Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 listopada 2019
w Esensji w Esensjopedii

Filmy

Magazyn CXCI

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

Zapowiedzi

kinowe

więcej »

dvd i blu-ray (wybrane)

więcej »

Śmiało dążyć tam, gdzie nikt dotąd nie dotarł…

Esensja.pl
Esensja.pl
Konrad Wągrowski
Dziś mija równo 50 lat od wyemitowania pierwszego odcinka serialu „Star Trek”. Z tej okazji pozwolimy sobie przypomnieć pokrótce historię cyklu. Trekkerzy oczywiście wszystkie te fakty potrafią podać natychmiast po przebudzeniu o 3 w nocy, ale dla mniej zaangażowanych w to uniwersum może być to cenne źródło wiedzy, by móc odróżnić swojego Klingona od innego Romulanina.

Konrad Wągrowski

Śmiało dążyć tam, gdzie nikt dotąd nie dotarł…

Dziś mija równo 50 lat od wyemitowania pierwszego odcinka serialu „Star Trek”. Z tej okazji pozwolimy sobie przypomnieć pokrótce historię cyklu. Trekkerzy oczywiście wszystkie te fakty potrafią podać natychmiast po przebudzeniu o 3 w nocy, ale dla mniej zaangażowanych w to uniwersum może być to cenne źródło wiedzy, by móc odróżnić swojego Klingona od innego Romulanina.
W drugiej połowie lat 80. pojawił się w polskich kinach film science fiction pod niewiele mówiącym tytułem „Powrót do domu”. Jak się okazało, był to pierwszy kontakt polskiego widza z popkulturowym fenomenem, jakim była seria „Star Trek”. Kontakt zadziwiający, bo rozpoczęty od czwartego filmu z cyklu będącego kontynuacją 80-odcinkowego serialu. Nie bardzo wiedzieliśmy, kim są bohaterowie, skąd wracają, o co chodzi w zakończeniu na planecie Vulcan (w polskich tłumaczeniach czasem prezentowana jako Wolkan), ale bawiło nas zderzenie kultur po podróży w czasie, gdy załoga z przyszłości stykała się z XX-wiecznym społeczeństwem. Dopiero w następnych latach mogliśmy dowiedzieć się więcej na temat serialu, który stał się legendą telewizyjnej fantastyki naukowej i od lat fascynuje rzesze oddanych fanów.
8 września 1966 r. w amerykańskiej telewizji pojawił się pierwszy, pilotowy odcinek serii, zatytułowany „The Man Trap”. Jej twórcą był Gene Roddenberry, wielka legenda telewizji, były wojskowy, były policjant, filozof i kobieciarz. Niewątpliwie „Star Trek” inspirowany był słynnym filmem SF z 1955 roku, „Zakazaną planetą” – w obu przypadkach mamy wielki, dyskowaty statek kosmiczny, umundurowaną załogę, odkrywanie nowych planet i przemieszczanie się za pomocą teleportera. Wkrótce jednak seria zaczęła odkrywać zupełnie nowe rejony Wszechświata i na zawsze zapisała się w historii produkcji telewizyjnych.
Skąd taka popularność? A właściwie, jak to się stało, że serial jest tak popularny dziś po 50 latach – bo w latach 60. wcale nie miał wielkiej oglądalności i umarł po 3 sezonach. Nie była to przecież seria bez wad. Odtwórca głównej, sztandarowej roli, William Shattner był zawsze bardzo słabym aktorem (jak się później okazało – również słabym reżyserem). Serial, zwłaszcza w trzecim sezonie stawał się powtarzalny. Irytowało moralizatorstwo. Dosyć naiwna, choć piękna była również wizja szczęśliwego społeczeństwa przyszłości.
Serial miał jednak niezaprzeczalne zalety, które zadecydowały o jego sukcesie. Przede wszystkim prezentował wyobraźnię swych twórców skrępowaną jedynie niewielkim budżetem (stąd m.in. pomysł teleportowania, tańszego na ekranie od lądowań statków kosmicznych). Przygody załogi „Enterprise” to przegląd klasycznych pomysłów fantastyki naukowej. Obce rasy, telepatia, podróże w czasie, wszechświaty równoległe, inżynieria genetyczna, a nawet coś w rodzaju telefonii mobilnej były na porządku dziennym. Warto wspomnieć, że wśród scenarzystów serii znajdowali się najwybitniejsi pisarze gatunku m.in. Theodore Sturgeon, Norman Spinrad, David Gerrold i Harlan Ellison. Pomysły te odegrały zupełnie nieoczekiwaną rolę w rozwoju nauki – obecnie wielu najwybitniejszych amerykańskich fizyków przyznaje się do młodzieńczej fascynacji „Star Trekiem” i do tego, że właśnie ten serial przyczynił się do wzrostu ich zainteresowania nauką.
