|
Zaloguj, aby ocenić |
---|
|
Tytuł | Dreamgirls |
Dystrybutor | UIP |
Data premiery | 2 marca 2007 |
Reżyseria | Bill Condon |
Zdjęcia | Tobias A. Schliessler |
Scenariusz | Bill Condon |
Obsada | Jamie Foxx, Beyoncé Knowles, Eddie Murphy, Danny Glover, Anika Noni Rose, Keith Robinson, Jennifer Hudson, Sharon Leal, Hinton Battle, Loretta Devine, John Lithgow, Smalls |
Muzyka | Harvey Mason Jr., Damon Thomas |
Rok produkcji | 2006 |
Kraj produkcji | USA |
Czas trwania | 131 min |
WWW | Strona |
Gatunek | musical |
Zobacz w | Kulturowskazie |
Wyszukaj w | Skąpiec.pl |
Wyszukaj w | Amazon.co.uk |
Piotr Dobry: Konradzie, chciałbym Cię namówić na dyskusję o filmie „Dreamgirls”, który wywołał sporo szumu za sprawą ról debiutantki Jennifer Hudson i zaskakująco dobrego Eddie’ego Murphy’ego, i który, mimo świetnych recenzji za granicą, został – co przewidywałem – bardzo chłodno przyjęty przez naszych krytyków. Wiem skądinąd, że nie jesteś fanem czarnej muzyki, znam Twoją ocenę „Raya”, dlatego śmiem przypuszczać, że dołączysz do grona tych, na których musical Condona nie zrobił wrażenia. Tym bardziej więc zderzenie naszych odczuć – człowieka wychowanego na kinie czarnych i człowieka, którego (co niegdyś uczciwie mi przyznałeś) pierwszym obejrzanym filmem Spike’a Lee była „25. godzina” – może być ciekawe.
Konrad Wągrowski: Nie inaczej, panie Tomaszu... to znaczy, Piotrze, nie inaczej... Daleki jednak jestem od miażdżącej oceny, jaką wystawił „Dreamgirls” w najnowszym, choć mocno spóźnionym (czyżby podświadoma reakcja na naszą wcześniejszą dyskusję?) numerze „Filmu” Andrzej Zwaniecki. Bo przyznam, że podczas całego seansu dość wesoło tupałem sobie lewą nogą, a „One Night Only” nucę od kilku dni bez przerwy. Ale to jest reakcja, jaką miewam podczas dobrego koncertu, a nie filmu. A filmu pomiędzy piosenkami za wiele tu nie było...
PD: Ależ Konradzie, przecież właśnie o to chodziło, żebyś wesoło tupał sobie nogą! O to chodzi w każdym gatunku filmu rozrywkowego – komedia ma Cię śmieszyć, horror straszyć, a musical oferować dobre piosenki w dobrej choreografii. A tu masz jeszcze więcej niż w przeciętnym musicalu – dobre aktorstwo (porównaj umiejętności obsady „Dreamgirls” do aktorskiego poziomu takich „Dirty Dancing”, „Grease”), błyskotliwe komentarze społeczne. Nie zgodzę się, że filmu wcale tu za wiele nie było. Może inaczej – nawet jeśli scen „granych” było mniej niż „śpiewanych”, to i tak przeważnie były przedniej jakości – weź chociażby tę świetną sekwencję, gdy energetyczny hit naszych czarnoskórych bohaterów zostaje przerobiony na okropnego smęta dla jakiegoś ulizanego białasa („Myślisz, że to Elvis był autorem »Hounddog«?”). Albo narkotyzujący się Murphy, po tym, jak dowiaduje się, że już nie pasuje do tego biznesu...
KW: Mój główny problem z „Dreamgirls” polega na tym, że dawno chyba nie widziałem musicalu, w którym aż taki procent filmu był poświęcony piosenkom.
