Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 15 sierpnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Dziecięcy samuraj, czyli jakie kino lubią Japończycy

Esensja.pl
Esensja.pl
„KILL” („Kiru”), kompilacja czterech kulminacyjnych scen z nieistniejących filmów w stylu chambara (walki na miecze), brutalnie obnaża słabe i mocne strony japońskiego kina akcji. Paradoksalnie, wygrali autorzy, którzy wymknęli się programowej konwencji, a pozostałe dzieła zieją wtórnością i hermetyzmem.

Rafał Zaborowski

Dziecięcy samuraj, czyli jakie kino lubią Japończycy

„KILL” („Kiru”), kompilacja czterech kulminacyjnych scen z nieistniejących filmów w stylu chambara (walki na miecze), brutalnie obnaża słabe i mocne strony japońskiego kina akcji. Paradoksalnie, wygrali autorzy, którzy wymknęli się programowej konwencji, a pozostałe dzieła zieją wtórnością i hermetyzmem.
Festiwalowe road to KILL
Tokijski Międzynarodowy Festiwal Filmowy (TIFF) to, obok szanghajskiego SIFF, największe tej rangi wydarzenie w Azji. Przez dziewięć dni, w Roppongi i Shibuya wyświetlane były filmy z całego świata, podzielone na dziesięć bloków tematycznych i dwanaście imprez towarzyszących.
Najbardziej prestiżową z kilkunastu nagród wręczonych na XXI TIFF była Tokyo Sakura Grand Prix, którą w tym roku otrzymał, zauważony już w Cannes i Zurychu, „Tulpan” Sergeia Dvortsevoya, zaś polskim akcentem była specjalna nagroda jury dla „Czterech nocy z Anną” Jerzego Skolimowskiego.
Choć trudno powiedzieć, że Japonia festiwalem żyła, wydarzenie było w Tokio obecne medialnie w całkiem niezłym stopniu – stacje metra i dworce oklejono plakatami z zielonym logiem TIFF. Międzynarodowi goście, spotkania, pompa. Nie wiedzieć zatem dlaczego, wybrałem się do Tokio ze swojego Sendai (dwie godziny pociągiem) absolutnie nieprzygotowany, licząc na kupno biletów na premierowe „Hells Angels” i „KILL” przy wejściu. Jak się okazało, nie było żadnych szans na obejrzenie dzieła Yoshinobu Yamakawy, a jedyne, co mogła mi zaproponować urocza pani Yoko z okienka, to kiepska kawa w zielonym, jakoby ekologicznym, kubeczku TIFF.
Zmobilizowany wizją zmarnowanego wyjazdu, postanowiłem zdobyć wejściówkę przynajmniej na „KILL”, który wyświetlany był za dwa dni. Biletów oczywiście nie było. Po chwilowym olśnieniu zrozumiałem, że podchodziłem do sprawy w sposób wybitnie niejapoński. Czym prędzej podziękowałem Yoko, znalazłem kafejkę, przeszukałem aukcje internetowe i wydałem okrzyk zwycięstwa (yatta!), bo oto znalazłem sprzedawcę dwóch biletów na niedzielny seans.
Wszystko poszło sprawnie i jedynym problemem było rozpoznanie mego sprzedawcy przed kinem w niedzielny wieczór. On – Japończyk w średnim wieku – nieśmiało czekał, aż to ja (jedyny Europejczyk w okolicy) do niego podejdę, mimo że nie miałem pojęcia, którym ze znajdujących się przed wejściem do sali mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni jest mój wybawca. Z pomocą przyszedł telefon i po chwili dokonałem transakcji z panem Ono.
Kino było pełne, a powitanie ze sceny odbyło się w błyskach fleszy skierowanych na reżyserów i ekipę aktorską. Krótka prezentacja ujawniła dwie ważne informacje: Mamoru Oshii, zgodnie z zapowiedziami, nie przybył, zaś najefektowniej prezentowała się nie aktorka, ale zajmująca się muzyką i podkładaniem głosów do „Kodomozamurai” Vanilla Yamazaki. Vanilla, ubrana w złote, błyszczące kimono, podkreśliła zresztą, że to jest jej codzienny, bynajmniej nie świąteczny, ubiór. Każda z osób pozdrowiła krótko widzów i zaczęło się. Nadszedł czas na KILL.
Młode wilki i stary wyjadacz
Oshii, zbierając reżyserów pod szyldem projektu „KILL”, wymyślił sobie cztery filmy neosamurajskiej akcji, z których wycięte zostały wstęp i rozwinięcie. Cztery climaxy, dwudziestominutowe sceny kulminacyjne z filmów, które nigdy nie powstały.
Pierwszy z nich – „Kilico” Takanoriego Tsujimoto – historia o siostrzanej zemście, to opowieść w formacie najbardziej pasującym do wizji Oshiiego. Jest szybka, krwawa i, na krótką metę, wizualnie sycąca. Film zaczyna się jak słabszy „Kill Bill” i w momencie, gdy podobieństwa między dwoma dziełami stają się dla widza nieznośne, „Kilico” zmienia konwencję. Na gorsze. Z powodu naciąganej końcówki idea reżysera pozostaje nieodgadniona – ani to pastisz, ani obrona gatunku, ani li tylko zabawa kamerą.
