Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 2 kwietnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Ethan Coen, Joel Coen
‹Co jest grane, Davis?›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCo jest grane, Davis?
Tytuł oryginalnyInside Llewyn Davis
Dystrybutor Vue Movie Distribution
Data premiery28 lutego 2014
ReżyseriaEthan Coen, Joel Coen
ZdjęciaBruno Delbonnel
Scenariusz
ObsadaCarey Mulligan, Garrett Hedlund, Justin Timberlake, John Goodman, Oscar Isaac, Adam Driver, F. Murray Abraham, Ricardo Cordero, Max Casella
Rok produkcji2012
Kraj produkcjiUSA
WWW
Gatunekdramat
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Oswajanie melancholii
[Ethan Coen, Joel Coen „Co jest grane, Davis?” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Poniższa recenzja zawiera spoilery dotyczące ważnych zwrotów akcji i zakończenia „Co jest grane, Davis?”. Jeżeli jeszcze nie widziałeś najnowszego filmu braci Coen, obejrzyj, bo naprawdę warto. Jeżeli widziałeś – zapraszam do lektury.

Grzegorz Fortuna

Oswajanie melancholii
[Ethan Coen, Joel Coen „Co jest grane, Davis?” - recenzja]

Poniższa recenzja zawiera spoilery dotyczące ważnych zwrotów akcji i zakończenia „Co jest grane, Davis?”. Jeżeli jeszcze nie widziałeś najnowszego filmu braci Coen, obejrzyj, bo naprawdę warto. Jeżeli widziałeś – zapraszam do lektury.

