Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Dobry i Niebrzydki: A idź z tym gniotem!

Esensja.pl
Esensja.pl
Piotr Dobry, Konrad Wągrowski
Pod tym przekornym tytułem oddajemy hołd fanomenowi „Avatara”, ale także dyskutujemy o samym Jamesie Cameronie, piersiach Lindy Hamilton i Mary Elisabeth Mastrantonio oraz o tym, na kogo się patrzył Piotr Dobry, gdy na ekranie pozowała naga Kate Winslet.

Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dobry i Niebrzydki: A idź z tym gniotem!

Pod tym przekornym tytułem oddajemy hołd fanomenowi „Avatara”, ale także dyskutujemy o samym Jamesie Cameronie, piersiach Lindy Hamilton i Mary Elisabeth Mastrantonio oraz o tym, na kogo się patrzył Piotr Dobry, gdy na ekranie pozowała naga Kate Winslet.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Konrad Wągrowski: Blisko dwa miesiące minęły od rodzimej premiery „Avatara” i wiemy już oczywiście, że wydarzyło się coś niesamowitego. Ale nie chcę dziś mówić o samym filmie. Chcę o otoczce wokół niego i Jamesie Cameronie. Może uda nam się spojrzeć jakoś z dystansu.
Piotr Dobry: Nie wiem, czy będę potrafił zdobyć się na dystans wobec filmu, który uważam za jeden z najlepszych w całej ostatniej dekadzie. Ale spróbujmy.
KW: Zacznijmy od otoczki. Rodzimi krytycy nie wiedzą co zrobić z filmem. Z jednej strony wielu z nich (tych bardziej nastawionych na tzw. kino ambitne) utyskuje na prostotę opowieści, ale z drugiej strony nie wie co zrobić z faktem, że wizualnie film wymiata. Na zachodzie nie mają takiego problemu – tam wiedzą, że kinem można się zachwycić przez samą warstwę wizualną.
PD: Wiedzą też chyba, że fabularna prostota w baśni z przesłaniem jest czymś zupełnie naturalnym, o ile nawet nie wskazanym. Niezmiennie mnie bawi, że polscy krytycy wymagają intelektualnej głębi od każdego dzieła, nieważne czy Hanekego, czy Camerona.
KW: Uczciwie mówiąc, część krytyków domaga się nie tyle intelektualnej głębi, ile nieco większego skomplikowania linii fabularnej. W sumie podobne zarzuty formułowano 30 lat temu wobec „Gwiezdnych wojen”, które się przed tym wybroniły rozmachem kreacji świata i duchem przygody – czyli tym, co ma również „Avatar”. Ciekawe, co o nim będzie się mówić po 30 latach?
Smerf Pracuś szuka smerfojagód.
Smerf Pracuś szuka smerfojagód.
PD: Ale po cholerę w ogóle „większe skomplikowanie linii fabularnej"? I ciekawe, jak to sobie wyobrażają? Ty miałbyś swój pomysł na bardziej skomplikowanego „Avatara"?
KW: Miałbym. Nie wiem, czy wpłynęłoby to pozytywnie na sam film. Zapewne wpłynęłoby to negatywnie na jego sukces komercyjny. Zgodzę się więc, że realizowanie oczekiwań akurat moich – jakkolwiek słuszną byłoby koncepcją z mojego punktu widzenia – niekoniecznie musi się wiązać z interesem samego Camerona. Mamy największy sukces finansowy w dziejach, multum nominacji do najważniejszych filmowych nagród – trudno więc mówić, że jest coś zrobione źle. A że ten – bardzo, bardzo fajny film – nie trafi do mojego Kanonu Wszech Czasów? Cóż, sądzę, że Cameron to przeżyje.
