Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Peter Berg
‹Battleship: Bitwa o Ziemię›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBattleship: Bitwa o Ziemię
Tytuł oryginalnyBattleship
Dystrybutor UIP
Data premiery20 kwietnia 2012
ReżyseriaPeter Berg
ZdjęciaTobias A. Schliessler
Scenariusz
ObsadaLiam Neeson, Alexander Skarsgård, Taylor Kitsch, Brooklyn Decker, Josh Pence, Rihanna, Tadanobu Asano, Stephen Bishop, Peter MacNicol
MuzykaSteve Jablonsky
Rok produkcji2012
Kraj produkcjiUSA
Gatunekakcja, SF
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Pancerne żaby do przełknięcia
[Peter Berg „Battleship: Bitwa o Ziemię” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Battleship: Bitwa o Ziemię” to klasyczna rozrywka rodem z Ameryki – niemądra, hałaśliwa i mocno młodzieżowa, ale imponująco zrealizowana i mimo wszystko dająca sporo frajdy.

Jarosław Loretz

Pancerne żaby do przełknięcia
[Peter Berg „Battleship: Bitwa o Ziemię” - recenzja]

„Battleship: Bitwa o Ziemię” to klasyczna rozrywka rodem z Ameryki – niemądra, hałaśliwa i mocno młodzieżowa, ale imponująco zrealizowana i mimo wszystko dająca sporo frajdy.