PD: Toż to okropne! W komediach pewnie Ci przeszkadza, jak twórcy za bardzo skupiają się na gagach, olewając na przykład pogadanki o sensie życia? Powiedz po prostu, że te piosenki nie do końca podchodziły pod Twoje gusta.

Jeden z najbardziej dramatycznych momentów filmu - śpiewają.
KW: Oj, nie dałeś mi skończyć zdania... Nie jest moim zarzutem, że są to piosenki w ogóle (bo to by skasowało całkowicie „Parasolki z Cherbourga” czy „The Wall”, za którym jako nastolatek przepadałem), lecz – co istotne – to piosenki nieposuwające fabuły do przodu (jak w „Chicago”) i niezaskakujące ciekawą aranżacją (jak, bo ja wiem, np. w „Moulin Rouge”). Niestety, to piosenki, które zwykle (nie zawsze oczywiście) nie były żadnym komentarzem do fabuły, a były odgrywane w banalnej scenografii koncertowej. I naprawdę dużo tego było... No to właśnie w tym celu kupuje się zapis koncertu na DVD, a nie idzie do kina na film z największą ilością oscarowych nominacji...
PD: W tym trzema za piosenki i ani jedną w najważniejszych kategoriach. Co do banalnej scenografii – zgoda. Tyle że łatwiej o wymyślniejszą scenografię w historii bohemiarzy czy morderczyń niż piosenkarek R&B. Występy sceniczne były tu niezbędne dla fabuły. A większość piosenek stanowiło do tejże fabuły komentarz, więc w tej kwestii mijasz się z prawdą.
KW: No nie gadaj. Nie chce mi się lecieć na seans z notesikiem i wypisywać, ale z imdb widzę, że w filmie pojawiło się 29 (!) piosenek, z których jako komentarz do fabuły mogę uznać „It’s All Over”, „And I Am Telling You I′m Not Going” (znakomite zresztą), białasową wersję „Cadillac Car”, „Jimmy’s Rap”, „When I First Saw You” (taki tam miłosny smut, ale niby oddający relację między bohaterami), „I Am Changing” i nudziarskie tytułowe „Dreamgirls”. Dorzućmy do tego jeszcze ze trzy, które pominąłem, to daje nam coś koło 20 kawałków wciśniętych do filmu, tylko żeby se pośpiewali! Nawet licząc 2 minuty na jedną, to dobre 40 minut śpiewania bez treści. Nie mówię, że brzydkiego, ale wystarczającego, by widza nieczującego klimatu tej muzyki mocno zmęczyć.
PD: Co Ty możesz uznać za komentarz do fabuły, a co faktycznie nim jest, to dwie różne sprawy. Pominąłeś nie trzy, bo wiele więcej – „Listen”, „Family”, „Lorrell Loves Jimmy”, „Patience”, „I’m Somebody”... Kurczę, skończę, bo nie o to chyba chodzi, byśmy przerzucali się tracklistą. Fakt faktem, że piosenek wrzuconych zupełnie od czapy praktycznie tu nie było – wszystkie były powiązane albo z aktualnymi sytuacjami bohaterów, albo ich uczuciami, marzeniami etc.

Dramatyczny zwrot akcji - śpiewają, ale w innej scenerii.
KW: Większość piosenek w ogóle jest jakoś powiązana z uczuciami, marzeniami... Może więc przeformatuję nieco zarzut – konstrukcja filmu polegająca na wypełnieniu go piosenkami, które nie posuwały fabuły do przodu (w taki sposób jak np. w „Chicago”), choć nawet były jakimś komentarzem do uczuć bohaterów, dla wielu widzów może być nużąca podczas seansu (to nie jest tylko moje odczucie). Próbujesz wyciągnąć ode mnie od paru pytań mój stosunek do tej muzyki, więc może czas to przyznać – choć miła dla ucha, nie ruszała mnie zbytnio, nie wywoływała (z dwoma wyjątkami – „And I Am Telling You I′m Not Going” i „One Night Only”) emocji. To muzyka z innej epoki. I nie będę się kłócił, gdy stwierdzisz, że to może być mój największy problem. Bo jak się zachwycić filmem, w którym jest po prostu 29 miłych, niewywołujących większych uczuć, piosenek?
