Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 sierpnia 2019
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Esensja ogląda: Styczeń 2016 (2)
[ - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Oto druga już styczniowa edycja „Esensja ogląda” – otrzymujecie w pakiecie recenzje trzech filmów kinowych i trzech wydań DVD.

Piotr Dobry, Grzegorz Fortuna, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Esensja ogląda: Styczeń 2016 (2)
[ - recenzja]

Oto druga już styczniowa edycja „Esensja ogląda” – otrzymujecie w pakiecie recenzje trzech filmów kinowych i trzech wydań DVD.
Kino
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Joy
(2015, reż. David O. Russell)
Grzegorz Fortuna [40%]
Na pierwszy rzut oka to całkiem zabawne, że biografia wynalazczyni mopa jest tak potwornie bałaganiarska. W „Joy” Russell funduje widzowi prawdziwą karuzelę konwencji – film zaczyna się jak telenowela, potem operuje poetyką snu i baśni, by na koniec stać się dość standardową opowieścią o realizacji amerykańskiego snu – żadna z nich nie ma jednak większego sensu, bo nie jest traktowana konsekwentnie. Im dalej w fabułę, tym bardziej ten misz-masz zaczyna więc irytować i męczyć, a finał, wzbogacony o niepotrzebną narrację z offu, powoduje, że ma się ochotę rzucić w ekran czymś ciężkim. Problem z „Joy” jest bowiem taki, że to film skrajnie nieprzemyślany, niedorobiony, prowadzony ręką reżysera, który zachowuje się tak, jakby znudził go jego własny styl. Dysfunkcyjna rodzina, poniekąd znak rozpoznawczy Russella, jest tu nieciekawa (króluje w tym De Niro, który swoją rolę ogranicza do rozkładania rąk i miny „w podkówkę”) i nie budzi cienia empatii, a jedynym obsadowym strzałem w dziesiątkę okazuje się – tutaj brak zaskoczenia – Jennifer Lawrence.
W kontekście powyższego otwierająca „Joy” dedykacja („wszystkim kreatywnym kobietom”) brzmi raczej jak obelga, a nie jak hołd; jak fragment przemówienia dyrektora lokalnego oddziału PSL-u, który dziękuje żonom działaczy za upieczenie ciast, a nie jak próba oddania komukolwiek sprawiedliwości. Poniekąd legitymizująca ten bajzel winieta staje się więc ostatnim gwoździem do jego trumny.
WASZ EKSTRAKT:
70,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Big Short
(2015, reż. Adam McKay)
Piotr Dobry [60%]
Tak jak nie lubię ludzi, którzy na siłę chcą być cool, tak nie lubię takich filmów. Dlatego też bez żalu pozbyłbym się z „Big Short” tej całej jutubowej narracji, wstawek z celebrytami objaśniającymi terminy finansowe, fryzur wyeksponowanych niczym w „American Hustle”. Co nie znaczy, że nie doceniam efektu, bo jednak McKayowi paradoksalnie udaje się pośród chaosu i świecidełek zawrzeć klarowną, z biegiem czasu coraz bardziej zajmującą historię. Tak więc, mimo przefajnowania – warto, choć sam fakt, że coś tak w sumie przeciętnego, przychodzącego w dodatku już po „Wilku z Wall Street”, jest nominowane do Oscara, podczas gdy „Creed” czy „Nienawistna ósemka"… Dobra, odpuszczę sobie, bo jojczących ludzi też nie lubię.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Duke of Burgundy. Reguły pożądania
(2014, reż. Peter Strickland)
Piotr Dobry [70%]
„Duke of Burgundy” Petera Stricklanda to pierwszy znany mi przypadek, gdzie w czołówce, obok twórców zdjęć czy muzyki, zostają wymienieni autorzy biżuterii i perfum. Bynajmniej nie dla zgrywy, bo dalej naprawdę jest nieprzeciętnie zmysłowo. Świetna rzecz w klimatach vintage, wysmakowana, tonąca w sepii, trochę jak Jesus Franco bez krwi i nagości, trochę jak stare szwedzkie erotyki z Christiną Lindberg. Albo mnie pamięć zawodzi, albo nie widziałem tak udanego filmu fetyszystycznego od czasu „Sekretarki” Shainberga.
DVD / BD
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Terminator: Genisys
(2015, reż. Alan Taylor)
Jarosław Loretz [50%]
