Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 listopada 2019
w Esensji w Esensjopedii

Filmy

Magazyn CXCI

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

Zapowiedzi

kinowe

więcej »

dvd i blu-ray (wybrane)

więcej »

J.J. Abrams
‹Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
65,0 (60,0) % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy
Tytuł oryginalnyStar Wars: The Force Awakens
Dystrybutor Disney
Data premiery18 grudnia 2015
ReżyseriaJ.J. Abrams
ZdjęciaDaniel Mindel
Scenariusz
ObsadaAndy Serkis, Carrie Fisher, Harrison Ford, Domhnall Gleeson, Gwendoline Christie, Mark Hamill, Oscar Isaac, Lupita Nyong'o
MuzykaJohn Williams
Rok produkcji2015
Kraj produkcjiUSA
CyklGwiezdne wojny
Gatunekakcja, fantasy, przygodowy
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Przebudzona niemoc
[J.J. Abrams „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Z dużej chmury żółty… przepraszam, mały deszcz. A szkoda, bo „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy” były jedną z premier, na które wręcz latami czekali sympatycy sagi.

Jarosław Loretz

Przebudzona niemoc
[J.J. Abrams „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy” - recenzja]

Z dużej chmury żółty… przepraszam, mały deszcz. A szkoda, bo „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy” były jedną z premier, na które wręcz latami czekali sympatycy sagi.