Ethan Coen, Joel Coen
‹Co jest grane, Davis?›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCo jest grane, Davis?
Tytuł oryginalnyInside Llewyn Davis
Dystrybutor Vue Movie Distribution
Data premiery28 lutego 2014
ReżyseriaEthan Coen, Joel Coen
ZdjęciaBruno Delbonnel
Scenariusz
ObsadaCarey Mulligan, Garrett Hedlund, Justin Timberlake, John Goodman, Oscar Isaac, Adam Driver, F. Murray Abraham, Ricardo Cordero, Max Casella
Rok produkcji2012
Kraj produkcjiUSA
WWW
Gatunekdramat
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
W pierwszej scenie „Inside Llewyn Davis” (będę się trzymał oryginalnego tytułu, bo polski nie ma zbyt wiele wspólnego z filmem braci Coen) tytułowy bohater, pieśniarz folkowy, który próbuje zrobić karierę w Nowym Jorku wczesnych lat sześćdziesiątych, gra w podrzędnym klubie. Po koncercie opuszcza lokal i zostaje pobity przez nieznanego mężczyznę w czarnym garniturze. W innym filmie byłoby to mocne otwarcie, które skłaniałoby do zastanawiania się nad przyczyną incydentu, w „Inside Llewyn Davis” sprawia jednak wrażenie naturalnej konsekwencji stylu życia prowadzonego przez głównego bohatera.
Llewyn (Oscar Isaac) sypia na kanapach u znajomych, taszczy ze sobą cały dobytek i pożycza pieniądze od kogo popadnie; nie dogaduje się ani z przyjaciółmi, ani z rodziną. Bywa arogancki i ordynarny, często wybucha przesadną złością. Nie ma domu, zarówno w sensie materialnym, jak i tym nieco bardziej antropologicznym; zawsze pozostaje sam (nawet wtedy, gdy gra przed niemałą publiką) i przez dwadzieścia cztery godziny na dobę nurza się w melancholii. „Jesteś jak zidiociały brat króla Midasa. Wszystko, czego się dotkniesz, zamienia się w gówno” – słyszy w pewnym momencie od Jean (świetna Carey Mulligan), dziewczyny, którą przez przypadek zapłodnił. Na pierwszy rzut oka Llewyn idealnie wpisuje się w bogatą galerię (anty)bohaterów stworzonych przez braci Coen – nieudaczników, krętaczy, „nieprzeciętnych przeciętniaków”, którzy w mniej lub bardziej uczciwym stylu próbują ułożyć sobie życie. Początkowo wydaje się zresztą, że w jakiś masochistyczny sposób Davis lubi swój tryb życia, że z pewną satysfakcją realizuje stereotyp biednego muzyka, który nie ma co włożyć do garnka, ale mimo tego nigdy się nie sprzeda.
Bracia Coen szybko burzą te fasadę. W drugim akcie „Inside Llewyn Davis” staje się już filmem o wiele bardziej poważnym, na serio melancholijnym, momentami wręcz mrocznym, a sam Llewyn zaczyna wyraźnie odstawać od bohaterów takich jak Koleś z „Biga Lebowskiego” – jest dużo mniej jaskrawy i zabawny, bardziej przyziemny, wyraźnie zmęczony ciągłą tułaczką od jednego ciasnego mieszkanka do drugiego ciasnego mieszkanka i od jednej wytwórni do innej wytwórni. Zderzenie marzeń i aspiracji Llewyna – zarysowanych w sposób subtelny, ale bardzo sugestywny – z rzeczywistością nie nie jest tu w zasadzie nawet zderzeniem sensu stricto; to raczej zestrój małych upokorzeń i nagłych spostrzeżeń, które składają się na taki a nie inny obraz sytuacji. Ot, choćby w jednej ze scen Llewyn przynosi do kawalerki znajomego – też muzyka – pudło swoich niesprzedanych płyt. Szperając w pokoju kolegi, odkrywa przez przypadek identyczny karton, także pełen winyli, których nikt nie chciał kupić. Nawet zdjęcia na obu okładkach wyglądają podobnie.
Jedną z najważniejszych cech filmów braci Coen zawsze był swoisty dualizm. Reżysersko-scenopisarski duet lubi torturować i upokarzać swoich bohaterów, karać ich za chciwość, głupotę lub nieumiejętność poradzenia sobie w życiu, ale z ich filmów bardzo często przebija szczera miłość, którą darzą stworzone przez siebie postacie. Llewyn Davis nie jest tu wcale wyjątkiem. Z jednej strony to nieudacznik, który nigdy nie osiągnie wymarzonej kariery; z drugiej – z każdą kolejną sceną jego zachowania wydają się coraz bardziej uzasadnione, a jego upór ma w sobie, mimo wszystko, coś w dziwny sposób szlachetnego. Oscar Isaac, kojarzony do tej pory raczej z ról drugoplanowych, wciela się w tę postać z niespodziewaną wprawą, szczególnie wtedy, gdy milczy i ogranicza się do grania mimiką. W jednej ze scen jego znajoma stwierdza z uśmiechem, że „śpiew jest radosnym wyrażaniem duszy”. Isaac się nie odzywa, komentuje to tylko za pomocą odpowiedniej miny, a jego spojrzenie mówi znacznie więcej, niż mógłby powiedzieć jakikolwiek dialog.
„Inside Llewyn Davis” jest jednocześnie filmem okrutnie wręcz ironicznym. Llewyn miał kiedyś partnera, Mike’a, z którym nagrał pierwszą płytę, zatytułowaną „Gdybyśmy mieli skrzydła”. W dalszej części historii dowiadujemy się, że Mike popełnił samobójstwo, rzucając się z mostu. Tego typu motywów jest w filmie braci Coen więcej: rudy kocur, którego Llewyn przez przypadek wypuścił z mieszkania znajomych, nazywa się Ulisses – tak samo jak król Itaki, bohater „Odysei” Homera, który tułał się po świecie przez dziesięć lat, zanim dotarł wreszcie do domu.
Llewyn do domu jednak nie dociera, a w każdym razie nie na naszych oczach. Braci Coen w ogóle nie interesuje podróż z punktu A do punktu B; o wiele ciekawsze jest dla nich portretowanie bohatera, który nieustannie drepcze w kółko, i co najwyżej przyzwyczaja się do tej sytuacji. Pod koniec filmu, kiedy Llewyn dochodzi do porozumienia ze swoimi przyjaciółmi i zaczyna szukać pracy, wydaje się, że wyjdzie na prostą. Symbolicznym przypieczętowaniem tego wrażenia jest scena, w której Llewyn – ponownie wychodząc z mieszkania znajomych – zatrzymuje kota i zatrzaskuje drzwi, zanim futrzak wyskoczy na klatkę.
Po chwili okazuje się jednak, że to tylko element przewrotnej gry z widzem, którą bracia Coen prowadzili do facto na całej długości fabuły. Następna – i przy tym ostatnia – scena filmu to bowiem powtórzenie sekwencji otwierającej. Llewyn znowu gra w klubie tę samą piosenkę, a historia zawija się w zgrabną pętelkę. Kamera Brunona Delbonnela wyławia jednak bardzo istotny dodatkowy drobiazg – po tym, jak Llewyn schodzi ze sceny, zaczyna na niej grać młody (i zupełnie jeszcze wtedy nieznany) Bob Dylan.
Dylan zrobi niebawem wielką karierę. Llewyn dostanie w mordę i zatoczy pełne koło, zapewne nie pierwsze i nie ostatnie. A my ciągle jesteśmy razem z nim, na tym samym dnie, śpimy na niewygodnych kanapach, gramy w tych samych podrzędnych klubach, marzniemy na chłodzie i jemy, co popadnie. Ale jest nam już jakoś bardziej swojsko.
koniec
12 marca 2014

