Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Wes Anderson
‹Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom›

WASZ EKSTRAKT:
70,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom
Tytuł oryginalnyMoonrise Kingdom
Dystrybutor Kino Świat, SPI
Data premiery30 listopada 2012
ReżyseriaWes Anderson
ZdjęciaRobert D. Yeoman
Scenariusz
ObsadaBruce Willis, Edward Norton, Bill Murray, Tilda Swinton, Harvey Keitel, Frances McDormand, Jason Schwartzman, Kara Hayward, Jared Gilman
MuzykaAlexandre Desplat
Rok produkcji2012
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania94 min
Gatunekdramat, komedia, romans
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Esensja ogląda: Grudzień 2012 (Kino)
[Wes Anderson „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom”, Rian Johnson „Looper – pętla czasu”, Tom Tykwer, Andy Wachowski, Lana Wachowski „Atlas chmur” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
W bieżącej edycji „Esensja ogląda” przegląd kinowych premier listopada i grudnia. „Looper” i „Atlas chmur” budzą kotrowersje, a „Moonlight Kingdom” niekwestionowany zachwyt. A na deser „Frankenweenie”, „Hotel Transylwania”, „Miłość”, „Sinister”, „Take This Waltz” i „Gangster”.

Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Jakub Gałka, Jarosław Loretz, Marcin T.P. Łuczyński, Daniel Markiewicz, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Grudzień 2012 (Kino)
[Wes Anderson „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom”, Rian Johnson „Looper – pętla czasu”, Tom Tykwer, Andy Wachowski, Lana Wachowski „Atlas chmur” - recenzja]

W bieżącej edycji „Esensja ogląda” przegląd kinowych premier listopada i grudnia. „Looper” i „Atlas chmur” budzą kotrowersje, a „Moonlight Kingdom” niekwestionowany zachwyt. A na deser „Frankenweenie”, „Hotel Transylwania”, „Miłość”, „Sinister”, „Take This Waltz” i „Gangster”.

Wes Anderson
‹Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom›

WASZ EKSTRAKT:
70,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom
Tytuł oryginalnyMoonrise Kingdom
Dystrybutor Kino Świat, SPI
Data premiery30 listopada 2012
ReżyseriaWes Anderson
ZdjęciaRobert D. Yeoman
Scenariusz
ObsadaBruce Willis, Edward Norton, Bill Murray, Tilda Swinton, Harvey Keitel, Frances McDormand, Jason Schwartzman, Kara Hayward, Jared Gilman
MuzykaAlexandre Desplat
Rok produkcji2012
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania94 min
Gatunekdramat, komedia, romans
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Moonrise Kingdom
Konrad Wągrowski [90%]
Nie ma drugiego takiego twórcy w dzisiejszym kinie, jak Wes Anderson. Jego styl jest z jednej strony niesamowicie oryginalny, z drugiej strony – chyba zupełnie niepodrabialny. No dobra, to wiedzieliśmy już co najmniej od czasów „Genialnego klanu” (a może nawet „Rushmore”). Niesamowite jednak, że Anderson wciąż potrafi zaskoczyć. W „Fantastycznym panu Lisie” genialnie splótł swą estetykę i tematy go interesujące z kukiełkową opowieścią dla dzieci w „Moonrise Kingdom” pokazuje, że ppotrafi również pokazać na ekranie czyste uczuciowe ciepło. Gdzieś w tle Andersonowskich śmieszno-gorzkich opowieści jest zawsze jakieś drugie dno – destrukcyjna życiowa obsesja w „Zissou”, delikatna kpina z rozpaczliwego poszukiwania duchowości w „Darjeeling”, kryzys wieku średniego w „Panu Lisie”, tymczasem w „Moonrise Kingdom” tym tłem jest miłość, która potrafi przezwyciężyć obcość i osamotnienie. Może narzekać Łukasz Gręda w swoim świetnym tekście o Andersonie, że ciepło w „Moonrise Kingdom” jest złudne, ale nie zmienia to faktu, że po seansie wychodzimy z kina zadziwiająco pokrzepieni. Piękny, piękny film.
Daniel Markiewicz [90%]
Okropny film, paskudny film. Nostalgia wylewa się z niego litrami, przywodząc na myśl najlepsze momenty dzieciństwa. Już historia dwójki małoletnich uciekinierów wystarczyłaby za świetny materiał na udane dzieło, ale Anderson dokłada do tego jeszcze całe mnóstwo fajerwerków – wykorzystywanie konwencji kilku gatunków, fantastyczną scenografię, znakomitą muzykę i – last, but not least – fenomenalny casting. Edward Norton jako ciapowaty harcerz, Bill Murray jako nieco oderwany od rzeczywistości rodzic, czy wreszcie Tilda Swinton jako „Opieka Społeczna” – ciężko przyznać tu komuś palmę pierwszeństwa, a przecież to postacie ledwo drugoplanowe. W dodatku nie wspomniałem jeszcze o dowodzącym poszukiwaniami renegatów policjancie, w którego wciela się Bruce Willis. Z kapitalnym zresztą skutkiem i kto wie, czy ten aktor nie powinien zacząć być obsadzany w podobnie nieoczywistych rolach, jak tu, bo wciskanie go w najwyżej średnie produkcje SF typu „Looper” czy „Surogaci” jest zwykłym marnotrawieniem jego potencjału. W efekcie „Moonrise Kingdom” można określić jednym słowem: dopracowany. No, może jeszcze dwoma dodatkowymi: niesamowicie klimatyczny. I melancholijny, bo jeśli na początku wspomniałem o wspomnieniach z dzieciństwa, to przecież wiadomo, że powrotu do niego już nie ma. A przynajmniej nie na dłużej, niż 94 minuty – czyli tyle, ile trwa film Andersona.

