Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 sierpnia 2019
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
80,0 (0,0) % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Esensja ogląda: Wrzesień 2013 (2)
[ - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
W drugiej wrześniowej edycji „Esensja ogląda” królują tytuły wydane na DVD i BR.

Sebastian Chosiński, Jakub Gałka, Jarosław Loretz

Esensja ogląda: Wrzesień 2013 (2)
[ - recenzja]

W drugiej wrześniowej edycji „Esensja ogląda” królują tytuły wydane na DVD i BR.
WASZ EKSTRAKT:
80,0 (0,0) % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Iron Man 3
Jarosław Loretz [70%]
Nie przeczę, rozrywka bardzo widowiskowa, pełna wciskającej w fotel rozwałki, posiadająca pokaźną dawkę naprawdę przedniego humoru i nie przynudzająca tak mocno, jak poprzednie dwie części, gdzie akcja potrafiła siąść na dobre pół godziny, ale… No właśnie. Film trawi kilka bolączek. Pierwsza – brak poszanowania czasu widza. Swobodnie można było wyciąć dwadzieścia do trzydziestu minut różnych spowalniających fabułę zamyśleń, jałowych dyskusji czy wręcz całych wątków, które niewiele wnoszą do intrygi, że nadmienię choćby postać Happy′ego. Druga – brak poszanowania inteligencji widza. Z natłoku mniejszych bądź większych logicznych potknięć przedłożę tylko to, co na prywatny użytek nazywam syndromem X-Menów – co by się nie działo z ciałem postaci, jakie siły by na nie nie działały, minimum stroju u kobiety to plażowa bielizna, a u faceta spodnie. Nieważne, ile to będzie tysięcy stopni Celsjusza, bez znaczenia, że bohater gołą dłonią, przedramieniem czy czołem topi stalowe belki grubości ramienia Arnolda Schwarzeneggera i literalnie włazi w ogień, odzienie z bawełny czy poliestru pozostaje niezmiennie czyste, schludne i nieczułe na temperaturę. Trzecia – brak poszanowania widza spoza USA. No dobrze, z tym ostatnim to może trochę przesadziłem, ale osobiście mam już powyżej uszu heroicznego ratowania prezydenckiego tyłka i jego świty (tak na marginesie – a jak któryś z wrzuconych do rzeki nie umiał pływać, to co?), podczas gdy maluczcy tego świata, czyli piloci i reszta załogi Air Force One, mogą sobie schodzić z tego łez padołu w stylu dowolnym. No ale cóż, Disney to Disney, w dodatku to film na bazie patriotycznego komiksu, więc pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć i należy się cieszyć tym, co się ma. I zaiste, z seansu można czerpać sporo uciechy.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
G.I. Joe: Odwet
Jarosław Loretz [10%]
Alogiczna strzelana bajeczka skrojona pod małoletniego (PG-13) widza amerykańskiego, truchlejącego na samą myśl, że ktoś (sam prezydent!) mógłby chcieć spalić narodową świętość w postaci oryginału konstytucji, wypchana po brzegi patriotyzmem, pochwałą działań zespołowych, ratowaniem kraju i kumpli, solidarnością towarzyską i innymi tego typu pryncypiami, stanowiącymi fundament tamtejszego społeczeństwa. Naturalnie nikt tutaj nie przeklina i nie konsumuje używek, niegodziwców czeka ze wszech miar zasłużona kara, a z raz czy dwa można przez moment zawiesić oko na bieliźnie jednej z bohaterek (jak rozumiem, widz powinien w tym momencie dostać z ekscytacji wypieków na twarzy). Inaczej rzecz ujmując – godna kontynuacja równie durnych przygód z części pierwszej. Zresztą, czegóż innego można się było spodziewać po Hasbro…
Jakub Gałka [20%]