Komentarze

« 1 2
14 III 2014   13:38:50

ggg - nie wiem, czy jesteś na Esensji po raz pierwszy, ale jeśli nie, to powinieneś wiedzieć, że akapit kursywą pod nazwiskiem autora nie jest "reklamą" czy "rutynową informacją", ale leadem, integralną częścią każdego tekstu, jaki publikujemy. Zresztą takie same leady są na większości stron filmowych. Trochę zabawnie brzmi Twój zarzut o doskonałe samopoczucie, skoro sam zwalasz winę za własną nieuwagę na wszystkich wokół. Więc powtarzam - przykro mi, że tekst zepsuł Ci seans, ale od początku pisałem tę recenzję z myślą o czytelnikach, którzy film widzieli i teraz chcą o nim poczytać. Dlatego wyraźnie zaznaczyłem w leadzie, że będą spoilery. Nie wiem, co mam tu jeszcze dodać.

14 III 2014   14:34:50

@ insider
ciekawa matematyka.
czytając komentarze od góry można dojśc do wniosku, że jest pół na pół. rozumiem, że podejrzenie o istnieniu owych "kilkuset [osób]" powziałeś na podstawie staropolskiego "no jak nie, jak tak".

gratuluję.

14 III 2014   14:44:54

@G.Fortuna
ciekawe, że na żadnej ze stron filmowych nie wpadłem w podobne maliny.

face it : lead jest na tyle sugestywnie oddzielony od tekstu właściwego, że łatwo go przeoczyć. być może stali bywalcy, po utracie dziewictwa na podobnej wpadce, już się pilnują. takich jak ja, czeka więc chrzest bojowy. mają fart, jeśli opuszczą jakieś malo znaczące zagajenie.

ja od razu wdepnąłem w otwarty kanał, bo ktoś podprowadził kratkę ściekową. a majster tłumaczy, że tej kratki nigdy tutaj nie było i powinienem patrzeć pod nogi. brawo, nic dodać nic ująć. wykopmy wszyscy dziury i niech ludzie w nie wpadają. a kanoniczne tłumaczenie niech brzmi : trzeba było uważać.

EOT

14 III 2014   20:51:10

Jeśli chodzisz z klapkami na oczach, to nie narzekaj, że wpadasz w kanał.

Ode mnie też EOT.

15 III 2014   09:17:37

ggg: Bo oczywiście wszyscy, którzy zobaczyli informację o spoilerze, z ochotą chcą się tym podzielić w komentarzach. Jesteś głupszy niż myślałem.

29 III 2014   15:53:38

Też się naciąłem. Nie mam pretensji, bo świadomie pominąłem lead (zwykle zawiera kompletne banialuki), ale na przyszłość fajnie jakbyście jednak umieszczali ostrzeżenia tak, żeby się w oczy rzucały − na początku właściwego tekstu i najlepiej wyboldowane, a nie w leadzie, gdzie tekst jest mniejszy, szary i kursywą, co optycznie sugeruje coś zbędnego, dodatkowego.