J.J. Abrams
‹Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
65,0 (60,0) % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy
Tytuł oryginalnyStar Wars: The Force Awakens
Dystrybutor Disney
Data premiery18 grudnia 2015
ReżyseriaJ.J. Abrams
ZdjęciaDaniel Mindel
Scenariusz
ObsadaAndy Serkis, Carrie Fisher, Harrison Ford, Domhnall Gleeson, Gwendoline Christie, Mark Hamill, Oscar Isaac, Lupita Nyong'o
MuzykaJohn Williams
Rok produkcji2015
Kraj produkcjiUSA
CyklGwiezdne wojny
Gatunekakcja, fantasy, przygodowy
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Jako dyżurny malkontent „Esensji” muszę stwierdzić, że przez cały seans nowych „Gwiezdnych wojen” siedziałem w kinowym fotelu z nieśmiałym półuśmiechem. Niby chciałem dobrze się bawić, dać się porwać fabule, ale ta nigdy nie osiągnęła takiego poziomu, w którym człowiek zostaje zassany przez windę emocji i z radością ślizga się w górę i w dół przez pasaże uniesień i czystego zachwytu. Film oglądało się w zasadzie miło, troszkę ciepła wsączało się co pewien czas w fanowskie serce, ale gdzieś w tle mimo wszystko wibrował zawód. Coś na kształt guli w gardle – niedużej, ale tkliwej, nie dającej spokoju, ciągle przypominającej o sobie. Bo te nowe „Gwiezdne wojny” są może i czasami dowcipne, z pewnością przyjemnie nostalgiczne, ale tak w ogóle… zaledwie dobre. Tylko poprawne.
Na taki odbiór filmu złożyło się kilka przyczyn, z których większość daje się ometkować dużą, tłustą pieczątką „Déjà vu”. Wręcz cały ten film mógłby służyć za słownikową definicję déjà vu. Bodaj każdy element, jaki się trafia w nowej części „Gwiezdnych wojen”, widzieliśmy już w poprzednich epizodach bądź znamy z popkultury. I nie chodzi mi o statki czy kostiumy, a o podstawowe fabularne wątki, o reżyserskie i aktorskie zagrywki, o schematy, bezsensownie mielone po raz drugi czy trzeci w tej samej sadze. Owszem, w większości są to elementy trochę zmodyfikowane, żeby nie dało się złapać twórców na bezwstydnym pójściu na skróty i przeklejeniu żywcem scen z tego czy innego epizodu, ale mimo wszystko obrana przez Abramsa (lub producentów) taktyka na milę cuchnie zachowawczym podejściem do sprawy. Cuchnie strachem, że fani mogliby poczuć się zawiedzeni, co – być może – skończyłoby się nieciekawymi wynikami finansowymi. A przecież Disney i Lucas bardzo lubią zielone pieniążki.
Jak by nie było, J. J. Abrams fatalnie zawiódł. Owszem, skroił widowisko wartkie i sympatyczne, które z łatwością przypadnie do serca pokoleniom wychowanym na starej trylogii, ale jednocześnie – przez swoje podobieństwo do starszych filmów – raczej nie zapadnie głębiej w pamięć, nie wzbudzi miłości do sagi w tych, którzy dotąd oparli się jej urokowi. Bo zamiast rewolucji na miarę nowego „Star Treka”, kiedy to podpleśniewający już tu i ówdzie suchar, schodzący stopniowo do rangi telenoweli godnej Sci-Fi Channel, w sposób wręcz magiczny odzyskał blask, dostaliśmy najprawdziwszą bajaderkę, ulepioną z wszystkiego, co dało się wytrząsnąć ze starych filmów, i uperfumowaną różnymi smaczkami, byle tylko nie czuć było ciągnącego tu i ówdzie zjełczałego zapaszku.
Wymienione wyżej bolączki widać już po samej konstrukcji fabuły. Akcja zaczyna się na pustynnej planecie, na której żyje sobie osóbka nie mająca pojęcia o własnych możliwościach. Wkrótce osóbka ta musi zatroszczyć się o robota niosącego w swoich trzewiach klucz do ocalenia Rebel… znaczy się Ruchu Oporu. Klucz, który w swoje bezwzględne łapska chce dorwać Imperium. Trzeba więc uciekać przed szturmowcami i tandetną kopią Vadera, wykorzystując w tym celu wiadomy statek. W ucieczce pomaga czarnoskóry, nieudany szturmowiec, a wkrótce również i Han Solo wraz z futrzakiem. Reszta nie jest już może tak ordynarną kopią „Nowej nadziei”, ale ktoś, kto widział wszystkie części „Gwiezdnych wojen” po kilka razy, z pierwszego kopa odłowi jaskrawe zapożyczenia.
I właśnie te zapożyczenia najmocniej kłują w oczy. Część z nich wygląda jak żywcem wyjęta ze starszych filmów (pustynna Jakku, praktycznie niczym prócz wraków nie różniąca się od Tatooine, atak X-wingów), część została specjalnie udziwniona, żeby kłuć w oczy „oryginalnością” (turlany BB8 zamiast R2-D2, miecz świetlny „bardziej”, czyli już nawet nie dwustronny miecz Dartha Maula, a coś w rodzaju ognistego średniowiecznego miecza, posiadającego wyraźne ostrze zamiast świetlówkowej rury, pojazd będący odpryskiem Podracera, nowi obcy i nowe zwierzęta – tu jednak przyznam, że „świnia” szczerze mnie rozbawiła), a część uległa bezsensownej gigantomanii (zamiast kantyny Mos Eisley mamy ogromną tawernę Maz Kanaty, Gwiazda Śmierci jest teraz w ogóle gargantuicznych rozmiarów – ciekawe, czym spróbują ją zakasować w następnej części).
