Zapraszamy do pierwszej marcowej edycji przeglądu krótkich recenzji filmowych. Na dziś proponujemy pięć tekstów – dwa na temat filmów kinowych i trzy recenzje DVD.
Esensja ogląda: Marzec 2016 (1)
[ - recenzja]
Zapraszamy do pierwszej marcowej edycji przeglądu krótkich recenzji filmowych. Na dziś proponujemy pięć tekstów – dwa na temat filmów kinowych i trzy recenzje DVD.
Nawet góry przeminą(2015, reż. Zhangke Jia)
Odrobinę zawiódł mnie najnowszy film Jia Zhangke, autora fenomenalnego „Dotyku grzechu”, jednego z najciekawszych krytyków przemian gospodarczych i społecznych we współczesnych Chinach. Wprawdzie w „Nawet góry przeminą” znów udaje mu się pokazać to, o czym milczą chińscy oficjele i czego zdają się nie zauważać ekonomiści będący pod wrażeniem rekordowego wzrostu gospodarczego w Państwie Środka – ale tym razem robi to w sposób odrobinę zbyt dosadny, a i pod względem sprawności narracji pozostawiający wiele do życzenia. Podobnie jak w „Dotyku grzechu” Jia dzieli film na segmenty – tym razem rozgrywające się w odrębnych planach czasowych: 1999, 2014 i 2025 roku. Koniec milenium to w „Nawet góry przeminą” czas entuzjazmu, optymizmu i otwarcia na świat, co świetnie oddaje zestawienie tańca do „Go West” Pet Shop Boys i tradycyjnych obchodów Święta Wiosny. Już tu jednak zauważyć można pęknięcia, które trudno będzie naprawić w przyszłości – ktoś w niezupełnie przejrzysty sposób staje się właścicielem kopalni, a uchodzący za znak nowoczesności i sukcesu Volkswagen Santana okazuje się trudniejszy w obsłudze niż się wydawało. Druga, najbardziej melancholijna część filmu, ukazuje nie tylko jednostkowe niespełnienia i klasowe różnice, ale również dookreśla główny temat „Nawet góry przeminą” – problem tożsamości, która wcale nie okazuje się taka płynna, jak chcieliby postmoderniści. Wprawdzie nikogo nie razi ani tandetne kopiowanie europejskiej architektury, ani wesela elity, łączące elementy zachodnie z miejscowymi, ale już gdy matka z górniczej prowincji nie może znaleźć wspólnego języka z synkiem mieszkającym z ojcem w „zwesternizowanym” Szanghaju, melodramatyczna tkanka filmu odsłania zgoła niewydumany problem. Nawet jeśli Jia nie zawsze jest w swoich metaforach subtelny, to nie można powiedzieć, żeby nie stawiał przy tym prowokujących pytań, a w refleksji nie wychodził poza truizmy o Chinach jako „państwie kontrastów”. Szkoda, że dobre wrażenie psuje ostatni akt filmu, rozgrywający się w środowisku chińskiej diaspory w Australii: tu reżyser albo zbyt wiele wbija widzom do głowy łopatą, albo zbyt pospiesznie szkicuje wątki i postaci. Jia ewidentnie nie ma też ucha do języka angielskiego, który w całym segmencie wypada sztucznie wcale nie dlatego, że nie jest dla bohaterów językiem ojczystym. Jak na futurystyczną kodę tak ambitnego projektu oczekiwałbym też ciekawszej wizji przyszłości niż kilku bardziej fikuśnych telefonów i tabletów.
Deadpool(2016, reż. Tim Miller)
Agnieszka ‘Achika’ Szady [70%]
Jeżeli ktoś lubi autoironiczne dowcipy i tak zwane burzenie czwartej ściany, to „Deadpool” powinien mu się spodobać. Ten film czwartą ścianę ostentacyjnie roznosi w pył; tytułowy bohater nie tylko wciąż zwraca się wprost do widzów, ale w dodatku pozwala sobie na takie zagrania, jak pytanie dwójki X-menów, czy studio filmowe nie miało pieniędzy na więcej postaci, albo komentarze w stylu: „Ooo, zaraz będzie superbohaterskie
1) lądowanie!” (gdy wrogini zamierza zeskoczyć ze sporej wysokości). Twórcy filmu kpią także z pojawiającej się w komiksach superbohaterskich – chyba szczególnie tych starszych – koturnowości, czego przykładem jest przemowa Colossusa, próbującego przekonać Deadpoola, by przyłączył się do ludzi X. Bardzo komiksowo pokazano też przemoc w scenach walk: jest tak posunięta do absurdu, że mimo naprawdę brutalnych scen jakoś nie sposób brać jej poważnie (co innego zadawane na zimno tortury w jednej z retrospekcji). W porównaniu z pozostałymi produkcjami z cyklu iksmenowskiego, ten film jest zdecydowanie dla dorosłych – i nie chodzi tylko o rozlew krwi, ale przede wszystkim o rzucane gęsto wulgaryzmy oraz bez ogródek pokazany seks. Ogólnie – polecam fanom kina tego typu, chociaż dla mnie był to film na jeden seans (w przeciwieństwie do takich np. „Avengersów”).
2) W półprzyklęku i z pięścią wbitą w asfalt.