Rian Johnson
‹Looper – pętla czasu›

WASZ EKSTRAKT:
90,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLooper – pętla czasu
Tytuł oryginalnyLooper
Dystrybutor Monolith
Data premiery2 listopada 2012
ReżyseriaRian Johnson
ZdjęciaSteve Yedlin
Scenariusz
ObsadaBruce Willis, Joseph Gordon-Levitt, Emily Blunt, Jeff Daniels, Piper Perabo, Paul Dano
MuzykaNathan Johnson
Rok produkcji2012
Kraj produkcjiUSA
Gatunekakcja, SF
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Looper – pętla czasu
Jakub Gałka [60%]
Mam wrażenie, że odbiór „Loopera” jest uwarunkowany generalną miałkością dzisiejszej filmowej fantastyki i każdy film, który choć próbuje brać się za bary z nieco ambitniejszymi tematami z automatu musi się podobać – na tle pozostałej papki. No i właśnie na tym „tle” trzeci zaledwie film reżysera Riana Johnsona wypada dobrze – stawia kilka ciekawych pytań i dylematów moralnych (zabójstwo dziecka jako mniejsze zło), ma niejednoznaczne postacie (młody vs. stary Joe – który z nich jest właściwie bohaterem pozytywnym?) i przez większość czasu dobrze trzyma niepokojący klimat (scena okaleczania Setha, ataki telekinetyczne). A przede wszystkim bierze się za bary z trudnym tematem podróży w czasie, który niejako z definicji każe widzowi wyostrzyć uwagę, wypatrywać związków przyczynowo-skutkowych w fabule. Niestety, temat ten jest też właściwie niemożliwy do obrony na gruncie logiki, czego reżyser nawet nie stara się ukrywać, każąc bohaterom zignorować zawiłości paradoksów czasowych („spędzilibyśmy cały dzień na układaniu diagramów ze słomek”). Niestety, widz nie jest w stanie zadowolić się tak banalnym wyjaśnieniem – zwłaszcza że logika przegrywa tu nie tylko z samą ideą paradoksów czasowych, ale też z pewnymi rozwiązaniami fabularnymi, które twórcy filmu wprowadzili na swoje własne życzenie (część wymieniają koledzy obok) – jeśli nie dostaje wystarczająco dużo w zamian. „Looper” daje pewne podstawy (wspomniane dylematy moralne czy klimat), na których jednak nie jest w stanie zbudować filmu jednoznacznie zapadającego w pamięć, ponadczasowego – choćby estetycznie czy gatunkowo (jak zrobił to np: „Terminator”). Z czasem film Johnsona, zapowiadający się jako niszowe, ambitne kino, ugrzecznia się, idzie w stronę efekciarskiego kina akcji, kontrowersje i paradoksy rozwiązuje w cukierkowym i bezsensownym finale, a świetni skądinąd aktorzy tutaj nie są w stanie zaznaczyć swojej obecności. Może to jakaś klątwa Bruce′a Willisa – wszak „Surogaci” też mieli wiele cech naprawdę dobrego SF, które jednak nie były w stanie zagrać razem i wybrzmieć w pełni.
Jarosław Loretz [40%]
Przegadany, mało efektowny i pełen logicznych dziur film pozujący na kino ambitne i głębokie. Nic tu tak naprawdę nie lepi się w całość, a historia jest obmyślona tak płytko i niechlujnie, że w ogóle wstyd stawiać „Loopera” już nie tylko na tej samej półce, ile nawet w tym samym pomieszczeniu, co sprytnie zbudowane i wymagające paru uważnych seansów „Donnie Darko”, „Primer”, „Deja vu” czy „Detention”. Tu już nawet nie ma co punktować rozlicznych bzdur wynikających zarówno ze zbyt lekkiego potraktowania paradoksu podróży w czasie (te wszystkie blizny, ten zadziwiający brak pamięci poczynań sprzed lat, zwłaszcza w przypadku