Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

Terminator: Seryjny elektroniczny morderca

Esensja.pl
Esensja.pl
Serial „Terminator: Kroniki Sary Connor” wchodził na ekrany z pompą godną swojej marki i, siłą rzeczy, nie spełnił wielkich nadziei. Produkcja telewizyjna nie ma szans równać się z kinową, ta konkretna zresztą nigdy nie usiłowała. Nie epatowała widza przemocą i fajerwerkami, powoli snuła opowieść – zbyt kameralną dla wielu. W końcu – o ironio, w kilka dni po premierze „Terminatora: Ocalenie” – serial zniknął z małego ekranu. Niby niewielkie zaskoczenie – a jednak szkoda.

M. Fitzner

Terminator: Seryjny elektroniczny morderca

Serial „Terminator: Kroniki Sary Connor” wchodził na ekrany z pompą godną swojej marki i, siłą rzeczy, nie spełnił wielkich nadziei. Produkcja telewizyjna nie ma szans równać się z kinową, ta konkretna zresztą nigdy nie usiłowała. Nie epatowała widza przemocą i fajerwerkami, powoli snuła opowieść – zbyt kameralną dla wielu. W końcu – o ironio, w kilka dni po premierze „Terminatora: Ocalenie” – serial zniknął z małego ekranu. Niby niewielkie zaskoczenie – a jednak szkoda.
G.I. John
G.I. John
Nowej odsłonie cyklu „Terminator” od początku towarzyszyło więcej kontrowersji niż entuzjazmu. Czy legendę, którą zszargał „Bunt maszyn”, należy znów ekshumować? Nie udało się już raz, bez Jamesa Camerona za sterami. Jak więc tego dokonać, gdy odtwórca głównej roli – niczym niegdyś Zenon Laskowik – porzucił świat showbiznesu, by zająć się czymś poważniejszym? Przecież Terminator to Arnie, a Arnie to Terminator. Opoka, na której opiera się cała marka.
Powszechnej uwadze uchodzi tutaj fakt, że ta marka to nie tylko trzy filmy kinowe. Jeszcze w latach 90., niedługo po premierze „Dnia Sądu Ostatecznego”, Bethesda Softworks wydała serię gier FPP, nawiązujących do stworzonego przez Jamesa Camerona uniwersum. Co ciekawe, w żadnej z nich znany i kochany T-800 nie występuje. Osią fabuły jest – uwaga, niespodzianka – walka niedobitków ludzkości ze SkyNetem w postapokaliptycznym świecie przyszłości. Tak więc wszystko to już było i całkiem dobrze się bez Arnolda obyło. Podobnie jak serial telewizyjny – „Terminator: Kroniki Sary Connor”.
„Serial telewizyjny? Hm… Ale po co?” – pomyślałem sobie, pierwszy raz o nim słysząc. Pal licho, że bez udziału Schwarzeneggera. Swego czasu przecież niewiele brakowało, a Terminatorem zostałby nie on, a Lance Henriksen. Mniejsza o to, że mniejszy budżet (ergo: słabsze efekty i nieco mniej eksplozji) – w końcu pierwszą część cyklu James Cameron nakręcił za „marne” 6 milionów. Najbardziej zastanawiało mnie, jak mają zamiar stłoczyć dziewięćdziesiąt minut filmowej akcji w czterdziestu trzech minutach – i jak długo ten motyw wałkować, wrzucając pod wałek co tydzień nowego cyborga: a to faceta, a to kobietę, a to dziewczynkę albo pieska. Bo tak się robi seriale, nawet te z górnej półki: bierze się szablon i raz po raz odrysowuje. Ale – jak się okazuje – nawet w Hollywood schodzą czasem z wydeptanych ścieżek.
„Kochanie, umyłeś uszka, jak kazałam?”
„Kochanie, umyłeś uszka, jak kazałam?”
Pilot „Kronik Sary Connor” zaczyna się wręcz klasycznie. Barczysty facet o kwadratowej szczęce, po chwili strzały – trupem pada urodziwa dziewczyna. Młody John salwuje się ucieczką przez okno, a gdy wydaje się, że już po nim, słyszy sakramentalne: „Chodź ze mną, jeśli chcesz przeżyć”. Z ust tej samej dziewczyny, która przed chwilą oberwała trzy kulki. Po niespodziewanym zwrocie akcji następuje klasyki ciąg dalszy: paniczna ucieczka, pościg, skok w czasie – tym razem w przyszłość. Z tej okazji trochę negliżu i turlająca się po asfalcie goła metalowa czaszka. „Terminator” jak się patrzy. Jednak to tylko preludium do zupełnie innej historii – do „Kronik Sary Connor”1).