Tajemnice lasu(2014, reż. Rob Marshall)
Wystawny, piękny wizualnie i jak najzupełniej… nijaki musical. Ma piękne zdjęcia, dopieszczone, baśniowe lokacje, oferuje odświeżająco splecione w jeden węzeł rozliczne bajki, posiada też doskonałe efekty specjalne. I to chyba wszystko z plusów. Reszta… No cóż… Fabuła nie jest specjalnie żywa i skacze z kwiatka na kwiatek, niektóre wątki zbędnie rozciągając (krowa i Jack, kolejne wizyty Kopciuszka na balu), a niektóre fatalnie spłycając (wyprawa Jacka do krainy olbrzymów). Piosenki są przeciętne i wyglądają bardziej jak śpiewna deklamacja niż rzeczywista piosenka. Zaś gdy zdaje się, że baśń dobiega finału, twórcy fundują widzom… khem, khem… hitchcockowskie trzęsienie ziemi w tym mniej sensownym wydaniu, czyli jakby restart fabuły. Z przetasowaniem ról i wyznaczeniem nowej linii działania. A przecież są jeszcze kłopoty z obsadą. Książęta wyglądają jak mydłkowaci gwiazdorzy pop z lat 1980., Anna Kendrick – choć śliczna – śpiewa i cierpi z irytująco kamienną twarzą, żywsza wizualnie Emily Blunt też nieprzesadnie zapada w pamięć, za to każdą scenę kradnie grająca Czerwonego Kapturka Lilla Crawford. Ale ona jedna przecież nie uratuje całego, trwającego bite dwie godziny filmu. Istne marnotrawstwo sił i pieniędzy na ekranizację czegoś, co powinno być w spokoju zostawione na deskach teatru.
Piksele(2015, reż. Chris Columbus)
Film, który utknął w pół drogi między nostalgiczną podróżą w epokę archaicznych gier komputerowych, a groteskową komedią sf o inwazji obcych na Ziemię. Powrót do dawnych czasów był o tyle miły, że większość osób, które lata temu zetknęła się z którąś z obecnych w filmie gier, ciepło wspomina ten czas. Choćby dlatego, że gry miały jeszcze wtedy dusze, nie były wyłącznie maszynkami do robienia pieniędzy, starzejącymi się praktycznie z miesiąca na miesiąc. Twórcy czemuś jednak uznali, że ci, którzy grali kiedyś w takiego Pac-Mana czy Donkey Konga, byli praktycznie co do jednego zakompleksionymi nieudacznikami i nie poradzili sobie w życiu dorosłym (co prawda jeden z bohaterów został prezydentem, ale częściej jest błaznem niż mężem stanu). Szczerze powiedziawszy wygląda to zupełnie tak, jakby film został nakręcony z grubsza dla dorosłych, ale postaci głównych bohaterów zostały skrojone wedle miar młodzieżowych, czy wręcz dziecięcych. Przedziwny pomysł, bynajmniej nie pomagający w odbiorze filmu.
Jeszcze gorzej jest z komedią. Ci, którzy znają filmy Sandlera, wiedzą, w czym problem. W „Pikselach” nie ma może humoru aż tak czerstwego czy skatologicznego, jak zazwyczaj, ale dobrze też nie jest. Rzadko kiedy można się tutaj faktycznie z czegoś pośmiać, a na dokładkę czasami dopada widza zażenowanie, jak choćby podczas scen z Jar Jarem tego filmu, czyli Q*bertem. Warto nadmienić jeszcze o dużych logicznych dziurach, niedopuszczalnych nadużyciach fabularnych (poruszanie się autek) i gubieniu po drodze szeregu wątków. Mimo to jednak chwilami „Piksele” ogląda się przyjemnie, zwłaszcza jeśli przyjąć je za kolorową, mocno nostalgiczną głupawkę.
Hotel Transylwania 2(2015, reż. Genndy Tartakovsky)
Agnieszka ‘Achika’ Szady [70%]
Typowe kino rodzinne: problemy z: 1) akceptacją międzypokoleniową, 2) relacjami międzyrasowymi na linii wampir – człowiek, oraz 3) nadopiekuńczymi rodzicami. W „Hotelu Transylwania” osią akcji była pierwsza miłość, tutaj mamy już tej miłości owoc w postaci rudego pięciolatka. No i okazuje się, że bycie mieszańcem powoduje problemy dla wszystkich członków rodziny (z wyjątkiem wiecznie wyluzowanego młodego tatusia), a dla małego może stanowić prawdziwe zagrożenie, gdy na scenę wkracza fanatycznie wampiryczny pradziadek. Ojciec dziewczyny na uszach staje, żeby w młodym obudzić dziedzictwo tej części przodków, co oczywiście prowadzi do serii zabawnych zdarzeń – tak naprawdę najbardziej śmieszy środkowa część filmu, zwłaszcza obóz treningowy dla małych wampirzątek, prowadzony zgodnie z normami bezpieczeństwa. Bohaterowie są bardzo sympatyczni (z wyjątkiem wiecznie wyluzowanego młodego tatusia, sprawiającego wrażenie głupiego Jasia); zakończenie – rzecz jasna – przewidywalne, ale przynajmniej nigdzie nie pada znienawidzone przez mnie „uwierz w siebie”. Jak na kontynuację, film zdecydowanie trzyma poziom.