„Kilico”
„Kilico”
Podobnie jest z trzecim obrazem. Przetłumaczony jako „Zan-gun” debiut reżyserski Minoru Tahary, to dzieło zrodzone z fanowskiej duszy i przeznaczone dla podobnych Taharze fanatyków. Odwieczna moc, niszczący pojedynek dobra ze złem i japońskie oddziały specjalne – wszystko wrzucone i zmieszane, aby zakamuflować fakt, że fabuła filmu zbudowana jest na jednym pomyśle na rekwizyt – samurajski miecz połączony z pistoletem. Nawet znany z „Azumi” czy „Battle Royale” aktor Yuuma Ishigaki nie ratuje filmu od jego hermetycznej niszowości. Takich filmów robi się w Japonii setki i żaden nie ma szans przebić się na mainstreamowy rynek zachodni. Maniacy, tacy jak trzydziestoparoletni Japończyk, który na pospektaklowej konferencji długo chwalił reżysera za precyzyjne detale techniczne w „Zan-Gun”, są jedynymi odbiorcami obu szortów. Niezła, choć trochę bezsensowna zabawa.
„Zan-gun”
„Zan-gun”
Zarówno dla mnie, jak i dla innych zagranicznych obserwatorów, objawieniem była trzecia etiuda, czyli „Kodomozamurai” (Dziecięcy samuraj) Kenty Fukasaku. Najbardziej „kompletna” fabuła ze wszystkich czterech obrazów wyraźnie kontrastowała z założeniami projektu. I wyszło jej to na dobre. Ciepła i przezabawna opowieść o szkolnych problemach, opowiedziana w konwencji starego, niemego filmu samurajskiego, to najbardziej oryginalny japoński film, jaki widziałem od kilku lat. To właśnie jest droga, którą podążać powinien filmowy przemysł Nipponu, od lat niepotrafiący konkurować z Zachodem: klimatyczne, proste opowieści oparte na zaskakujących, choć spójnych konwencjach. Humor tryska z ekranu, a sepia, dźwięki koto i fantastyczna gra głosem Vanilli Yamazaki nadają tej prostej historii głębszy, kulturowy wymiar. Fukasaku, współtwórca obu „Battle Royale”, pokazuje, że odziedziczył po słynnym ojcu, reżyserze Kinjim („Tora! Tora! Tora!”), wielki talent.
„Kodomozamurai”
„Kodomozamurai”
Wreszcie nadszedł czas na mistrza – Mamoru Oshiiego, koordynatora projektu. Reżyser, który w tym roku miał już jedną premierę (animowane „The Sky Crawlers” o powietrznych wojnach toczących się ponad dachami Warszawy) przedstawił „Assault Girl 2”, dzieło nawiązujące tytułem do poprzedniego szorta Oshiiego („Assault Girl” ze zbioru „Shin Onna Tachiguishi Retsuden” z 2007 roku). Trudno coś powiedzieć o „Assault Girl 2” poza tym, że było to dzieło bardzo dla reżysera charakterystyczne. Każdy, kto widział „Innocence” czy chociaż „Avalon” (z naszą Małgorzatą Foremniak) rozpozna znaki szczególne Oshiiego: pochmurne niebo, zwierzęta, czołg, muzykę Kenjiego Kawai i tę specyficzną powolność kadrów, to spokojne budowanie scenerii do kulminacyjnego pojedynku. Mimo iż Oshii zdaje się kręcić ten sam film po raz wtóry, reżyser wyraźnie ewoluuje i szuka nowych środków wyrazu. Znakomita jest gwiazda „Babel” Rinko Kikuchi, choć na ekranie oglądamy ją jedynie przez chwilę. „Assault Girl 2” jest niewątpliwie autorsko najdojrzalszym dziełem z projektu KILL, choć dla niezaznajomionego ze stylem widza obraz może okazać się przesymbolizowany i trudny w odbiorze.
„Assault Girl 2”
„Assault Girl 2”
Zapytałem obecnych na premierze Fukasaku, Tsujimoto i Taharę, czy nie czują się przez Oshiiego wykiwani – ten ostatni zebrał ich wszak pod szyldem „KILL”, a potem w swej etiudzie nie pokazał samego kill’owania w żadnej ze scen. Rozbawieni, potaknęli, a Tsujimoto ironicznie dodał, że nawet jeśli, to przecież Oshii był szefem i krytykować jego dzieła nie mogli. „A Oshii krytykował wasze?”, nasunęło się od razu pytanie. „Oshii-kantoku (jap.: reżyser) nigdy nie mówi nic dobrego o nie swoich filmach”, zakończył Tsujimoto, a Tahara i Fukasaku milcząco pokiwali głowami.
KILL jako projekt broni się. Cztery obrazy, z których dwa są przeciętne, jeden świetny, a czwarty zrobiony przez Mamoru Oshiiego, to diagnoza japońskiego kina A.D. 2008. Pozostaje mieć nadzieję, że pójdzie ono drogą wytyczoną przez Fukasaku, a nie Tsujimoto czy Taharę. Rzut oka na repertuar kin w Tokio czy Osace nie zostawia jednak złudzeń: Japończycy lubią takie kino akcji, którego głównonurtowy Zachód nigdy nie zrozumie.
koniec
17 listopada 2008
„Kill”
Reżyseria: Oshii Mamoru, Fukasaku Kenta, Tsujimoto Takanori, Tahara Minoru.
Występują: Kikuchi Rinko, Fujita Yoko, Morita Ayaka, Ishigaki Yuma, Mizoguchi Takuya.
Japonia, 2008. 82 min.