Właściwie to zgadzam się z Jarkiem, więc może dodam tylko, że film jest nie tylko bezdennie głupi, ale też kiepsko, strasznie kiepściuchno zrealizowany – sprawia wrażenie składającego się z pojedynczych scen, które niespecjalnie wynikają z siebie nawzajem, a i pewne rozwiązania fabularne (np: usuwanie niektórych postaci) wyglądają jakby były wprowadzone tylko po to, by kolejny epizod lepiej się prezentował. Tym się różni od części pierwszej, która – tu się z przedmówcą nie zgodzę – nie była AŻ TAK zła (bliżej mi do opinii Ewy Drab), a dawała przynajmniej jakąkolwiek frajdę z oglądania (kilka scen akcji było niezłych). Ale to pewnie różnica między Stephenem Sommersem, który zrealizował przyzwoitą bądź co bądź „Mumię”, a Jonem M. Chu – specjalistą od filmów muzycznych typu „Step Up” i „Justin Bieber”. Te ostatnie chyba wystarczą za rekomendację dla sequela „G.I. Joe”.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Pewnego razu w Anatolii
Sebastian Chosiński [80%]
Główna nagroda jurorów na festiwalu w Cannes i nominacja do Złotej Palmy to jedynie najważniejsze z laurów, jakimi w ciągu ostatnich dwóch lat obsypano obraz Nuriego Bilge Ceylana (rocznik 1959). To jego szósty film pełnometrażowy; wcześniej powstały: „Kasaba” (1997), „Majowe chmury” (1999), „Uzak” (2002), „Klimaty” (2006) oraz „Trzy małpy” (2008), dzięki którym przed pięcioma laty w Cannes uznano go najlepszym reżyserem. Wszystkie dzieła Turka – poza tym, że cieszą się dużym uznaniem krytyków – mają jeszcze jeden wspólny mianownik: opowiedziane są w sposób bardzo charakterystyczny, niespieszny, czasami można nawet odnieść wrażenie, że od niechcenia. Ale to oczywiście tylko pozór, za nieskomplikowanymi fabułami Ceylan ukrywa bowiem bardzo wnikliwy obraz współczesnej Turcji. Z drugiej jednak strony sprowadzanie wartości jego dzieł – w tym także „Pewnego razu w Anatolii” – do lokalnego kolorytu byłoby dużą niegodziwością. Tytuł filmu nawiązuje do klasycznego spaghetti westernu Sergia Leone i raczej nie jest to przypadek. Podobnie jak maestro z Italii, Turek lubuje się w kontemplowaniu na ekranie każdego szczegółu – kadru, słowa, nawet dźwięku – z których wyciska najwięcej, jak tylko się da. To spowolnienie narracji może wydawać nieznośne, nudne, nawet bolesne, ale w tym właśnie kryje się metoda reżyserska Ceylana, która przyniosła mu uznanie na całym świecie. „Pewnego razu…” zaczyna się jak kryminał. Podejrzany o popełnienie zbrodni Kenan (w tej roli Firat Tanis) przyznaje się do czynu, co wprawia komisarza Naciego (gra go Yilmaz Erdogan, znany z „Czasu nosorożca”) w takie zadowolenie, że postanawia jeszcze tej samej nocy wyruszyć na step, by odnaleźć zwłoki i przy okazji przeprowadzić wizję lokalną. W tym celu zabiera ze sobą między innymi specjalnie sprowadzonego z Ankary prokuratora Nusreta (Taner Birsel, którego mogliśmy oglądać w dramatach „Samochody rewolucji” i „Czarno-białe”) oraz lekarza sądowego Kemala (Muhammet Uzuner, policjant w „Pyle czasu”). Problem w tym, że gdy Kenan dokonywał zbrodni i ukrywał ciało, był mocno pijany i nie pamięta miejsca. Dlatego konwój kierowany przez Naciego przemierza anatolijskie pustkowia, szukając po omacku; nocna podróż sprzyja zaś osobistym rozmowom, niekoniecznie na tematy służbowe. Jak się okazuje, każdy z bohaterów nosi w sobie coś, z czym nie potrafi sobie poradzić, co sprawia, że dokonana zbrodnia szybko schodzi na plan dalszy. Ceylan bardzo umiejętnie wnika w umysły swoich bohaterów (kapitalnie zresztą zagranych), poprzez ich pryzmat przekazując uniwersalne prawdy o otaczającym nas świecie. Wartością dodaną filmu są przepiękne zdjęcia – ujęcia tak plastyczne, że można sycić nimi oczy jak obrazami wielkich mistrzów (pod warunkiem, że interesowały ich krajobrazy). Wspaniałe kino, choć wymagające wielkiego samozaparcia!