Dwójka głównych bohaterów w niczym nie przypomina filmowych pierwowzorów. Sarah to już nie żeńska wersja Rambo. Pamiętna Linda Hamilton była jak wściekła niedźwiedzica, broniąca swojego małego. Gdzie tam nowej odtwórczyni do niej! Filigranowa Lena Headey nie zdołałaby pewnie nawet raz podciągnąć się na drążku. Po małym, bezczelnym cwaniaczku, jakim był dziesięcioletni John (Edward Furlong – mój ówczesny nr 2 na liście Denerwujących Bachorów, zaraz po Macaulayu Culkinie), też nic nie zostało. Ten nowy – Thomas Dekker – to może jeszcze nie to, co zmarnowany, paranoiczny Nick Stahl, ale też nie najlepiej z nim. Jest małomówny i niedostępny; z początku nie tyle zbuntowany, co pasywno-agresywny. Matka i syn zdają się przygaszeni latami ciągłej ucieczki, a jednak ciągle czujni, gotowi w każdej chwili znów zerwać się do biegu. Są świetnie zorganizowani: lewe papiery na każdą okazję, pieniądze, broń. Tworzą zgrane, dwuosobowe komando. Ona – instruktor musztry, on – rekrut. Nie ma w tej relacji miejsca na zwykłą, matczyno-synowską czułość. Na przestrzeni trzydziestu odcinków to charakterystyczne, rzucane w amerykańskim kinie na prawo i lewo „I love you” i „I love you, too” pada jedynie raz.
„Hasta la vista, baby!”
„Hasta la vista, baby!”
Gdy wakat na stanowisku elektronicznej opieki do dziecka zwolnił się bezpowrotnie, oczywiste było, że drugiego takiego Pana Niani już nie będzie. Filmowcy postawili więc na prostotę: na nową babysitterkę dla Johna wybrano ładną, młodą dziewczynę. Tym sposobem wielkie, puste miejsce po Arniem zajęła zwiewna Summer Glau. I lukę tę wypełniła w sposób intrygujący. Nie stara się być zgrabna ani giętka, nie patrzy przez ramię, obracając głowę o sto osiemdziesiąt stopni. Przeciwnie: Cameron Philips jest niczym mały czołg. Chodzi ciężkim, sztywnym krokiem, ciska rosłymi chłopami po ścianach i nigdy nie mruga. A jednak ten „Arnie na obcasach” potrafi zadziwić kobiecością – nie własną, lecz podpatrzoną. Ogromne wrażenie robi balet w wykonaniu Terminatorki. Najbardziej w oczy rzuca się jednak swoista chemia pomiędzy nią a Johnem: coś innego niż kumpelskie relacje obrońcy i podopiecznego w „Dniu Sądu Ostatecznego”. Zamiast „Hasta la vista, baby” i przybijania piątek – tu muśnięcie dłonią po karku (czyli pomiar tętna i temperatury), tam powłóczyste spojrzenie (namierzanie). I wątek romansowy gotowy! A przynajmniej tak ma myśleć widz. W końcu Cameron to – bez względu na stopień zaawansowania technicznego – tylko zimna maszyna. Najpewniej właśnie to jednak zjednuje jej uczucia Johna2). Bo czyż mężczyźni nie szukają w kobietach odbicia swoich matek?
„John, I am your uncle”
„John, I am your uncle”
Tej patologicznej rodzince po piętach depcze wciąż T-888 imieniem Cromartie3). Nigdzie i nigdy nie mogą się czuć bezpieczni. Przemieszczają sie z miejsca na miejsce – ba! skaczą w czasie. Wszystko na nic. Odnajduje ich raz po raz, osacza i okrąża, przypiera coraz bardziej do muru z siłą równą Arniemu. Bo mimo że skromniejszej budowy, niedostatki muskulatury nadrabia charakterem. Cromartie nie jest zimnym mordercą – to raczej klasyczny psychopata. Nim zabije, lubi ponapawać się swoją władzą. Bawi się z ludźmi w kotka i myszkę, upaja się ich bezsilnością, zwodzi i miesza szyki. Trochę w nim Hannibala, a trochę Jigsawa. Garrett Dillahunt – etatowy serialowy szwarccharakter – znakomicie sprawdza się w tej roli. Co ciekawe, podobnie jak filmowy Terminator, tak i jego postać dokonuje w pewnym momencie serii zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni.
Nie mniej kłopotów nastręczają duchy przeszłości, przewijające się to na bliższym, to na dalszym planie: ścigający Sarę od lat agent FBI, psychiatra, którego była pacjentką, dawny narzeczony, zaprzyjaźniony fałszerz dokumentów. A ktokolwiek, kto kiedykolwiek zbliżył się do niej – marny jego los. Rozbite rodziny, złamane kariery, obłęd i śmierć. Źle kończą przelotni znajomi oraz przyjaciele – z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. A tych ostatnich przybywa cała parada: ludzi oraz Terminatorów – polujących nie tylko na Johna. Chwilami ten wysyp wydaje się wymuszony. Kilka robotów ginie, ledwie zdążą ubrać się i obrać azymut. Częste wykorzystanie tego motywu ma jednak i dobre strony – pozwala dokładniej poznać mechanizm „skoków” i rozmiar ich reperkusji. Rzuca też nowe światło na paradoks temporalny, będący zmorą filmowych „Terminatorów”. À propos podróży w czasie – serial raczy nas prawdziwym „blast from the past”, bo oto podczas misji na Sarę wpada… Derek Reese – brat Kyle′a, którego nie miała okazji wcześniej poznać. A w tej roli nasz stary znajomy z ekranu TV, Brian Austin Green. Nie znamy? Znamy. Bo kto z nas nie oglądał kiedyś Beverly Hills 90210? Jeszcze większą niespodzianką jest ekranowy debiut Shirley Manson. Wokalistka Garbage pojawia się najpierw w klimatycznym kawałku „Samson & Delilah”, przygrywającym w tle, a potem jako… T-1001. Tak, tak, prawie ten sam model, którego grał Robert Patrick w T2.