Założenia był poniekąd interesujące (powrót do korzeni, w co wchodziła m.in. większa dawka Arniego na ekranie), ale wykonanie położyło całość na łopatki. Zamiast mrocznej, wyraźnie fatalistycznej w wymowie historii, światło dzienne ujrzała pulpa złożona z wywlekanych z poprzednich części skrawków i cytatów, doprawiona nowymi, wywołującymi chaos elementami i na dokładkę starannie uklepana pod młodszego widza (z golizny to co najwyżej łydka, fragment uda i plecy; brak „brzydkich” słów; brak alkoholu i papierosów; trupy eleganckie, nie rozwłóczone). Mamy więc klasycznego Terminatora, ale jest i ten z płynnego metalu, a nawet jeszcze jeden, w ogóle ultra-hiper-super. Cóż z tego, że ani nie jest w stanie przebić wrażenia, jakie kiedyś robił T-1000 Roberta Patricka, ani nie potrafi zagrać tak, by po grzbiecie chodziły ciarki. Jak gdyby tego było mało, twórcy zaczęli się plątać w czasowych ścieżkach, mnożyć je i komplikować, przez co w pewnym momencie robi się z tego tak kompletny miszmasz, że ma dla zdrowia psychicznego lepiej zrezygnować z prób zrozumienia, jak cały ten galimatias jest w ogóle możliwy bez istnienia Johna Connora w przeszłości…
Zostaje więc oglądanie ładnych, choć częstokroć bezsensownych walk, widowiskowych kraks i Arnolda, który co pewien czas rzuca przyciężkawym onelinerem i rozciąga usta w upiornym uśmiechu, bodaj jedynej rzeczy, jaka głębiej zapada w pamięć z całego seansu.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Z jak Zachariasz
(2015, reż. Craig Zobel)
Piotr Dobry [60%]
Ona młodziutka, on starszy; ona biała, on czarny; ona głęboko wierząca, on wcale. Niezły zestaw tematów do przepracowania, a jeśli jeszcze dodać, że owa para plus „ten trzeci”, który pojawia się po jakimś czasie, to jedyni Robinsonowie w świecie po apokalipsie – powinno iskrzyć aż tylko. Nic z tego. Chiwetel Ejiofor i Margot Robbie wypadają całkiem przekonująco, a Chris Pine przynajmniej fotogenicznie, ale chemii w tym trójkącie nie ma żadnej. Reżyser Craig Zobel zadowala się zaś ekspozycją, nie eksploracją napięć między bohaterami. A są przecież w „Z jak Zachariasz” pomysły kapitalne, na czele z zakończeniem, zmienionym w stosunku do pierwowzoru, młodzieżowej powiastki SF, z której film szczęśliwie bierze niewiele ponad pomysł wyjściowy. Niestety, dopiero właśnie finał przynosi obietnicę frapującej socjodramy, wcześniej mamy Nicholasa Sparksa. Szkoda.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Wyścig z czasem
(2011, reż. Andrew Niccol)
Marcin Mroziuk [60%]
Można by powiedzieć, że twórcy filmu dosłownie potraktowali powiedzenie „czas to pieniądz”. Akcja „Wyścigu z czasem” toczy się bowiem w świecie, w którym jedyną walutą jest czas. Ludzie przestają tutaj starzeć się w wieku 25 lat, ale za to każdy posiada na ręce indywidualny licznik czasu, który pozostał mu do przeżycia. Jako „pakiet startowy” otrzymuje się tylko jeden rok, a każdą kolejną minutę trzeba zdobyć – pracując, kradnąc czy otrzymując w prezencie. Niestety trzeba też płacić czasem praktycznie za wszystko – jedzenie, czynsz, komunikację, a nawet za przemieszczanie się pomiędzy tzw. strefami czasowymi, które różnią się poziomem życia. Niektórzy mają więc szansę żyć wiecznie, większość jednak umiera całkiem młodo…
Wprawdzie wyjściowy pomysł dawał możliwość przedstawienia interesującej wizji takiego społeczeństwa złożonego z „pięknych dwudziestopięcioletnich”, ale w miarę rozwoju wydarzeń coraz wyraźniej widzimy, że twórcom wcale nie zależało na stworzeniu przekonującej antyutopii. Biorąc pod uwagę łatwość przejmowania „cudzego czasu” oraz zamęt spowodowany przez jednego desperata, oczywiste jest, że przedstawiony w filmie model społeczeństwa po prostu nie miałby szansy na funkcjonowanie przez dziesiątki lat. Jeżeli jednak przymkniemy na to oko, to możemy dobrze się bawić obserwując poczynania głównego bohatera (całkiem znośnie zagranego przez Justina Timberlake′a). Po otrzymaniu w prezencie stu lat – zamiast po prostu się nimi cieszyć – staje się on takim Robin Hoodem przyszłości, który rabuje czas bogatym, by rozdawać go biedakom. Cała historyjka jest przez to może nieco naiwna, ale przynajmniej akcja toczy się w błyskawicznym tempie, a ponieważ nie można też mieć większych zastrzeżeń do technicznej strony filmu, to obejrzenie „Wyścigu z czasem” nie będzie zupełną stratą czasu.
koniec
26 stycznia 2016