Twórcom serii udało się stworzyć załogę, której losy obchodziły widzów. Na czele stanął przystojniak i kobieciarz, kapitan James T. Kirk, wzorowany zresztą na zmarłym 3 lata wcześniej prezydencie Johnie F. Kennedym (JTK/JFK). W wielokulturowej i wielorasowej załodze miał m.in. lekarza dr. McCoya , który zasłynął powtarzaną często kwestią „on nie żyje, Jim”, ogłaszając śmierć kolejnego statysty, główny mechanik Montgomery Scott („Beam me up, Scotty!”), Rosjanin Chekov (po polsku ładniej będzie napisać Czekow), skośnooki porucznik Sulu, ciemnoskóra porucznik Uhura. Warto wspomnieć, że pocałunek między Kirkiem i Uhurą, był pierwszym międzyrasowym pocałunkiem w amerykańskiej telewizji. Co prawda oboje byli wówczas pod kontrolą Obcych, ale co tam.
Najlepszym pomysłem serii okazał się jednak Spock (Leonard Nimoy) – szpiczastouchy, szlachetny kosmita z pokojowo nastawionej planety Vulcan, z rasy kierującej się zawsze rozumem i rozsądkiem, nigdy emocjami. Kontrast między zrównoważonym Spockiem i emocjonalnym Kirkiem przez lata nakręcał dynamikę serii.
Jak wspomniałem, serial upadł po 3 latach. To był jednak początek zupełnie nowego życia. Zaczęło się od próby kontynuacji serii w formie animowanej – w latach 1973-1975 powstały 22 odcinki, ale nie odniosły wielkiego sukcesu. Niezmordowany Roddenberry zebrał w 1979 ponownie całą ekipę i stworzył wersję kinową – „Star Trek: The Motion Picture” (w pierwotnej wersji powrót do uniwersum miał być tak naprawdę pilotem nowej serii telewizyjnej, ale skończyło się na pełnometrażowym filmie kinowym), w reżyserii zasłużonego weterana Roberta Wise’a, twórcy m.in. kultowego „Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia”. Stworzony z rozmachem i wysokim budżetem film jednak lekko rozczarował, ale nie pogrążył serii – w ciągu następnych 30 lat powstało 10 filmów pełnometrażowych (w tym sześć z załogą z klasycznego „Enterprise” i 4 z załogą nowego pokolenia, o czym za chwilę). Za najlepszą powszechnie uważa się część drugą, „Gniew Khana”, w której powraca jedna z pobocznych postaci z serialu w sugestywnej kreacji Ricardo Montalbana, aby stoczyć pojedynek na śmierć i życie z Kirkiem i załogą „Enterprise”.
W 1987 roku został otwarty kolejny wielki rozdział w historii „Gwiezdnej wędrówki”. W serialu „Star Trek: Następne pokolenie” na ekrany powrócił „Enterprise” z zupełnie nową załogą, umieszczony w rzeczywistości serialowej 80 lat po misjach kapitana Kirka. Był to również skok jakościowy, uważa się, że nowa seria swym poziomem zdystansowała klasykę, choć nie mogła dorównać jej legendą. Znakomitym pomysłem było zatrudnienie świetnego szekspirowskiego aktora Patricka Stewarta w roli nowego dowódcy Jean-Luca Picarda. Rolę kiepskiego aktorsko kobieciarza przejął Jonathan Frakes jako komandor Riker, a racjonalnego Spocka zastąpił android komandor Data, grany przez świetnego Brenta Spinnera. W załodze znalazło się więcej kosmitów (zawsze jednak humanoidalnych), a sam serial nabrał głębi, rozwinął charaktery postaci i rozszerzył zakres podejmowanych tematów. Załoga nowego „Enterprise” również weszła na kinowe ekrany (czterokrotnie), a kapitan Picard i kapitan Kirk spotkali się na chwilę w filmie „Star Trek: Pokolenia” (1994).
„Pokolenia” miały 7 sezonów. Ich następcy nie dorównali może serialowi z Picardem, ale wciąż poszerzali uniwersum „Gwiezdnej wędrówki”. Akcja „Star Trek: Deep Space Nine” (1993 – 2000) toczy się na stacji kosmicznej, „Star Trek: Voyager” to próba powrotu do domu załogi rzuconej w odległe rejony Wszechświata i pierwsza kobieta jako dowódca statku (kapitan Kathryn Janeway), „Enterprise” to z kolei prequel, którego akcja toczy się 100 lat przed misjami Jamesa T. Kirka. Dodać należy liczne książki, komiksy, gry komputerowe, filmy dokumentalne…