Peter Berg
‹Battleship: Bitwa o Ziemię›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBattleship: Bitwa o Ziemię
Tytuł oryginalnyBattleship
Dystrybutor UIP
Data premiery20 kwietnia 2012
ReżyseriaPeter Berg
ZdjęciaTobias A. Schliessler
Scenariusz
ObsadaLiam Neeson, Alexander Skarsgård, Taylor Kitsch, Brooklyn Decker, Josh Pence, Rihanna, Tadanobu Asano, Stephen Bishop, Peter MacNicol
MuzykaSteve Jablonsky
Rok produkcji2012
Kraj produkcjiUSA
Gatunekakcja, SF
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Nie tak dawno temu śmiałem się z robienia filmów aktorskich na bazie animowanego serialu („Ben 10”). A tu – proszę. Wysupłano dwieście milionów dolarów na „ekranizację” (doprawdy, to słowo z trudem przechodzi mi przez klawiaturę) gry nie tyle nawet planszowej, ile kartkowej, z którą większość z nas miała pewnie styczność w tym czy innym okresie życia. Naturalnie twórcy twierdzą, że podstawą była bardziej skomplikowana jej odmiana, produkowana (i naturalnie opatentowana) przez Hasbro, ale jak na mój gust to zwyczajne mydlenie oczu.
Pewnego pięknego dnia któryś z genialnych naukowców owładniętych ideą międzygalaktycznego kontaktu z obcą cywilizacją uruchamia udoskonalone centrum nadawcze na Hawajach. Jedna z trzech anten rzyga więc na dzień dobry jaskrawym promieniem w satelitę, ten zaś przesyła rzygnięcie w kosmos, w nadziei trafienia niedawno odkrytej planety. Mimo grubego, jaskrawego promienia nie jest to jednak laser, a wiązka bliżej niesprecyzowanej (filmowej) energii, niosąca zamiast zagłady, ziemskie wołanie o międzyplanetarny uścisk czy choćby ciepłe słowo. Rozumiem, że światło i świst promienia, a także jakaś masa wirujących elementów w nadawczym talerzu miały raczej wzbudzić u co głupszego widza podziw dla amerykańskiej technologii, a nie przekonać go, że kiedyś tam, w przyszłości, rzeczywiście będziemy pruć świetlnym promieniem komuś po atmosferze. Jak by jednak nie było, wszyscy są zadowoleni, że Ziemia wyciąga w kosmos umowną przyjazną dłoń.
Za moment akcja przeskakuje w klasyczne dla zaoceanicznych produkcji ostatnich lat miłostki młodych, pięknych i gibkich ludzi, którzy mają problemy z zagospodarowaniem nadwyżki hormonów. Ona (plastikowa Brooklyn Decker) wabi samców wyeksponowanym biustem, on (Taylor Kitsch) – wywaliwszy na wierzch ozór (w przenośni, ma się rozumieć) – leci zdobyć dla niej burrito, włamując się do niewielkiego sklepiku przez dach (scena jest dość wierną kopią krążącego swego czasu po sieci nagrania ze sklepowego monitoringu, pokazującego umysłowa indolencję podpitego złodzieja). Naturalnie wskutek tego chłopak wchodzi w zatarg z policją i w efekcie ląduje w marynarce wojennej, zaciągnięty tam przemocą przez starszego brata, próbującego wlać mu do głowy choć odrobinę oleju.
Potem jest jakiś mecz piłki nożnej (ponoć lepszy, niż na Euro, boć przecież walczą wysportowani marines z Japonii i USA), kontynuacja romansu z piersiastą dziewczyną, która oczywiście okazuje się być córką dowódcy floty (czyli robiącego dobrą minę do złej gry Liama Neesona), a także różne gierki i przepychanki (nie tylko słowne) między „luzackimi”, „bystrymi” i „przyjacielskimi” kumplami bohatera. Gdy zaś zaczynają się ćwiczenia marynarki (jest fajnie, miło, przyjemnie i w takt „Hard as a Rock” AC/DC), akcja w końcu rusza z miejsca, pokazując nam z czasem, jak to piersiaste, opalone dziewczę okazuje się mieć w rzeczywistości gołębie serce (znaczy się pomaga wojennym inwalidom w rekonwalescencji), a niesubordynowany chłopak – żeby pozostać przy ornitologicznych porównaniach – przemienia się w orła, w wyniku splotu okoliczności przejmując w dowództwo okręt, mimo że chwilę wcześniej miał w ogóle wylecieć z marynarki za różne ekscesy.
W międzyczasie potraktowani świetlistym promieniem obcy wysyłają na nasz glob pacyfikacyjną misję pięciu (ojoj, satelita był na drodze, to już tylko czterech) jednostek ciągnących za sobą warkocz… eee… pyłu? Naturalnie statki kierują się prosto na nadajniki sygnału (też bym się tam skierował) i nurkują w okoliczne wody, podczas gdy ich piąty, mniej szczęśliwy kolega, spada w kawałkach niemal w centrum Hong Kongu. Swoją drogą – jak to jest, że byle satelita niszczy statek, a pieprznięcie w powierzchnię wody z szybkością wielokrotnie przekraczającą prędkość dźwięku – bo przecież nie widać, żeby którakolwiek z jednostek hamowała – już nie? No ale cóż tam, statki wynurzają się z wody i roztaczają wokół siebie i wysp z nadajnikiem wielkie, grube pole siłowe, więżąc przypadkiem w jego wnętrzu trzy uczestniczące w manewrach niszczyciele. Naturalnie nikt z załogi owych niszczycieli nigdy nie oglądał filmów sf, więc wszyscy są niebotycznie zaskoczeni, gdy sprowokowani przybysze otwierają spektakularny (dużo tu szumów, świstów, kręciołków i kolorków) ogień. Przy czym to chyba przyjaźni obcy, bo walą tylko po działkach, a nie po całym perymetrze, pilnując się, by przypadkiem nie walnąć w coś, co ich system oznaczy na zielono. Na szczęście ludzie robią, co mogą, by zasłużyć na czerwone oznaczenie (na przykład strzelają w pancerne płyty z nędznego gatlinga bądź kontynuują ogień mimo jawnego związku między ilością wystrzelonych pocisków a wkurzeniem obcych), w związku z czym możemy podziwiać całkiem widowiskową rozwałkę.
Potem obcy zabierają się za resztę kraju, niszcząc a to jakieś śmigłowce, a to autostrady, mimo, że wszystko, czym dysponują, to trzy absurdalnie skaczące po wodzie (?!) statki, trzy mechaniczne, zębate jojo-destruktory i niezbyt spektakularny transporter (może dwa, bo jakiś podobno się rozbił). Jeszcze tylko nasz bohater zagląda w twarz jednego z najeźdźców i w głębi jego oczu (ech, ile razy to już było) wyczytuje nieodległy los Ziemi, podbijanej z wielką bezwzględnością. Odtąd wszystko jest już jasno sprecyzowane, a zakończenie nietrudne do przewidzenia.
„Battleship: Bitwa o Ziemię” nie ma absolutnie żadnych pretensji do bycia wielkim kinem. Film został pomyślany jako widowiskowa rozrywka, oczywiście z niską kategorią wiekową, żeby do multipleksów poszła jak największa rzesza widzów, i taki też jest w odbiorze. Historia jest zadowalająco żywa, starcia bardzo widowiskowe, zniszczenia przeogromne, a potęga USA nie do złamania. Niestety – choć w przypadku tego akurat filmu nie mam o to aż tak wielkich pretensji – nie obyło się bez nieodzownych w hollywoodzkim kinie nauk moralnych, a także nadmiernego szpanowania efektami specjalnymi. Obcy irytująco często bawią się bowiem sprzętem ukrytym w mechanicznej dłoni pancerza, najwyraźniej po to, żeby widzowie mogli zachwycić się pomysłowością faceta od designu, a jojo warczy, błyska światełkami i ryje ziemię jak rasowy crossowy motor, zapewne dowodząc producentom, że nie na darmo wywalili tyle kasy na efekty. Gorzej, że dla podgrzania atmosfery ktoś – pewnie reżyser, ale mogę się mylić – postanowił dorzucić do całości garść sprawdzonych, ale mocno już wyświechtanych scen, niemal żywcem zerżniętych z „Armageddonu”, „Predatora”, „Dnia Niepodległości” czy „Pearl Harbor”.
W efekcie wyszła kolorowa, głośna i budująca (głównie dla amerykańskiego widza) historyjka młodzieżowa, z kilkoma miłymi akcentami dla emerytów (naturalnie tych z marynarki) oraz solidną – choć z punktu widzenia fabuły wklejoną na siłę – dawką pokrzepienia dla inwalidów (w sumie też z wojska). „Battleship: Bitwa o Ziemię” to taka antynaukowa, choć przyjemnie się oglądająca papka dla oczu, którą należy konsumować z otwartym (inni powiedzą: wyłączonym) umysłem. I gdy nie brać zbyt serio przygód pokazanych na ekranie postaci (na przykład marines płci żeńskiej, zajmującej we flocie niezbyt sprecyzowane stanowisko, a ciągle przewijającej się przez ekran wyłącznie po to, by Rihanna mogła zainkasować sowitą gażę), film będzie w stanie dostarczyć całkiem sporej dawki rozrywki.
koniec
25 maja 2012