kogoś, kto ma bliską styczność z przeskokami w czasie), dziwnego melanżu technologicznego (stare samochody na benzynę, stare samochody zasilane energią z paneli słonecznych, a do tego jeden czy dwa pojazdy ultranowoczesne, poruszające się na antygrawitacyjnej poduszce – kto je w ogóle wyprodukował przy takiej degrengoladzie?), jak i wątpliwego ustroju społecznego (zupełny brak policji). Nie ma co też rozwodzić się nad niejasną rolą dzieciaka, który chyba w założeniu miał mieć ogromną moc nie tylko telekinetyczną, ale i innej natury, tyle że w trakcie produkcji coś się pozmieniało i wielu scen zwyczajnie w finalnej wersji filmu zabrakło, co przekreśliło szanse poprawnego połączenia przedstawionych wątków w jeden węzeł. To wszystko są mankamenty mocno odczuwalne, ale wtórnej natury, nieistotne wobec podstawowych dwóch minusów: ślimaczącej się, średnio interesującej akcji oraz rozbicia intrygi na kilka kawałków, które nie chcą ze sobą współpracować, obnażając reżyserską indolencję i stawiając pod znakiem zapytania zasadność wyłożenia tak grubych pieniędzy na tak dziurawą koncepcję. Dobrze chociaż, że „Looper” jest nienajgorzej zagrany (czapki z głów przed rewelacyjnym siedmiolatkiem, Piercem Gagnonem), ma dobre efekty i interesującą, choć z lekka bezsensowną koncepcję zapłaty w srebrnych bądź złotych sztabach. Wciąż jednak nie czyni to z „Loopera” rozrywki godnej polecenia.
Daniel Markiewicz [50%]
Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, czemu od pisarzy SF wymaga się „science”, a od filmowców już tylko marnej, często bełkotliwej „fiction”. W „Looperze” nie gra nic – ani świat przedstawiony (choć początek, przyznaję, może się pochwalić pomysłowością i dobrym klimatem, choć późniejsze nielogiczności skutecznie go psują), ani intryga, ani sami aktorzy (Bruce Willis – pięść do nosa, Emily Blunt – szkoda jej na takie filmy, a już za scenę, w której nagle nabiera ochoty na seks i okazuje to gestem dalekim od subtelności kopa powinien dostać albo scenarzysta, albo reżyser). Chociaż nie, przepraszam, gra tu małoletni (rocznik 2005) Pierce Gagnon i to jego wątek, mimo że boleśnie nierozwinięty, stanowi główną, żeby nie powiedzieć jedyną zaletę filmu. Scena pociągowa z tym chłopakiem – mistrzostwo. Jak przez dwie godziny wykorzystać zaledwie ułamek potencjału kreowanej przez niego postaci – słodka tajemnica autorów.
Konrad Wągrowski [60%]
„Looper” nie jest niestety takim wydarzeniem w dziejach filmowej science fiction, jak głosiła fama. Powiedzmy, że nie jest raczej żadnym specjalnym wydarzeniem, ot, przyzwoitym, jak na dzisiejsze czasy filmem SF, który może dobrze bawić, ale harkorowych fanów gatunku raczej rozczaruje. Po stronie plusów – ciekawa grupa głównych bohaterów, których postrzeganie zmienia się w trakcie filmu i o których w żadnym momencie nie można powiedzieć, że są jednoznacznie dobrzy, albo jednoznacznie źli. Drugi plus to mimo wszystko wizja przyszłości, odchodząca od ogranych schematów i będąca czymś pomiędzy ekstrapolacją obecnych trendów i „dark future” (bliższe tej drugiej, ale bez przegięć). Trzeci plus to pewna odwaga w łamaniu filmowych tabu – kiedy ostatnio widzieliście film, w którym można się zastanawiać nad tym, czy eliminacja dzieci jest moralnie słuszna, czy nie? Na minus – niestety cała koncepcja podróży w czasie, pełna nielogiczności i niespójności oraz brak prezycji w konstrukcji świata (np. dlaczego najpierw się mówi, że w przyszłości eliminacja ludzi jest praktycznie niemożliwa, a potem dostajemy scenę bezsensownego zabójstwa żony Joego bez żadnych konsekwencji?) Rozczarowuje też chyba jednak finał – najpierw wiele nakreślonych wątków, osobnych motywacji, a potem tak banalne rozwiązanie większości z nich.