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

East Side Story: Dramat w trzynastu aktach
Sebastian Chosiński

18 VIII 2019

Przed tygodniem za sprawą filmu Renata Dawletjarowa mogliśmy spojrzeć na konflikt ukraińsko-rosyjski w Donbasie oczyma Rosjan. Dzisiaj dzięki nowemu dziełu Siergieja Łoźnicy zmieniamy optykę. „Donbas” (już bez żadnych podtytułów) to składający się z trzynastu scen obraz ogarniętej wojną wschodniej Ukrainy, której mieszkańcy – na przekór losowi – próbują żyć normalnie w absolutnie nienormalnej sytuacji.

więcej »

Klasyka kina radzieckiego: Marzenia nie do spełnienia
Sebastian Chosiński

14 VIII 2019

Wasilij Szukszyn jak mało który z twórców radzieckich potrafił wejść w skórę zwykłego człowieka, często przetrąconego przez los i pozbawionego perspektyw, ale nie tracącego nadziei na poprawę swej marnej egzystencji. O tym właśnie chciał opowiedzieć w jednym ze swoich kolejnych filmów – „Wezwij mnie w świetlistą dal”. Zanim jednak doszło do jego realizacji, aktor i reżyser zmarł. Projekt doprowadzili do końca jego przyjaciele – Stanisław Liubszyn i Gierman Ławrow.

więcej »

Szalone lata 60.
Piotr Nyga

12 VIII 2019

O tym, że Quentin Tarantino kocha kino i potrafi brawurowo łamać reguły gatunkowe, wiemy nie od dziś. Wystarczy przytoczyć jego wzorowany na b-klasowych filmach sensacyjnych z epoki VHS nakręcony wspólnie z Robertem Rodriguezem dyptyk „Grindhouse”, inspirowany azjatyckim kinem akcji „Kill Bill” czy antywestern „Django”. Po lekkiej zadyszce, której owocem stała się kręcona niemalże na autopilocie „Nienawistna ósemka”, jeden z największych reżyserów wszech czasów powraca. I to w jakim stylu!

więcej »

Polecamy

Dlaczego sypanie soli na drogi jest złym pomysłem

Z filmu wyjęte:

Dlaczego sypanie soli na drogi jest złym pomysłem
— Jarosław Loretz

Drzewa-zabójcy
— Jarosław Loretz

A w zaświatach tańce i swawole
— Jarosław Loretz

Dla chcącego nic trudnego
— Jarosław Loretz

Gdy mści się niechlujstwo
— Jarosław Loretz

22 tancerzy i świński pęcherz
— Jarosław Loretz

Czy duże dziewczynki lubią krew?
— Jarosław Loretz

Czy małe dziewczynki lubią krew?
— Jarosław Loretz

Nasi w zaświatach
— Jarosław Loretz

Meble na wysoki połysk
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Inne recenzje

Lisy w krainie wilków
— Grzegorz Fortuna

Popkultura językiem wszech czasów
— Gabriel Krawczyk

Z tego cyklu

Marzec 2018 (2)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Krzysztof Spór, Konrad Wągrowski

Marzec 2018 (1)
— Piotr Dobry, Marcin Mroziuk, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Luty 2018 (2)
— Jarosław Loretz, Anna Nieznaj, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Luty 2018 (1)
— Marcin Mroziuk, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Styczeń 2018 (1)
— Jarosław Loretz

Grudzień 2017 (4)
— Konrad Wągrowski

Grudzień 2017 (3)
— Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Grudzień 2017 (2)
— Sebastian Chosiński

Grudzień 2017 (1)
— Piotr Dobry, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Listopad 2017 (3)
— Jarosław Loretz, Kamil Witek

Tegoż twórcy

Demiurg
— Konrad Wągrowski

Popkultura językiem wszech czasów
— Gabriel Krawczyk

Wszyscy jesteśmy oszustami
— Ewa Drab

13. T-Mobile Nowe Horyzonty: Relacja czwarta
— Konrad Wągrowski

Ach, jaka piękna choroba
— Karolina Ćwiek-Rogalska

Micky Ward i kobiety
— Karol Kućmierz

Ostatni będą pierwszymi
— Piotr Dobry

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.