Komentarze

25 V 2012   14:05:43

Dzięki za drobiazgowe streszczenie filmu. Autor wie, że za takie recenzje oznacza się wielkim słowem SPOILER w tytule?

25 V 2012   14:37:16

Autor nie dotarł ze streszczeniem nawet do połowy fabuły, że się tak wyrażę. Najważniejsze i najciekawsze (a zarazem i najgłupsze) elementy podstawowego biegu intrygi, kluczowe dla finalnego rozstrzygnięcia, nie są tu wspomniane choćby jednym słowem.

25 V 2012   16:20:45

"marines płci żeńskiej" 8-)

To by po polsku należało chyba określić mianem "kobieta służąca w piechocie morskiej".

25 V 2012   16:28:48

Polemizowałbym.
"Odtąd wszystko jest już jasno sprecyzowane, a zakończenie nietrudne do przewidzenia."

Czyli: opowiedziałem wam PRAWIE wszystko - reszta jest dość oczywista... Miłego oglądania tych 5 minut, których nie opowiedziałem ;)

25 V 2012   17:23:54

@Garm

Pewnie masz rację. Aczkolwiek z drugiej strony - taka z Rihanny marine... ;)

@Mandinka

Nie żeby co, ale zakończenie jest akurat nietrudne do przewidzenia od samego początku filmu (ot, taka formuła tego typu rozrywki). A do obejrzenia zostaje jeszcze niemal PÓŁTOREJ godziny. :)

25 V 2012   23:00:37

Dobrze się bawiłem czytając twoją recenzję. Zgaduję, że po pisaniu x-dziesiątej recenzji takiego filmu to już trzeba się bawić sarkazmem, żeby dać radę kolejną napisać. :)

28 V 2012   18:45:45

Za dużo nawiasów w tym tekście (są inne znaki interpunkcyjne do dyspozycji, Panie Autorze). To zwykle świadczy o niedoskonałym warsztacie.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Devs: Odc. 6. Trudne nocne rozmowy
Marcin Mroziuk

28 I 2022

Po odzyskaniu wolności Lily staje przed trudnym wyborem – czy próbować gdzieś się ukryć, czy jak najdalej uciekać, czy jednak jeszcze raz stawić czoła ludziom odpowiedzialnym za śmierć Sergeia. Jak łatwo przewidzieć, zdecyduje się na to ostatnie rozwiązanie, ale z kolei ta nieuchronna konfrontacja będzie miała dość zaskakujący przebieg.

więcej »

Klasyka kina radzieckiego: Potęga wiary, miłości i nadziei
Sebastian Chosiński

26 I 2022

Stanisław Rostocki przyzwyczajał się do ludzi, z którymi pracował. Stąd częsta obecność na planach jego filmów aktora Wiaczesława Tichonowa, kompozytora Kiryła Mołczanowa i operatora Wiaczesława Szumskiego. Miał do nich zaufanie. A oni odwzajemniali mu się najlepiej, jak potrafili. W dużej mierze to dzięki ich talentom „Dom na rozstajach” – trzecie pełnometrażowe dzieło reżysera – uznać można za jego pierwszy wielki obraz.

więcej »

Devs: Odc. 5. Różne punkty na osi czasu
Marcin Mroziuk

24 I 2022

Wprawdzie w tym odcinku akcja niespecjalnie posuwa się do przodu, ale za to zyskujemy sporo nowych informacji na temat kluczowych postaci. Dość niespodziewanie na pierwszy plan wybija się zaś Katie, która dotychczas pozostawała w cieniu Foresta.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja ogląda: Kwiecień 2014 (1)
— Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Kwiecień 2014 (1)
— Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Bombowa laurka
— Gabriel Krawczyk

Yo, (super)man!, czyli wielka przemiana latającego lumpa
— Agnieszka Szady

Efektowna mielizna
— Łukasz Twaróg

Tegoż autora

Jak dobrze nam mutantem być
— Jarosław Loretz

Danie w średnim stanie
— Jarosław Loretz

Podboje i wyboje
— Jarosław Loretz

Wątpliwa reklamówka
— Jarosław Loretz

Krok w dobrą złą stronę
— Jarosław Loretz

Zabiedzona flota: Nielotny
— Jarosław Loretz

Kryminalna grabież czasu
— Jarosław Loretz

Anioł w zielonych kaloszach
— Jarosław Loretz

Nazwobójca
— Jarosław Loretz

Siódma dusza po kisielu
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.