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Piękno
Sebastian Chosiński [60%]
Ten południowoafrykański film – do powstania którego dołożyli się także Francuzi i Niemcy – był sporym wydarzeniem na festiwalu w Cannes przed dwoma laty. Nawet nie z uwagi na wysoką wartość artystyczną (chociaż jedną z nagród zdobył), ile na kontrowersyjny temat i momentami naturalistyczny sposób jego przedstawienia. Głównym bohaterem jest François van Heerden (w tej roli Deon Lotz), czterdziestokilkuletni, dobrze sytuowany Afrykaner, mieszkający w Bloemfontein w historycznej Oranii. Na pozór wiedzie w pełni szczęśliwe życie. Ma żonę, dwie dorosłe córki, jedną z nich wydaje właśnie za mąż. Na imprezie weselnej obecny jest między innymi syn jego przyjaciela Christian Roodt (gra go Charlie Keegan), mniej więcej rówieśnik Aniki, córki van Heerdena. Christian mieszka w Kapsztadzie, ma już rodzinę, jest na ostatnim roku studiów prawniczych i myśli poważnie o przyszłości; chętnie reprezentowałby interesy François. Ten zaś nie odmawia, choć, jak się niebawem okazuje, kierują nim zupełnie inne intencje, niż zwykła chęć pomocy znajomemu. Van Heerden jest homoseksualistą, ale swoje skłonności skrzętnie ukrywa. Wychowano go bowiem w przekonaniu, że to wielki grzech; w efekcie całe jego życie naznaczone jest piętnem kłamstwa i głęboko skrywanych – zarówno przed rodziną, jaki i przyjaciółmi i współpracownikami – emocji. Nauczył się nad nimi panować, folgując sobie jedynie podczas spotkań z podobnymi sobie. Ale pojawienie się Christiana burzy ten porządek. François zafascynowany jest młodym mężczyzną, nie potrafi powściągnąć swoich uczuć. Pewnego dnia znajduje pretekst, by wybrać się do Kapsztadu i spotkać z Roodtem sam na sam, co będzie miało dla obu poważne konsekwencje. „Piękno” jest drugim filmem pełnometrażowym, urodzonego w 1983 roku, Olivera Hermanusa (zadebiutował dwa lata wcześniej dramatem „Shirley Adams”) – i ten brak doświadczenia widać, niestety, na ekranie. Tym bardziej że Hermanus, obok Didiera Costeta (producenta obrazu), jest także jego współscenarzystą. Na plan pierwszy wybija się oczywiście postać van Heerdena, sfrustrowanego i gotowego na wszystko faceta w średnim wieku, który całkowicie traci nad sobą kontrolę. Problem w tym, że „Piękno” nie oferuje nic, a przynajmniej niewiele, ponad to. Dochodzi do tragedii, ale w jaki sposób wpływa ona na życie jej uczestników, nie dowiadujemy się – czy je niszczy, czy wywołuje jakieś wyrzuty sumienia, może rodzi agresję albo nienawiść? Efekt jest taki, że Hermanus ogranicza się tylko do uwypuklenia fatalnych namiętności. Ale to samo można było przedstawić w filmiku krótkometrażowym, dzięki czemu autorowi udałoby się uniknąć dłużyzn, które w zamierzeniu miały służyć pogłębieniu portretu psychologicznego bohatera. Z zamiarów wyszło jednak niewiele; w pamięci widza pozostają natomiast przede wszystkim naturalistyczne i odpychające – jak można sądzić, reżyser świadomie zadbał o to, by taki właśnie był ich odbiór – sceny stosunków homoseksualnych.
1 2 »