Żeby jednak było bardziej głupio, inne elementy uległy zagadkowemu skarleniu. Innymi słowy – sagę niespodziewanie (jeśli nie liczyć Gwiazdy Śmierci i tawerny) dopadła kameralność. Mamy galaktykę, ale nie czuć jej rozmiarów. Mamy kilka planet, ale oglądanych na ogół z ich powierzchni. Mamy walki – ale skromne. Garstka szturmowców, kilka małych stateczków, na widok których od czasu do czasu może rozboleć od śmiechu brzuch (zwłaszcza jak się próbuje nazywać je „flotą Ruchu Oporu”). W końcu walki na miecze – krótkie, skromne, pozbawione finezji. Innymi słowy – film dramatycznie cierpi na brak rozmachu. Jest czymś w rodzaju ukłonu wobec fanów oryginalnej trylogii i odcięciem się od rozbuchanej, efekciarskiej trylogii z lat 2000-nych, ale bez pomysłu na nowy – że użyję tu haniebnego sieciowego slangu – „efekt WOW”.
No i te wątpliwości. Jakim cudem podczas strzału Gwiazda Śmierci nie przesuwa się w przestrzeni? Jakim cudem bohaterowie mogą sobie swobodnie oglądać fajerwerki na niebie, w ewidentnie TYM SAMYM układzie? Dlaczego do ataku na kluczowy, poważnie opancerzony obiekt wysyła się samolociki nie posiadające choć jednej rzeczywiście dużej bomby? Pytań jest o wiele więcej, ale większości z nich nie można zadać bez ewidentnego już spoilerowania.
A przecież to nie wszystko. Przecież jest jeszcze nowy Vader – nieważne, że noszący inne imię. Wyższy, ciężko stąpający, posiadający maskę wzbogaconą o chromowane paski i… kompletnie pozbawiony charyzmy. Z kolei grający dowódcę armii Domhall Gleeson, syn Brendana, aktora – jak to się ktoś kiedyś wyraził – „mówiącego caps lockiem”, ma tej charyzmy aż nadto, kradnąc praktycznie każdą scenę, w której występuje. Nawet jeśli scena ta jest zbyt oczywistym zapożyczeniem z hitlerowskiej przemowy w Norymberdze.
Odrębnym problemem – czy też raczej nie tyle problemem, ile nadto oczywistą zagrywką – jest zaoceaniczny standard w przypadku produkcji mających ściągnąć do kin cały przekrój społeczeństwa, czyli… political correctness. Dzięki temu za bohaterów mamy dziewczynę, robiącą za żeńską wersję Luke’a Skywalkera, oraz czarnoskórego dezertera z jednostek szturmowców. Oczywiście mających się coraz mocniej ku sobie, choć stroniących od pocałunku, bo co by powiedzieli na to hołubieni przez Disneya widzowie…
A żeby fanom nie było smutno, w kadrze pojawiają się również starzy znajomi. Szkoda jednak, że niektórzy z nich (no dobrze, chodzi mi o Carrie Fisher) przeszli zbyt oczywiste operacje plastyczne i zostali pozbawieni tak mimiki twarzy, jak i zdolności żywszego wysławiania się ze względu na sztywność okolic szczęki.
Tak ogromną dawkę potknięć i nietrafionych wyborów Abramsa i spółki ciężko zrównoważyć cwanymi cytatami z klasyki, garstką świetnych postaci pobocznych (choćby facet ze szkockim akcentem), pięknymi plenerami i przemyślaną animacją BB8 (niby metalowa puszka, a ma zupełnie czytelną mimikę). Do tego jest kilka dobrych onelinerów, ale przecież nie dla onelinerów rozpoczyna się seans „Gwiezdnych wojen”.
Film jest miły, nie nudzi i chwilami rzeczywiście bawi, ale jest to zabawa wspomnieniami raczej (wszystkie sceny z „Sokołem Millennium” są po prostu cudne) niż jakąś nową jakością. Jest to coś w rodzaju przywołania dawnych zdarzeń i zjawisk, ostrożnego zagrania na nucie sentymentu, żeby broń Boże nie wdepnąć na którąś z min, które mogłyby zniechęcić fanów do nowej historii. W tej zachowawczości Abrams poszedł jednak za daleko, docierając literalnie do ściany. W ten sposób bowiem kolejnej części nakręcić się już nie da i trzeba będzie wymyślić nowe wątki i lokacje i pójść z historią do przodu, w nowe rejony, zarazić sagą nowe pokolenia. Konieczność zmian została więc tylko odwleczona w czasie. Dlaczego? Czy po to, by rozbudzić apetyty? Czy może tylko z tego względu, że Abrams nie zamierzał żreć się z fanami o odstępstwa od kanonu i postanowił zrzucić problem na barki swojego następcy?
Jak by nie było – widzowie i tak dopisali (w tydzień film zarobił ponad ćwierć miliarda dolarów), i w większości i tak pokochali film (średnia na serwisach filmowych wciąż oscyluje w granicach 8.5). Sęk w tym, że raczej nie za walory rozrywkowe, a za podobieństwo do „Nowej nadziei”. A to już pachnie uwielbieniem dla remake’u…
koniec
25 grudnia 2015
PS. Wiem, dałem wysoką ocenę, ale niższej nie mogłem, bo mimo wszystkich swoich wad „Przebudzenie Mocy” było lepsze od „Zemsty Sithów”. Ta zaś przecież nie była aż tak tragiczna, nawet jeśli to zupełnie inna liga.