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Frankenweenie
Grzegorz Fortuna [80%]
Tim Burton to chodzący paradoks; reżyser-samotnik z wielką wyobraźnią, tworzący filmowe peany na cześć oryginalności, który tak przekonująco przekładał swoje wizje na taśmę celuloidową, że zafascynował nimi masowego odbiorcę i sam pogrążył się w powtarzalnej komercji. Jego ostatnie filmy to niemal bez wyjątku klapy – nudne i ograne baśnie, irytujące i mało oryginalne, do znudzenia powtarzające motywy i chwyty, które znamy z wcześniejszych produkcji reżysera. We „Frankenweeniem” Burton nareszcie wraca do korzeni – a dokładnie do swoich dwóch pierwszych profesjonalnych krótkometrażówek; fabułę pożycza z wcześniejszej wersji „Frankenweeniego” z 1984 roku, a formę (czarno-białą animację poklatkową i charakterystyczny design postaci) z genialnego „Vincenta” – i dzięki temu przełamuje złą passę. Animowany „Frankenweenie” to pierwszy od dawna film Burtona, który nie tylko wciąga i urzeka, ale też wydaje się być po prostu szczery – umotywowany twórczą pasją reżysera, a nie rządzą zysku.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Hotel Transylwania
Agnieszka Szady [70%]
Wampir Drakula zaprasza przyjaciół na sto osiemnaste urodziny swojej córki Mavis. Potwory boją się ludzi, których uważają za okrutnych prześladowców. Co się więc stanie, gdy do pilnie strzeżonego zamku zabłądzi młody turysta? Oczywiście nie tylko rozkocha w sobie pannę wampirównę, ale także wniesie nieco ożywienia w sztywną uroczystość (to jedne z lepszych scen). Film zupełnie nieźle – oczywiście na poziomie bajkowym – przedstawia sytuację ojca, który ukochaną jedynaczkę chroni posuwając się nawet do kłamstwa. I który w końcu musi zaakceptować fakt, że dziecko mu dorosło. Sympatyczne kino familijne (i bez obowiązkowego „uwierz w siebie”, na które mam już istną alergię) ze sporą dawką bezpretensjonalnego humoru. Może nie wyróżnia się jakoś szczególnie na tle innych animacji, ale pozwala miło spędzić czas.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Miłość
Sebastian Chosiński [80%]
Jak najbardziej zasłużona Złota Palma w Cannes oraz Europejskie Nagrody Filmowe dla najlepszego obrazu i indywidualne dla niemieckiego reżysera Michaela Hanekego oraz odtwórców głównych ról: Emmanuelle Rivy i Jean-Louisa Trintignanta. Gdyby Haneke dodatkowo otrzymał europejskiego Oscara za scenariusz, też nikt nie powinien być zaskoczony. „Miłość” to bowiem bardzo skromny od strony technicznej, ale wirtuozerski w warstwie fabularnej – ba! dialogi to prawdziwe mistrzostwo świata (w niczym nie ustępują chociażby genialnemu „Rozstaniu” Asghara Farhadiego) – dramat psychologiczny z życia artystycznego małżeństwa po osiemdziesiątce. Anne i Georges przeszli zapewne w swoim życiu niejedno, ale zachowali