Déjà vu: zanim Terminator został Terminatorem…
Déjà vu: zanim Terminator został Terminatorem…
Jest też i nowy SkyNet – sprawca całego zamieszania. Nie ten sam, co w „Dniu Sądu”, ani też nie tak potężny. Póki co umie jedynie… grać w szachy. Do samoświadomości daleka jeszcze droga. No cóż… Łatwego zadania nie mają ani Connorowie, ani ci źli. Arnie w przeciągu kilku scen zdobył wdzianko, motocykl i broń. A co ma począć Cromartie, z którego wskutek skoku w czasie została tylko głowa? Miną cztery odcinki, nim w końcu wyjdzie na ludzi. Jednak licho nie śpi. Nigdy nie wiadomo, kto lub co, skąd i kiedy zaatakuje. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie, przyszłość jest tuż za rogiem. Więc co masz zrobić jutro, zrób dziś – bo jutro może nie nadejść. To wojna.
…grał barbarzyńskiego wojownika w filmie klasy B…
…grał barbarzyńskiego wojownika w filmie klasy B…
Jednak, jak to na wojnie, walki to tylko krótkie, szaleńcze zrywy. Kilka chwil i po wszystkim. Po nich następują dni względnego spokoju, niemalże nudy. Jest więc chwila na oddech, czas, by przyjrzeć się bohaterom. Chłopcu, który nie bez oporu i nie bez potknięć dorasta do swojej roli. Matce z twarzą zastygłą w wyrazie cierpkiej determinacji. Poznajemy ich mikroświat – owładnięty wojną, w której nie ma koszarów, okopów i bunkrów. Wojną, w którą nikt inny nawet nie wierzy. Pomiędzy jedną a drugą potyczką Connorowie próbują… żyć. Udawać zwykłych, przeciętnych ludzi. John i Cameron uczęszczają do szkoły średniej. Z lepszym lub gorszym skutkiem wtapiają się w otoczenie: rodzeństwo jak każde inne, prawda? Nawet Sarah potrafi być ot, kobietą. Doskonale ją udawać – a niekiedy niedostatecznie ją w sobie maskować. Miewa chwile zwątpienia i wahania. Nie kalkuluje tak chłodno jak robot. Potrafi zabić – ale nie z zimną krwią. Spod uczuciowego „pancerza” widać człowieka, choćby się bardzo starała. A każdy tu coś udaje: roboty udają ludzi, a ludzie – lepszych niż są. Każdy tu coś ukrywa. Nikt nie mówi „Kocham cię” – a Cameron kłamie, kamera zaś w mig ją na tym łapie. Obiektyw wciąż patrzy, co komu w głowie siedzi – w przenośni, a nieraz dosłownie. Bawi się opowiadaną historią – ukazując ją z różnych perspektyw, niemalże jak w „Pulp Fiction”. Innym razem droczy się z widzem, zwodzi go: prawda czy fałsz? Co sen, a co jawa? Nawet historia Myrona Starka – pozorna zapchajdziura, której fabuła zbacza na drogę donikąd – ma drugie, a może i trzecie dno. Opowiada więcej niż widać, mruga do uważnego widza. Ta ciekawa maniera prowadzenia fabuły – niespieszna, schodząca nieraz z głównych torów, by przyjrzeć się jakiemuś dziwactwu – stanowi siłę tego serialu, wyróżniającą go na tle napakowanych akcją po brzegi sensacyjniaków w rodzaju „24”.
„Kroniki Sary Connor” to coś więcej niż filmowe „Terminatory”. Mniej w nich akcji, mniej huku, mniej pośpiechu. Więcej fabuły, więcej głębi i detali. To jest ich główną zaletą – a zarazem największą wadą. Filmowcy stworzyli inteligentną, pomysłową, wielowątkową i wielowarstwową, pełen alegorii historię – co zaowocowało… zdjęciem serialu z anteny z powodu niskiej oglądalności. No cóż, Hollywood kroczy drogą postępu: więcej, szybciej, głośniej, mocniej. John Connor wymykał się śmierci o włos przez dwadzieścia pięć lat, wyszedł cało z ataków T-800 i T-1000, T-X i hordy innych. Zabiły go dopiero twarde reguły showbiznesu…
Choć tylko w jednej z wielu rzeczywistości alternatywnych.
koniec
11 czerwca 2009
1) Tak zresztą w zamyśle miał brzmieć pełny tytuł serialu (czyli bez początkowego słówka „Terminator”). Nie dość chwytliwie – przylutowano mu więc na czele rozpoznawalną markę.
2). Ów osobliwy „związek”, nazwany w środowisku fanów „Jameron” (na podobieństwo „Brangeliny”), zyskał zagorzałych kibiców. I choć nic z tych pozornych zalotów nie jest tym, na co wygląda – prezentuje się arcyciekawie. Z początku subtelne, niejako w tle – wzmagają napięcie między tą dwójką, by kilkakrotnie osiągnąć masę krytyczną.
3) Wszystkie znaczące Terminatory mają imiona i nazwiska. Tylko raz pod koniec drugiej serii pada określenie „Terminator”. Zamiast niego bohaterowie posługują się terminem „metal”, wywodzącym się z żargonu ruchu oporu z przyszłości.