Komentarze

« 1 5 6 7
26 I 2016   10:02:30

No tak, to, że dwa lata z rzędu do Oscarów nominowani są tylko biali ludzie, a przeciętny członek Akademii jest 67-letnim białym mężczyzną, niezbycie dowodzą temu, że Hollywood zostało opanowane przez zarazę politycznej poprawności. Ci biedni, prześladowani biali heteroseksualni mężczyźni...

11 III 2016   14:09:58

A ja się zgadam z recenzją. To nie byle film - to Star Wars, i główny bohater powinien być człowiekiem "najlepszego sortu" :)) Musi być silny - więc musi być mężczyzną, mus być mądry - a więc musi być biały. Daisy Ridley mogłaby zagrać co najwyżej wybrankę serca głównego bohatera, a Boo Boo Boo Booyega - głównego komedianta, odpowiednika Jar Jara. Mnie jednak nie to wkurzyło najbardziej ale to że JJ Abrams pokazał jakim jest k..tasem uśmiercając jedną z kultowych postaci a założę się że większość fanów wolałaby żeby on żył.

« 1 5 6 7

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Do sedna: Darren Aronofsky. Źródło
Marcin Knyszyński

16 XI 2019

„Źródło”, film Aronofsky’ego, który po wielu trudnościach pojawił się w końcu w kinach w 2006 roku, jest chyba najtrudniejszym dziełem reżysera. Równie mocno oklaskiwany co wygwizdywany, każe na nie tyle śledzić wydarzenia na ekranie, co nieustannie interpretować ich znaczenie.

więcej »

Przebudzony potwór kontratakuje!
Konrad Wągrowski

15 XI 2019

To nie będzie klasyczna recenzja filmowa. Nie spodziewajcie się szczegółowej analizy scenariusza, reżyserii, aktorstwa. Dla mnie, pasjonata historii wojen morskich, który nad „Burzą nad Pacyfikiem” Zbigniewa Flisowskiego spędził niemało godzin, w filmowej ekranizacji bitwy o Midway liczy się przede wszystkim bitwa.

więcej »

Klasyka kina radzieckiego: Co uczeń może powiedzieć o swoim nauczycielu?
Sebastian Chosiński

13 XI 2019

Nad „Kluczem bez prawa przekazania” kirgiskiej reżyserki Dinary Asanowej zawisła chyba jakaś klątwa. Bardzo smutny los czekał bowiem troje współtwórców tego filmu. Asanowa zmarła nagle w wieku zaledwie czterdziestu trzech lat, a dwoje nastoletnich odtwórców istotnych dla fabuły ról zginęło w wyjątkowo tragicznych okolicznościach.

więcej »

Polecamy

Darren Aronofsky. Źródło

Do sedna:

Darren Aronofsky. Źródło
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Requiem dla snu
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Pi
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Powrót do Odległej Galaktyki
— Konrad Wągrowski

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Styczeń 2014 (4)
— Gabriel Krawczyk, Jarosław Loretz, Daniel Markiewicz, Agnieszka Szady

Esensja ogląda: Czerwiec 2013 (2)
— Jarosław Loretz, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Śmiało podążać… wydeptaną ścieżką
— Jakub Gałka

Star Trek Nowej Przygody
— Konrad Wągrowski

Być jak Steven Spielberg
— Krzysztof Czapiga

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (4)
— Jakub Gałka

Star Trek: Nowa nadzieja
— Konrad Wągrowski

Vera Cruise
— Urszula Lipińska

Tegoż autora

Niania średnio tania
— Jarosław Loretz

Klasyka gryziona po kostkach
— Jarosław Loretz

Wizyta w raju. Ponoć.
— Jarosław Loretz

Bazarki z kosmosu
— Jarosław Loretz

Międzygwiezdne czułości
— Jarosław Loretz

Święto zmarłych na ckliwie
— Jarosław Loretz

Brudne szpony bioenergoterapeutów
— Jarosław Loretz

Kwestia zaufonia
— Jarosław Loretz

Obraz niezdecydowania
— Jarosław Loretz

Wędrować też trzeba umieć
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.