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Wakacyjny leksykon filmów o żywych trupach. Część 7
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

12 VIII 2020

W XXI wieku zombie ewoluowały. Stały się szybsze i bardziej agresywne. Często zostały poddane różnym mutacjom. Ich eliminacji towarzyszą odgłosy karabinowych serii i wybuchów granatów. Miejsce gotyckiego horroru zastąpiła akcja. Oto dziesięć filmów akcji o żywych trupach.

więcej »

Z filmu wyjęte: Recepcja nadzorcza
Jarosław Loretz

10 VIII 2020

Co zrobić, żeby stale mieć oko na poczynania najemców? No cóż, wystarczy odpowiednio umieścić recepcję…

więcej »

Wakacyjny leksykon filmów o żywych trupach. Część 6
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

5 VIII 2020

Świat zombie to przede wszystkim miłość do umowności i złego smaku. Dlatego też poza kinowymi superprodukcjami, fani cenią sobie także niezależne filmy, robione za psie pieniądze, z kiepskim aktorstwem i przesadną ilością makabrycznych scen. Dziś zajmiemy się właśnie nimi, oto 10 najlepszych niskobudżetowych filmów o żywych trupach.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Dogma

Do sedna:

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy.
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu.
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy.
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka.
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata.
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Birdman.
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Biutiful.
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Nowy uśmiech Ayanami
— Rafał Zaborowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.