Ale zaczynam obserwować zjawisko podobne do tego, co niegdyś miało miejsce z „Titanikiem”. Oprócz wyrazów fascynacji filmem, coraz bardziej rośnie w siłę gremium osób, które deklarują nienawiść wobec „Avatara”, uznając go – jak to się mówi popularnie w Internecie – za wyjątkowe gówno. Z „Titanikiem” jest tak, że gdy przyznasz się w jakimś gronie, że go lubisz, wszyscy zaczynają patrzeć na ciebie ze zdziwieniem. Czy kiedyś tak się stanie z „Avatarem”?
No i gdzie teraz patrzy się Piotr Dobry?
No i gdzie teraz patrzy się Piotr Dobry?
PD: Już tak się dzieje. Rozmawiam ze znajomym i przyznaję się do fascynacji „Avatarem”, a on z ironicznym uśmieszkiem: „A idź z tym gniotem, wolę ostatniego Gilliama”. Pomijając nawet to, że jednoczesna admiracja „Parnassusa” i „Avatara” wcale się nie wyklucza, mamy tu smutny i niestety dość powszechny przykład głupawej zawiści będącej efektem owczego pędu. Czyli – nie lubię, bo tak wypada; nie lubię, bo komercha; nie lubię, bo koledzy z Naszej-Klasy też się śmieją z tych smerfów. Najlepszą część anegdoty zostawiłem zresztą na koniec – wyobraź sobie, że wspomniany znajomy „Avatara” nie widział!
KW: Taaak, znam to. Choćby z Internetu. Ale nie tylko – Bartosz Żurawiecki cały felieton w ostatnim „Filmie” (słabiutkim zresztą, jak zwykle ostatnio) poświęca krytyce technologii 3D – również zaznaczając, że „Avatara” nie widział, a wybierze się na niego „z obowiązku”. Czy to poważne?
PD: Nie, to niemądre, czytałem. Autor drży przed terrorem popkulturystów (?) i boi się, że mu każą oglądać dramaty psychologiczne w 3D – wywody na poziomie forum Filmwebu.
KW: A teraz może sam James Cameron. Facet zaczyna od horroru SF („Piranię 2” pomijam, bo to zdarzenie losowe)…
PD: Mi się podobało! Latające piranie-mordercy – czy może być większy camp?
To z „Terminatora” zapamiętał Konrad Wągrowski.
To z „Terminatora” zapamiętał Konrad Wągrowski.
KW: …potem staje się ikoną kina akcji (kręcąc przy okazji jeden z najlepszych sequelów w historii kina – i nie mówię tu o T2), by wreszcie zadziwić wszystkich (a zagorzałych fanów SF nawet przyprawić o drgawki), tworząc mega-melodramat, który staje się największym przebojem kinowym wszech czasów (i do którego nikt się nie może zbliżyć). A potem… się wycofuje. Kręci to jakiś dokumencik podwodny, to robi za producenta, by wreszcie, po przeszło dekadzie – powrócić z wielkim hukiem. Czego możemy się jeszcze po takim gościu spodziewać?
PD: Zawsze – przeboju. Cameron jest nieprzewidywalny, a to w kinie rzadka cecha, w końcu o ilu reżyserach możesz to powiedzieć?
KW: Twój ulubiony film tegoż (pomijając „Avatara”)?
PD: „Titanic”. Klasyczna mezaliansowa historia miłosna w epickim stylu plus oszałamiające, jak na tamte czasy, efekty specjalne. No i naga Kate Winslet (byłem z klasą i jeszcze pamiętam te rumieńce u mojej wychowawczyni).
KW: To znaczy, że patrzyłeś się wychowawczynię, gdy Kate Winslet pozowała nago?
PD: He, he. Nie, wychowawczyni miała jeszcze rumieńce, gdy Kate już się ubrała. A co jest Twoim Cameronowym numerem jeden? Wiem, że też ciepło wspominasz „Titanika” (szczególnie nagą Kate, czemu dałeś upust w naszej przedostatniej dyskusji), ale obstawiam „Obcych”, ewentualnie pierwszego „Terminatora”.
Jedyna negatywna postać kobieca w kinie Camerona