Nie zmienia to jednak faktu, że legenda zaczęła blaknąć. Dwa ostatnie filmy z załogą Picarda – „Rebelia” i „Nemesis” okazały się porażkami. Serial „Enterprise” miał bardzo słabą oglądalność i szybko został skasowany. W 2005 Paramount Pictures zwróciło się do rozsławionego sukcesem serialu „Zagubieni” J. J. Abramsa oraz scenarzystów Roberto Orciego i Alexa Kurtzmana z prośbą o próbę odświeżenie serii. Orci i Kurtzman byli zagorzałymi fanami, Abrams, choć miał miłe wspomnienie seansu „Star Trek: The Motion Picture”, który oglądał w wieku 13 lat przedpremierowo wraz z ojcem, hollywoodzkim producentem, uważał się raczej za fana „Gwiezdnych wojen”. Jego celem było jednak stworzenie filmu akceptowalnego przez szerszą publiczność, niż trekkies. Porzucono wszystkie startrekowe odpryski i powrócono do źródeł. Film przedstawił znów klasyczną załogę Enterpirise, z Kirkiem, Spockiem, Uhurą, Sulu, McCoyem, Chekovem i Scottym – tyle, że powrócił do czasów ich młodości. J. J. Abrams, twórca „Zagubionych”, który otrzymał zaszczytne zadanie reanimacji „Gwiezdnej wędrówski”, nie próbował eksperymentów z nowymi bohaterami. Wziął to, co od 40 z górą lat kojarzy się z kanonem Star Treka – załogę „Enterprise” pod dowództwem kapitana Jamesa T. Kirka. Z jedną małą różnicą w porównaniu do pierwowzoru – jego film opowiadał o początkach wspólnej kariery Kirka, Spocka, McCoya, Uhury, Sulu, Chekova i Scotty’ego. Pozwoliłlo to upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: z jednej strony odwołać się do najważniejszej mitologii serii, z drugiej – dzięki młodym, nieogranym, przystojnym aktorom – przyciągnąć do kin młodzież, dla której klasyczny Star Trek nie jest legendą, lecz śmieszną ramotką. Nowy film, nowi bohaterowie mieli być dla młodego widza atrakcyjni. Taki pomysł – odmłodzenia ekipy – niejednokrotnie wprowadzano w cyklach komiksowych, aby nadawać im nowe życie i nową popularność.
Abrams w doskonały sposób utorował sobie drogę do rozwijania nowej franczyzy. Z jednej strony miał młodych, obiecujących bohaterów (i młodych, obiecujących aktorów), z drugiej strony nie musiał zbytnio przejmować się spójnością z mocno podstarzałym już serialem telewizyjnym z lat 60. czy cyklem filmów. Zmieniając startrekową przeszłość, Abrams jednocześnie dał sygnał, że jego bohaterowie mogą rozwijać się w nieco innym kierunku, niż do tej pory byliśmy przyzwyczajeni. Wydaje się, że okazał się dużo cwańszy od Lucasa, który kręcąc prequele „Gwiezdnych wojen”, musiał wcisnąć swą opowieść w znane już ramy, tak że oglądanie „Zemsty Sithów” w dużej mierze polegało na odhaczaniu kolejnych oczekiwanych wydarzeń. Abrams nie ma tego problemu, cykl mógł w następnych częściach podążać w dowolnym kierunku - choć, przyznajmy, nadal chętnie korzysta z pomysłów wprowadzonych przez klasyki. "W ciemność" ponownie przywrócił na ekran postać Khana (oczywiście także w wersji alternatywnej), tym razem w kreacji Benedicta Cumberbatcha, z kolei "W nieznane" (w reżyserii Justina Lina, który przejął temat, gdy Abrams wziął się za nowe "Gwiezdne wojny") po raz kolejny pozwoliło sobie na zniszczenie USS "Enterprise" i wprowadzenie nowej wersji statku. Jednocześnie ten ostatni film zawierał piękny hołd dla odtwórcy roli Spocka Leonarda Nimoya, który zmarł w 2015 roku.
I choć nowe filmy bywają krytykowane za odejście od naukowo-filozoficznego ducha klasycznej serii na rzecz dynamicznego kina akcji, to wciąż chętnie są oglądane. Wygląda więc, ze jeszcze dużo czasu minie, nim „Enterprise” zakotwiczy w suchym doku.
koniec
8 września 2016