Komentarze

19 IX 2013   21:30:33

"tak na marginesie – a jak któryś z wrzuconych do rzeki nie umiał pływać, to co?" - to by go nie brali do pracy w załodze samolotu...

20 IX 2013   08:16:06

z tym pływaniem to też jako człowiek niepływający tez o tym samym pomyslalem ;) tyle ratowania zeby sie potopili

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

East Side Story: Dramat w trzynastu aktach
Sebastian Chosiński

18 VIII 2019

Przed tygodniem za sprawą filmu Renata Dawletjarowa mogliśmy spojrzeć na konflikt ukraińsko-rosyjski w Donbasie oczyma Rosjan. Dzisiaj dzięki nowemu dziełu Siergieja Łoźnicy zmieniamy optykę. „Donbas” (już bez żadnych podtytułów) to składający się z trzynastu scen obraz ogarniętej wojną wschodniej Ukrainy, której mieszkańcy – na przekór losowi – próbują żyć normalnie w absolutnie nienormalnej sytuacji.

więcej »

Klasyka kina radzieckiego: Marzenia nie do spełnienia
Sebastian Chosiński

14 VIII 2019

Wasilij Szukszyn jak mało który z twórców radzieckich potrafił wejść w skórę zwykłego człowieka, często przetrąconego przez los i pozbawionego perspektyw, ale nie tracącego nadziei na poprawę swej marnej egzystencji. O tym właśnie chciał opowiedzieć w jednym ze swoich kolejnych filmów – „Wezwij mnie w świetlistą dal”. Zanim jednak doszło do jego realizacji, aktor i reżyser zmarł. Projekt doprowadzili do końca jego przyjaciele – Stanisław Liubszyn i Gierman Ławrow.

więcej »

Szalone lata 60.
Piotr Nyga

12 VIII 2019

O tym, że Quentin Tarantino kocha kino i potrafi brawurowo łamać reguły gatunkowe, wiemy nie od dziś. Wystarczy przytoczyć jego wzorowany na b-klasowych filmach sensacyjnych z epoki VHS nakręcony wspólnie z Robertem Rodriguezem dyptyk „Grindhouse”, inspirowany azjatyckim kinem akcji „Kill Bill” czy antywestern „Django”. Po lekkiej zadyszce, której owocem stała się kręcona niemalże na autopilocie „Nienawistna ósemka”, jeden z największych reżyserów wszech czasów powraca. I to w jakim stylu!

więcej »

Polecamy

Dlaczego sypanie soli na drogi jest złym pomysłem

Z filmu wyjęte:

Dlaczego sypanie soli na drogi jest złym pomysłem
— Jarosław Loretz

Drzewa-zabójcy
— Jarosław Loretz

A w zaświatach tańce i swawole
— Jarosław Loretz

Dla chcącego nic trudnego
— Jarosław Loretz

Gdy mści się niechlujstwo
— Jarosław Loretz

22 tancerzy i świński pęcherz
— Jarosław Loretz

Czy duże dziewczynki lubią krew?
— Jarosław Loretz

Czy małe dziewczynki lubią krew?
— Jarosław Loretz

Nasi w zaświatach
— Jarosław Loretz

Meble na wysoki połysk
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja ogląda: Maj 2013 (3)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Jakub Gałka, Kamil Witek

Superbohaterskie odrodzenie
— Ewa Drab

12. T-Mobile Nowe Horyzonty: Dzień trzeci
— Patrycja Rojek, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Nocne tureckie rozmowy
— Konrad Wągrowski

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (2/3)
— Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Z tego cyklu

Marzec 2018 (2)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Krzysztof Spór, Konrad Wągrowski

Marzec 2018 (1)
— Piotr Dobry, Marcin Mroziuk, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Luty 2018 (2)
— Jarosław Loretz, Anna Nieznaj, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Luty 2018 (1)
— Marcin Mroziuk, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Styczeń 2018 (1)
— Jarosław Loretz

Grudzień 2017 (4)
— Konrad Wągrowski

Grudzień 2017 (3)
— Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Grudzień 2017 (2)
— Sebastian Chosiński

Grudzień 2017 (1)
— Piotr Dobry, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Listopad 2017 (3)
— Jarosław Loretz, Kamil Witek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.