dla siebie wzajemny szacunek; spoiwem ich związku przez lata była muzyka klasyczna, której poświęcili się bez reszty, wychowując młodych pianistów. Pewnego dnia zostają jednak poddani najcięższej próbie; po wylewie krwi do mózgu kobieta zostaje częściowo sparaliżowana. Wróciwszy do domu ze szpitala (po nieudanej operacji), nakłania męża do złożenia obietnicy, że już nigdy nie pozwoli zabrać ją z domu. Od tej pory Georges stara się zapewnić Anne opiekę – najpierw, dopóki starcza mu sił, wszystko wokół niej robi sam, później z pomocą dochodzących pielęgniarek. Stan żony jednak z czasem pogarsza się, a nadziei na wyzdrowienie nie ma żadnych. Film Hanekego to nadzwyczaj wzruszający portret odchodzenia – dosłownego, nie symbolicznego. Pokazany w sposób realistyczny, ale nie naturalistyczny (jak to niekiedy reżyser miał w zwyczaju). Z dużą delikatnością i szacunkiem dla wieku bohaterów i wcielających się w nich aktorów. Riva i Trintignant grają zresztą wybornie, z umiarem – tak, aby oddziaływać na uczucia, ale niekoniecznie zmuszać do łez szantażem emocjonalnym. I chociaż o miłości nie ma w „Miłości” praktycznie wcale mowy, widz ani przez chwilę – nawet po dramatycznym finale – nie może mieć wątpliwości, że to, co łączyło Anne i Georges’a u kresu ich życia, to najpiękniejszy afekt, jaki można sobie wymarzyć.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Sinister
Daniel Markiewicz [50%]
Bardzo fajny pomysł wyjściowy i znakomity klimat – jednak tylko przez pierwsze pół filmu. Derrickson bierze wielokrotnie wykorzystywane wątki (taśma filmowa z bonusem, seryjne morderstwa, pisarz na tropie) i sprawnie je przepracowuje, tworząc opowieść naprawdę wciągającą i satysfakcjonującą. Niestety po pierwszej godzinie zręcznie budowane napięcie i atmosfera grozy zaczynają ustępować miejsca tanim efektom dźwiękowo-wizualnym, a z zajmującego kina robi się kiepski horror. Choć trzeba przyznać, że cieszy oko warstwa wizualna (zwłaszcza podrzucane przez seryjniaka taśmy), sensownie zostali też rozegrani bohaterowie – nie ma większych problemów ze zrozumieniem, ale również, co ważniejsze, z przyjęciem ich motywacji i zachowań. Straszny, ale też strasznie nierówny. Szkoda.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Take this Waltz
Daniel Markiewicz [70%]
Kameralny, podany z dużą lekkością dramat o poszukiwaniu szczęścia. Ale też o prozie życia, odnajdywaniu się w dłuższym związku, odpowiedzialności za relacje. Wszystko to oczywiście brzmi banalnie, jednak zostało przez Sarah Polley zrealizowane na tyle umiejętnie, że ogląda się świetnie. Klasą dla siebie jest Michelle Williams, która w podobnych filmach sprawdza się znakomicie, co udowadniała już w „Blue Valentine” czy „Mamucie”. Z tym, że ciężar „Take this Waltz” spoczywa na jej postaci mocniej, niż działo się to we wspomnianych produkcjach. Margot w jej wykonaniu jest taka, jak powinna być – doświadczona tylko pozornie, niepewna swoich uczuć, w ciągłym zawahaniu między wcale nie najgorszym stanem obecnym a potencjalną lepszą wersją rzeczywistości. Cały zaś film można podsumować wersami z tytułowej pieśni Leonarda Cohena – „Take this waltz, take this waltz / it’s yours now. It’s all that there is”. Co powinno być zachętą również dla widza.