Jedyna negatywna postać kobieca w kinie Camerona
KW: I bardzo dobrze obstawiasz. Wszak ja z fantastyki pochodzę. Trudno mi wyróżnić jeden z tych filmów – obydwa kwalifikują się na moje tetryczne dziesiątki i do mojego Kanonu Królewskiego, który będę spisywał pod koniec życia. Mam tu zresztą ładne nawiązanie do Twoich przeżyć „Titanikowych”. Na korzyść „Terminatora” na pewno przemawia gorąca scena erotyczna i nagie piersi Lindy Hamilton (które oglądałem w wieku lat 15). Taaak, pamiętna to była scena. Wrażenie z filmu zepsuła nieco śmierć Kyle’a Reese’a (bo wtedy lubiłem happy endy), ale z kolejnymi seansami film zyskiwał.
PD: Ja widziałem tylko raz, miałem wtedy 10-12 lat, z pamięci wystawiłbym 8-9, ale oczywiście do w pełni uczciwej oceny musiałbym ponownie obejrzeć.
KW: Zresztą to jest cecha dużej części twórczości Camerona – „Terminatora”, „Aliens” mogę oglądać raz za razem z niesłabnącą przyjemnością. Dawno natomiast nie wracałem do „Otchłani”…
PD: Też widziałem raz… Zaraz, ja każdy film Camerona, wyłączając „Titanika”, widziałem tylko raz i to przeważnie daaaaawno temu. Z „Otchłani” pamiętam tyle, że Ed Harris, którego ogólnie lubię i cenię, nie bardzo pasował mi na bohatera…
KW: W takim razie zawieszamy naszą dyskusję do czasu, gdy sobie nie odświeżysz co ważniejszych tytułów.
(minęło kilka dni)
Nie było na fotce niestety sceny, którą wspomina Piotr, więc dajemy tę mniej znaną.
Nie było na fotce niestety sceny, którą wspomina Piotr, więc dajemy tę mniej znaną.
PD: No, teraz pamiętam jeszcze nagie piersi Mary Elizabeth Mastrantonio!
KW: A ja z „Otchłani” pamiętam tyle, że Michael Biehn, którego ogólnie lubiłem (choć „ceniłem” byłoby już lekką przesadą) nie bardzo pasował mi na negatywnego bohatera. Zresztą, „Otchłań” uważa się za jedyną lekką wpadkę Camerona.
PD: Serio? Na RottenTomatoes 85%, na IMDB wyższa średnia niż „Titanic” i „Prawdziwe kłamstwa"…
KW: Naprawdę? Pamiętam te utyskiwania na „Otchłań” z lat 80., że Cameron zrobił bajędę o Obcych z rzewnym finałem, a nie solidne, problemowe SF. Jedyne, co miało być warte uwagi, to słynna (i rzeczywiście prekursorska) wizualizacja twarzy kosmity w słupie wody. No i sam przyznam, że „Otchłań” nie zapadła mi jakoś w pamięć, choć zapewne powinienem sobie ją odświeżyć.
PD: Musimy kiedyś zrobić oddzielną dyskusję o filmach, które powinniśmy sobie odświeżyć. Ja na przykład trzymam wciąż zafoliowane „Goonies” na półce, bo… boję się odświeżyć.
KW: Heh, ja tak mam np. z „Mistrz kierownicy ucieka”. To znaczy, jestem pewien, że gdybym obejrzał go dziś, to byłoby ogromne rozczarowanie, ale pamiętam też, że w kinie na początku lat 80. było to niesamowite wrażenie…
PD: O, obejrzałbym znowu „Kaczora Howarda"!
„Prawdziwe kłamstwa” to film wprost przepełniony akcją.
„Prawdziwe kłamstwa” to film wprost przepełniony akcją.
KW: Ale wróćmy do Camerona…. „Prawdziwe kłamstwa”… Pamiętam, że za pierwszym seansem film mnie nie zachwycił. Nie załapałem jego swobodnej w pełni rozrywkowej konwencji i szukałem nielogiczności (których, oczywiście, mnóstwo). Teraz jest lepiej, choć nie powiem, że to film, do którego wracam chętnie. Taki najbardziej Bruckheimerowski film z wszystkich Cameronów.