Komentarze

31 V 2013   15:07:41

Inna kwestia, ze w serialu nigdy nie wypowiedziano frazy: Beam me up, Scotty.

01 VI 2013   22:29:26

sukcesem raczej rozsławiony niż osławiony (=okryty złą opinią)

08 IX 2016   17:16:23

Konrad nie mógł się zdecydować, która z wersji akapitu będzie lepsza. Po długim i głębokim zastanowieniu zdecydował się umieścić obie. "Czytelnik sam sobie wybierze lepszą, Esensja ma przecież mądrych czytelników", pomyślał :):)

--------------
Film przedstawił znów klasyczną załogę Enterpirise, z Kirkiem, Spockiem, Uhurą, Sulu, McCoyem, Chekovem i Scottym – tyle, że powrócił do czasów ich młodości.
[...]
Z jedną małą różnicą w porównaniu do pierwowzoru – jego film opowiadał o początkach wspólnej kariery Kirka, Spocka, McCoya, Uhury, Sulu, Chekova i Scotty’ego.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Patriotyzm lokalny. Z grubsza.
Jarosław Loretz

11 XI 2019

Dziś chwila odpoczynku od kina indyjskiego. Zamiast tego proponuję rzut oka na zaoceaniczne podejście do naszego lokalnego patriotyzmu.

więcej »

Z filmu wyjęte: Śmigłowiec rzecz droga
Jarosław Loretz

4 XI 2019

Co zrobić, gdy w filmie potrzebny jest helikopter, ale ekipa nie za bardzo ma skąd wyskrobać na niego pieniądze…?

więcej »

Do kina marsz: Listopad 2019
Esensja

2 XI 2019

A oto pakiet - naprawdę interesujących - zapowiedzi filmowych na listopad. Zróżnicowany wybór tytułów, jak to mówią - każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

więcej »

Polecamy

Darren Aronofsky. Źródło

Do sedna:

Darren Aronofsky. Źródło
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Requiem dla snu
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Pi
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Grudzień 2016 (1)
— Jarosław Loretz

Przebudzona niemoc
— Jarosław Loretz

Powrót do Odległej Galaktyki
— Konrad Wągrowski

Nieprawdziwi detektywi
— Jakub Gałka

Pozamiatane
— Łukasz Gręda

Ręce opadły
— Łukasz Gręda

Lost
— Łukasz Gręda

Dni jak ścięte wąsy
— Łukasz Gręda

Strzelają się
— Łukasz Gręda

Gumowe kule
— Łukasz Gręda

Tegoż autora

Przebudzony potwór kontratakuje!
— Konrad Wągrowski

Bliskie spotkania owczego stopnia
— Konrad Wągrowski

Sześćdziesiąt lat minęło a niebo wciąż na swoim miejscu...
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Marcin Knyszyński, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Wojna, która zakończy wszystkie wojny
— Konrad Wągrowski

W puszczy i pustyni
— Konrad Wągrowski

Z ziemi włoskiej do Polski
— Konrad Wągrowski

Kwapiszon, czyli szalony pościg
— Konrad Wągrowski

Kochając Diego, nienawidząc Maradony
— Konrad Wągrowski

Najtrudniejsza decyzja
— Konrad Wągrowski

Krótko o książkach: Zatrzymane w kadrze
— Konrad Wągrowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.