Tom Tykwer, Andy Wachowski, Lana Wachowski
‹Atlas chmur›

WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułAtlas chmur
Tytuł oryginalnyCloud Atlas
Dystrybutor Kino Świat
Data premiery23 listopada 2012
ReżyseriaTom Tykwer, Andy Wachowski, Lana Wachowski
ZdjęciaFrank Griebe, John Toll
Scenariusz
ObsadaTom Hanks, Hugo Weaving, Halle Berry, Hugh Grant, Jim Sturgess, Susan Sarandon, Ben Whishaw, Keith David, Jim Broadbent
MuzykaReinhold Heil, Johnny Klimek, Tom Tykwer
Rok produkcji2012
Kraj produkcjiNiemcy, USA
Czas trwania164 min
Gatunekdramat, SF
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Atlas chmur
Agnieszka Szady [90%]
„Atlas” opowiada równolegle sześć wątków dziejących się na różnych planach czasowych – od XIX do XXIV wieku. Całość zamknięta jest klamrą kompozycyjną rozgrywającą się na siódmym planie czasowym, w której pod koniec okazuje się coś zaskakującego. Nie chcę za dużo zdradzać, bo wątki są emocjonujące i wiele razy siedziałam na krawędzi fotela, niemal gryząc paznokcie: sześć punktów kulminacyjnych naraz to naprawdę dużo. Nawet jeśli widzimy, że ktoś jest skazany na śmierć, planuje samobójstwo itp., nie możemy mieć pewności, czy to zakończenie jego wątku czy może środek historii. Bardzo podobało mi się też przechodzenie w czasie pewnych elementów (książka, guzik od kamizelki, tytułowa melodia) lub postaci (jeden z bohaterów pojawia się później w filmie, pewna postać jest po upadku cywilizacji czczona jako bóstwo).
Aktorzy, fenomenalnie ucharakteryzowani, grają różne postacie w różnych wątkach – niekiedy pierwszoplanowe, innym razem tylko migają w tle jako gość na przyjęciu albo mężczyzna zbiegający po schodach. Zdjęcia są wspaniałe – góry, statek na morzu, miasto przyszłości… Świetny jest też montaż, kiedy to poszczególne sceny powiązane są fragmentami dialogu lub scenami – na przykład ktoś dobija się do drzwi, a po chwili zupełnie inne drzwi wylatują z zawiasów. Bohaterowie są dobrze nakreśleni i sympatyczni – widz naprawdę przejmuje się ich losami. No i sam pomysł jest niebanalny. Jednym słowem, „Atlas chmur” posiada wszystkie cechy dobrego kina.
Grzegorz Fortuna [40%]
Filmowy patchwork, gobelin czy też Frankenstein, opowiadający równolegle sześć historii, których myślą przewodnią jest stara prawda, że nasze losy są połączone, a przeżywane przez nas doświadczenia – powtarzalne. I nie byłoby w tym może nic złego, gdyby nie fakt, że Wachowscy i Tykwer – zamiast pobawić się filmową materią – zachowują się na reżyserskich stołkach tak, jakby otwierali przed widzami drzwi do wiedzy tajemnej. „Atlas chmur” ma w sobie tyle pretensji i jest przy tym tak banalny w warstwie myślowej, że zastanawiałem się, czy przy scenariuszu nie mieszał przypadkiem sam Paulo Coelho. Tymczasem reżyserski tercet nie znajduje czasu nawet na to, by przybliżyć widzom tło snutych na ekranie opowieści, bohaterów sprowadza do roli klisz, wciągniętych w wir ogranych fabuł, a scenariuszowe braki próbuje przykryć zaskakującą – choć nie zawsze udaną – charakteryzacją. Nie ma w tym filmie ani odrobiny życia – aktorzy grają na granicy przerysowania (czasami tę granicę spektakularnie przekraczając, w czym przoduje Hugo Weaving), finały wszystkich historii można z góry przewidzieć, a emocje są nieszczere i wymuszone. Jedynie rozmach przedsięwzięcia może w wypadku „Atlasu chmur” imponować, co uwypukla jednocześnie wady filmu Tykwera i Wachowskich – im wyżej twórcy próbują celować, tym większa jest ich porażka.
Marcin T. P. Łuczyński [50%]
„Atlas chmur” jest pusty jak środek obwarzanka. Dwie rzeczy widać w tym filmie bardzo jaskrawo: znakomite rzemiosło i zmarnowany potencjał. Kapitalny był pomysł, by pokazać ciągłość ludzkich losów – a w zasadzie konsekwencje czynów człowieka, sięgające daleko w czas, znacznie dalej niż jego żywot – dając postaciom z różnych czasów i epok te same twarze. Zadziwiające, ale ten prosty chwyt (rany boskie, co tam charakteryzatorzy wyrabiali z Tomem Hanksem i Hugh Grantem!) byłby w stanie unieść na swoich barkach naprawdę wiele, gdyby owo wiele mu na nie włożono.
Niestety, nie włożono na te barki zbyt wiele. Rzeczy przeżute i wtórne do bólu. Jesteśmy sztafetą pokoleń i cywilizacji, nasze czyny podobne są kamieniom rzuconym w toń. One wprawdzie idą na dno i znikają z oczu, ale na powierzchni zostają kręgi fal. Ojejkujejku. Zważywszy na to, jak ciekawe zagadnienia przepracowało rodzeństwo Wachowskich przy swojej poprzedniej, monumentalnej produkcji, po obejrzeniu tej po prostu ręce mi opadły.
Jest trochę niezłego humoru. Narracja została poprowadzona fenomenalnie, to absolutny majstersztyk, właściwie jedyny powód, by film obejrzeć (uważam, że w kategorii oryginalności i miodności, to ta sama liga, co „Memento”): cały czas film żongluje bodaj sześcioma różnymi wątkami fabularnymi, non-stop je przeplatając, bywa, że nawet co kilka sekund, czyniąc to ta tak, że w ogóle nie zwraca się uwagi na te łączenia, nie widać szwów. Naprawdę imponująca praca scenarzystów, oklasky. Tyle że ten mocny, solidny szkielet to – jako się rzekło – jedyna wartość tego obrazu. Cała reszta nie ma godnego mu gravitas.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Gangster
Konrad Wągrowski [70%]
Ballada gangsterska. Piszę „ballada”, bo scenariusz – oparty na prawdziwej historii – napisał Nick Cave. Piszę „gangsterska”, bo tak chce polski dystrybutor, ale trudno głownych bohaterów, niewątpliwie działających wbrew prawu, handlujących alkoholem w czasach prohibicji i rozwiązujących potencjalne konflikty w sposób bezceremonialny, trudno jednak nazwać gangsterami, w rozumieniu Ala Capone, Dillingera, Babyface Nelsona, czy innych bohaterów świata przestępczego lat 30. Odnoszę wrażenie, że taką historię oglądaliśmy juz wiele razy, nie niesie w sobie żadnych zaskoczeń, ale klimat epoki nadal działa, twardzi i wyraziści Tom Hardy w roli najstarszego brata i Guy Pierce w roli skorumpowanego gliniarza robią wrażenie, a historia o trójce niezniszczalnych braci ma nadal moc utrwalania mitu.
koniec
27 grudnia 2012