PD: Dla mnie to nie wada. Choć nastolęciem będąc, oglądałem „Prawdziwe kłamstwa” jak każdy inny film z Arnoldem, ciesząc się z rozwałki i nie wyłapując większości podtekstów, nawiązań, parodii.
KW: Natomiast „Terminator” to nadal majstersztyk. Za psie pieniądze zrobiony, a mający klimat niesamowity. Ale przede wszystkim chyba nigdzie nie widziałem takiej sytuacji, że całe wprowadzenie w fabułę filmu odbywa się podczas szaleńczego pościgu samochodowego i strzelaniny z zabójczym androidem.
PD: Ale co masz na myśli poprzez „wprowadzenie w fabułę"? Że już po pościgu wiadomo, o czym z grubsza będzie cały film? Bo wrzutką w sam środek akcji zaczyna się sporo filmów, ostatnio choćby „Star Trek” czy „Quantum of Solace”.
KW: Już wyjaśniam. Chodzi o to, że całe tło filmu (wojna atomowa, podróż w czasie, misja Reese’a) przekazywane jest Sarze Connor podczas szalonej akcji. Mówi to Reese spod kierownicy pędzącego samochodu między jednym zakrętem, a drugim. W „Star Treku” czy „QoS” nie było nic poza akcją.
Double-pack?
Double-pack?
PD: Zaraz, w „Star Treku” poza akcją była też bardzo wzruszająca scena narodzin bohatera. Ale łapię, o co Ci chodzi.
KW: „Terminatorem” Cameron też pokazał, że jest utalentowanym kopistą. W końcu cała ta złożona fabuła, postapokaliptyczno-cybernetyczno-temporalna, jest zapożyczeniem kilku pomysłów Harlana Ellisona. A Cameron chyba zawsze umiał kreatywnie zapożyczać…
PD: To akurat cecha największych bossów kina rozrywkowego – Lucasa, Tarantino, Wachowskich…
KW: Właśnie – Cameron ma z nimi (w szczególności z Lucasem) wspólne to, że bierze zgrane motywy i nadaje im niespotykaną dynamikę, nową formę, etc. To się sprawdziło w obu „Terminatorach”, w „Prawdziwych kłamstwach” (które stały się przecież obok „Szklanych pułapek” ikoną kina akcji lat 90.), w „Titanicu”, w „Obcych” chyba też. Tu gromkie brawa za nie powielanie schematu Scotta, tylko zrobienie czegoś zupełnie innego, co jednocześnie dla pierwszego „Obcego” było cudnym dopełnieniem.
Ale Cameron ma jeden talent, którego Lucasowi brakuje – w tą akcję potrafił wrzucać pełnokrwiste postacie. Ellen Ripley, Sarah Connor to przecież nie dekoracje.
PD: I to, że wymieniłeś same kobiety, też w jakiś sposób definiuje wyjątkowość kina Camerona, u którego płeć piękna nigdy nie pełni funkcji jedynie dekoracyjnych. „Avatar” to wręcz kino feministyczne – zauważyłeś w ogóle, że tutaj stuprocentowo dobre i mądre są tylko kobiety? Neytiri, jej matka, doktor Grace, Trudy. Nawet Eywa jest przecież rodzaju żeńskiego!
KW: To prawda – nie ma w filmach Camerona negatywnej postaci kobiecej (nie tylko w „Avatarze”). No, chyba że… matka Obcych. Ach, chyba była jeszcze jakaś terrorystka w „Prawdziwych kłamstwach”. Ciekawe, czy takie szarmanckie podejście do płci pięknej pomoże Cameronowi oddać Oscara eks-żonie?
PD: W sumie już ma, to co mu szkodzi.
KW: Tak czy inaczej zapowiada się jedno z ciekawszych Oscarowych rozdań ostatnich lat i noc historyczna. Oscara dla kobiety-reżysera ani Oscara w głównej kategorii dla filmu SF jeszcze nie było. Tym razem możemy dostać double-pack.
koniec
10 lutego 2010