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Dalekowschodnie nauki
Jarosław Loretz

14 X 2019

Żeby ostudzić emocje po zeszłotygodniowym czarnym ptaku, dzisiaj proponuję chwilę filozoficznej zadumy.

więcej »

Z filmu wyjęte: Jubileuszowy ptak
Jarosław Loretz

7 X 2019

W jubileuszowej, setnej odsłonie cyklu „Z filmu wyjęte”, proponuję ptaka. Czarnego. Słusznych rozmiarów.

więcej »

Do kina marsz: Październik 2019
Esensja

4 X 2019

Oto nasz wybór najciekawszych premier kinowych w październiku 2019.

więcej »

Polecamy

Dalekowschodnie nauki

Z filmu wyjęte:

Dalekowschodnie nauki
— Jarosław Loretz

Jubileuszowy ptak
— Jarosław Loretz

Jak w plener, to z przyjaciółmi
— Jarosław Loretz

Pamiętajcie o higienie!
— Jarosław Loretz

Dom jak malowanie
— Jarosław Loretz

Po szkielecie poznasz ich
— Jarosław Loretz

Uwaga na glizdoludzi!
— Jarosław Loretz

Rozbrykana rogacizna
— Jarosław Loretz

Polska szkoła plakatu
— Jarosław Loretz

Dlaczego sypanie soli na drogi jest złym pomysłem
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.