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

East Side Story: Gdzie Rzym, gdzie Krym… a gdzie Władywostok
Sebastian Chosiński

15 IX 2019

Po ośmiu latach przerwy na ekrany telewizorów powrócił w dwóch pełnometrażowych filmach pułkownik Siergiej Michajłowicz Diedow – weteran chyba wszystkich wojen, w jakie zaangażowany był Związek Radziecki i Rosja od czasów interwencji w Afganistanie. I ponownie odpowiedzialny za jego „przygody” został Andriej Szczerbinin. Szkoda jedynie, że „Jeden za wszystkich” – czwarta odsłona serii „W stanie spoczynku” – tak bardzo odstaje poziomem od trzech wcześniejszych.

więcej »

Klasyka kina radzieckiego: Kilka gorzkich scen z życia nomenklatury
Sebastian Chosiński

11 IX 2019

To ostatni wielki film kultowego radzieckiego reżysera, który jak nikt inny – może oprócz Gruzina Gierogija Danieliji – potrafił jednocześnie rozśmieszać i wzruszać. Choć akurat w „Zapomnianej melodii na flet” znacznie więcej jest powodów do wzruszeń. Nie bez powodu, wszak w czasie pracy nad tym melodramatem Eldar Riazanow przeżywał poważne kłopoty zdrowotne i musiał leczyć się po udarze.

więcej »

Krótko o filmach: Zabawa z żywymi trupami
Marcin Mroziuk

9 IX 2019

Skoro za kręcenie filmu o zombie wziął się Jim Jarmusch, to można było z góry zakładać, że „Truposze nie umierają” nie będą kolejnym krwawym horrorem mającym wzbudzić u widzów przerażenie. I rzeczywiście, sceny obserwowane na ekranie nie mrożą nam krwi w żyłach, lecz prowokują do śmiechu. Nie da się jednak ukryć, że autor „Inaczej niż w raju” ma w swym dorobku dzieła zdecydowanie bardziej udane.

więcej »

Polecamy

Dom jak malowanie

Z filmu wyjęte:

Dom jak malowanie
— Jarosław Loretz

Po szkielecie poznasz ich
— Jarosław Loretz

Uwaga na glizdoludzi!
— Jarosław Loretz

Rozbrykana rogacizna
— Jarosław Loretz

Polska szkoła plakatu
— Jarosław Loretz

Dlaczego sypanie soli na drogi jest złym pomysłem
— Jarosław Loretz

Drzewa-zabójcy
— Jarosław Loretz

A w zaświatach tańce i swawole
— Jarosław Loretz

Dla chcącego nic trudnego
— Jarosław Loretz

Gdy mści się niechlujstwo
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja ogląda: Maj 2013 (3)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Jakub Gałka, Kamil Witek

Esensja ogląda: Luty 2013 (DVD i BR)
— Sebastian Chosiński, Jakub Gałka, Jarosław Loretz

Esensja ogląda: Styczeń 2013 (Kino)
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Piotr Dobry, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Alicja Kuciel, Beatrycze Nowicka, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Z krwi i kości
— Grzegorz Fortuna

Dla dużych dzieci
— Małgorzata Steciak, Onet

Horrorek, horroreczek
— Agnieszka Szady

Połączeni na wieczność
— Ewa Drab

Esensja ogląda: Listopad 2012 (Kino)
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Mateusz Kowalski, Gabriel Krawczyk, Alicja Kuciel, Patrycja Rojek

Ballada po gangstersku
— Gabriel Krawczyk

3. American Film Festival: Dzień piąty
— Kamil Witek

Z tego cyklu

Marzec 2018 (2)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Krzysztof Spór, Konrad Wągrowski

Marzec 2018 (1)
— Piotr Dobry, Marcin Mroziuk, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Luty 2018 (2)
— Jarosław Loretz, Anna Nieznaj, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Luty 2018 (1)
— Marcin Mroziuk, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Styczeń 2018 (1)
— Jarosław Loretz

Grudzień 2017 (4)
— Konrad Wągrowski

Grudzień 2017 (3)
— Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Grudzień 2017 (2)
— Sebastian Chosiński

Grudzień 2017 (1)
— Piotr Dobry, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Listopad 2017 (3)
— Jarosław Loretz, Kamil Witek

Tegoż twórcy

Wielkość i małość rodu Laurentów
— Sebastian Chosiński

Krótko o filmach: Hotel Transylwania 3
— Marcin Osuch

Krótko o filmach: Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi
— Marcin Osuch

Remanent filmowy 2017
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Grzegorz Fortuna, Adam Kordaś, Marcin Osuch, Jarosław Robak, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Poczuć się jak dziesięciolatek
— Konrad Wągrowski

Magia i mózg
— Piotr Dobry

Solidarni z uchodźcami
— Piotr Dobry

Gdzie jest autor?
— Karolina Ćwiek-Rogalska

Wspomnienie miłości, czyli „Grand Budapest Hotel”
— Karolina Rochnowska

Co nam w kinie gra: Grand Budapest Hotel
— Marta Bałaga

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.