Komentarze

« 1 2
13 II 2010   05:21:51

Co do "Avatara", to jak sam Cameron zauważył - film o takim budżecie nie może mieć "targetu". Musi trafiać do wszystkich, a to nakłada pewne ograniczenia co do narracji, zastosowanych środków etc. Cameron sam chciał kilka rzeczy zrobić inaczej, ale - no właśnie, to nie jest film tylko dla fanów S-F. Tym niemniej pewne ślady są - co by było, gdyby niczym jeźdźcy Rohanu na odsiecz nie przybyła sama natura? Ano, właśnie - to samo, co w takich wypadkach dzieje się w naszym świecie (obecnie głównie na kontynencie afrykańskim).
Mimo wszystko "Avatar" jest niczym Muhamad Alli - w swojej kategorii wagowej zniszczył wszystkich pretendentów, a to przecież waga najcięższa.

Co do samej dyskusji - najlepiej w ogóle nie zabierać się za tematy, w których ma się niewiele, względnie nic ciekawego do powiedzenia, a odniosłem wrażenie, że tak właśnie jest w przypadku starszych filmów Camerona. Wygląda zresztą, że nie ja jeden.

13 II 2010   12:26:41

@jake1 i wolfy

W sumie racja, ale jednak ta dyskusja zmusiła jak widać kilka osób do dłuższych komentarzy, więc może tak zupełnie bezwartościowa nie jest...

14 II 2010   03:27:01

Bezwartościowa może nie, ale szkoda marnować naprawdę dobre i na czasie tematy. Kolejnego takiego tąpnięcia na rynku filmowym nie wiadomo, czy doczekamy.

Na pocieszenie - ekranizacja GUNNM (pozycji znanej też jako "Battle Angel Alita" lub po prostu 'manga') już w tym roku, więc na okazję do rehabilitacji nie trzeba będzie czekać specjalnie długo.

Niemniej, trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że z takimi tekstami to można trafić do popkuriozum.

« 1 2

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Zombie a… kobieta?
Jarosław Loretz

10 XII 2018

Przed zombie uciekają wszyscy, nawet… eee… babochłopy.

więcej »

Do kina marsz: Grudzień 2018
Esensja

9 XII 2018

Zapraszamy do zapoznania się ze – spóźnionym, przyznajemy – pakietem najciekawszych zapowiedzi filmowych na grudzień.

więcej »

Z filmu wyjęte: Robot a kobieta
Jarosław Loretz

3 XII 2018

Ach, gdzie te lata 60., kiedy to miłośnik fantastyki był atakowany na każdym kroku wizerunkiem robota dybiącego na cześć niewieścią…

więcej »

Polecamy

Zombie a… kobieta?

Z filmu wyjęte:

Zombie a… kobieta?
— Jarosław Loretz

Robot a kobieta
— Jarosław Loretz

Gardło Innym Podrzynam Dibbler
— Jarosław Loretz

Zacząć dzień z przytupem
— Jarosław Loretz

Łabędziot
— Jarosław Loretz

Zatokaman i wspólnicy
— Jarosław Loretz

Zatokaman
— Jarosław Loretz

Żeby lepiej słyszeć
— Jarosław Loretz

Ostatnia impreza
— Jarosław Loretz

Coś dla gniazdowników
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Z tego cyklu

Zemsta Dragów, czyli bokserska nostalgia
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Norwegia już nigdy nie będzie taka jak przedtem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Duchy, diabły, wilkołaki i steampunkowe mechaniczne skrzaty
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Każdy kadr to Ameryka
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Rzeźnia dla dwojga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Partia na party w czasach Brexitu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jak smakują Porgi?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Chwała na wysokości?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Podręczne z Kairu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Atak paniki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.