29 III 2014   16:33:22

smutne jest dzisiejsze pokolenie facebookowiczów i dzieci ery internetu, które zamiast czytać całość, skanuje tekst wzrokiem, a za własną głupotę obwinia autorów tekstu.

30 III 2014   00:47:08

Kto normalny czyta lead, w którym z reguły zawarte są jakieś zupełnie oderwane od reszty recenzji brednie? ;)
Swoją drogą takie spojlery to nie spojlery. Ja bym wam pokazał stare recenzje Szczerby w Koszer Cajtung, ten to umiał psuja puścić.

30 III 2014   11:58:24

Kto normalny czyta każde zdanie, zamiast co trzecie, skoro w większości wypadków i czytając co trzecie da się wywnioskować, co chciał przekazać autor?

Dlaczego autorzy recenzji nie biorą pod uwagę większości zabierających głos w tej sprawie (jak na razie to nawet stu procent) i perfidnie przemycają ukryte treści również w zdaniach numer 2 i 3?

31 III 2014   11:56:38

Garmie, nie poznałbyś ironii prawdopodobnie nawet wtedy, gdyby wyskoczyła zza krzaka i...przedstawiła ci się ;) Ale to esensjowa norma, przywykłem.

« 1 2

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Klasyka kina radzieckiego: Cios w jądro ciemności
Sebastian Chosiński

1 IV 2020

Przyznam, że długo się wahałem, czy omawiać w tej rubryce filmy powstałe w czasach stalinowskich, będące apologią dyktatora. Z drugiej strony jednak, skoro one także są „klasyką kina radzieckiego” (choć niekiedy niechcianą), to dlaczego się od nich odżegnywać. Poza tym dzisiaj jest ważny dzień. Prima aprilis! I choćby z tego powodu mogę sobie pozwolić na monumentalną „Bitwę stalingradzką” Władimira Pietrowa z końca lat 40. XX wieku.

więcej »

Zaraza odc. 3: Na początku było Słowo
Marcin Mroziuk

31 III 2020

Trzeba przyznać, że twórcy serialu dbają o to, żeby w każdym odcinku czymś zaskoczyć widzów. Tym razem Mateo z jednej strony zmaga się z demonami ze swej przeszłości, a z drugiej w ramach prowadzonego śledztwa odkrywa nowe istotne fakty. A równocześnie obserwujemy, że dżuma też nie próżnuje.

więcej »

W lesie… jesteśmy z polskimi slasherami
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

30 III 2020

Przypadek „W lesie dziś nie zaśnie nikt” pokazuje, że zrobić dobry slasher, będący hołdem dla klasyki, też trzeba umieć.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Listopad 2017 (2)
— Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Co za dzień! Co za cudowny dzień!
— Piotr Dobry

Tom Chaney musi wisieć
— Konrad Wągrowski

Co nam w kinie gra: Wenecja i Poważny człowiek
— Esensja

Kot Schrödingera
— Karol Kućmierz

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (1)
— Jakub Gałka

Perfekcyjna niedoskonałość
— Jakub Gałka

Prowincjonalne ciasteczko, czyli bracia Coen trzymają poziom
— Łukasz Kustrzyński

Dużo pod powierzchnią
— Michał Chaciński

Farsa z głową
— Michał Chaciński

Tegoż autora

Remanent filmowy 2017
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Grzegorz Fortuna, Adam Kordaś, Marcin Osuch, Jarosław Robak, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Lisy w krainie wilków
— Grzegorz Fortuna

Nic już nie gra
— Grzegorz Fortuna

Głupota jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową
— Grzegorz Fortuna

Porażki i sukcesy 2014
— Karolina Ćwiek-Rogalska, Piotr Dobry, Jarosław Robak, Grzegorz Fortuna, Jacek Walewski, Konrad Wągrowski, Krystian Fred, Kamil Witek, Miłosz Cybowski, Adam Kordaś

Źródła
— Grzegorz Fortuna

Llewyn Davis jest palantem
— Piotr Dobry, Ewa Drab, Grzegorz Fortuna

Apokalipsa według Guillermo del Toro
— Grzegorz Fortuna

Zakleszczeni w postkomunie
— Grzegorz Fortuna

To zdecydowanie zły dzień, żeby szklana pułapka
— Grzegorz Fortuna

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.