PD: No i właśnie w tym sęk. Cieszę się, że doszliśmy do konsensusu. Chociaż zarzutu, że „to muzyka z innej epoki”, przyznam, nie rozumiem – Bach czy Beethoven są z epoki jeszcze odleglejszej, co nie przeszkadza mi z przyjemnością posłuchać od czasu do czasu muzyki klasycznej. Po prostu na czym innym się wychowałeś i tyle, co tu dużo roztrząsać.
KW: A nie miałeś wrażenia, że część wątków zboczyła na manowce? Dla mnie wątek Murphy’ego nie jest do końca wygrany, zupełnie zmarnowany wątek dziecka Effie (mam zrozumieć, że Deena ot tak przechodzi nad tym do porządku dziennego?), niedograny wątek rywalizacji o pierwszeństwo w zespole... Może za mało było na to czasu, bo za dużo zajęły piosenki...?
PD: Ojej, no to złóż petycję o rozłożenie tego na serial, TVN na pewno wykupi prawa. Wątek Murphy’ego był poboczny, więc nie odniosłem takiego wrażenia. Nierozwinięcie wątku dziecka Effie też nie spędza mi snu z powiek, nie skupiam się na tym, czy Deena słusznie przechodzi do porządku, czy nie, tylko na tym, że Deena jest modelową postacią gwiazdki bez osobowości, robiącej karierę dzięki ładnej buzi i świetnym wymiarom. Effie zaś odwrotnie – wybitny głos, ale dyskwalifikująca waga i charakter. I to odzwierciedla nie tylko reguły rządzące show-biznesem w latach, w których rozgrywa się akcja filmu, lecz i obecną sytuację. A dodatkowego smaczku dodaje jeszcze fakt, że życiorysy zarówno Beyonce, jak i Jennifer Hudson, niemal pokrywają się z opisami odtwarzanych przez nie postaci.
KW: Fajnie, ale chyba nie muszę poznawać życiorysów odtwórczyń przed pójściem do kina, prawda?
PD: Prawda, ale nie poznać życiorysów akurat tych odtwórczyń było ostatnimi czasy naprawdę trudno – musiałbyś w ogóle nie oglądać telewizji, nie słuchać radia, o prasie nie wspominając. Zresztą o taki brak rozeznania Cię nie podejrzewam – to tak jakbyś oglądając „Hollywoodland”, nie wychwycił ani jednego punktu wspólnego życiorysów Reevesa i Afflecka. Nigga, please...

Napięcie sięga zenitu - zbierają siły by znów śpiewać.
KW: Zaraz, zaraz, Reeves też miał Oscara za scenariusz???! :-) No, masz mnie. Wiem o Beyonce, że jest lansowana, a widzę, że ma głównie urodę (tu i tak aktorsko nie była taka masakra jak w „Różowej panterze”). Wiem o Hudson, że nie wygrała Amerykańskiego Idola, a patrząc na jej głos i ekspresję, mogę sadzić, że zadecydował brak właściwej figury...
PD: No, ale jakaś sprawiedliwość dziejowa się dopełniła, bo w castingu do roli Effie pokonała właśnie między innymi zwyciężczynię Idola.
KW: Dobrze, że się nie skupiasz na szczegółach, ale właśnie nadmiar ledwie zarysowanych wątków szkodzi filmowi. Bo taka postać jak Jimmy „Thunder” Early to temat na osobny film (inna sprawa, że dość sztampowy)...
PD: No i będziesz miał niedługo taki osobny, sztampowy film, gdyż Hollywood przygotowuje się do realizacji biografii Jamesa Browna, na którym to przecież wzorowano postać „Thundera”.
KW: Ojej, już zaczynam ziewać... :-)
PD: A ja już zacieram ręce, bo reżyserią zainteresowany jest sam Spike Lee.