Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Baz Luhrmann
‹Moulin Rouge›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMoulin Rouge
Tytuł oryginalnyMoulin Rouge!
Dystrybutor Syrena
Data premiery5 października 2001
ReżyseriaBaz Luhrmann
ZdjęciaDonald McAlpine
Scenariusz
ObsadaNicole Kidman, Ewan McGregor, Jim Broadbent, John Leguizamo, Kylie Minogue
MuzykaChris Elliott
Rok produkcji2001
Kraj produkcjiAustralia, USA
Czas trwania122 min
WWW
Gatunekmusical
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Here we are now, entertain us!
[Baz Luhrmann „Moulin Rouge” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Fantastyczny, niewiarygodny, wycieńczający, fenomenalny, ekscytujący, ekstremalny, przesadny, wirtuozerski, odważny, kiczowaty, barokowy, banalny, wizjonerski, napastliwy, ekscentryczny, euforyczny, niepohamowany, hipnotyczny, bombastyczny, olśniewający, zaraźliwy, spektakularny …spektakularny.

Michał Chaciński

Here we are now, entertain us!
[Baz Luhrmann „Moulin Rouge” - recenzja]

Fantastyczny, niewiarygodny, wycieńczający, fenomenalny, ekscytujący, ekstremalny, przesadny, wirtuozerski, odważny, kiczowaty, barokowy, banalny, wizjonerski, napastliwy, ekscentryczny, euforyczny, niepohamowany, hipnotyczny, bombastyczny, olśniewający, zaraźliwy, spektakularny …spektakularny.

Baz Luhrmann
‹Moulin Rouge›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMoulin Rouge
Tytuł oryginalnyMoulin Rouge!
Dystrybutor Syrena
Data premiery5 października 2001
ReżyseriaBaz Luhrmann
ZdjęciaDonald McAlpine
Scenariusz
ObsadaNicole Kidman, Ewan McGregor, Jim Broadbent, John Leguizamo, Kylie Minogue
MuzykaChris Elliott
Rok produkcji2001
Kraj produkcjiAustralia, USA
Czas trwania122 min
WWW
Gatunekmusical
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Każdy z tych przymiotników przebiegał mi przez głowę w czasie seansu „Moulin Rouge”. Niektóre się wykluczają? Oczywiście. Taki jest ten film – pełen sprzeczności, zbudowany z elementów, które nie miały prawa do siebie pasować, a jednak z jakiegoś dziwnego powodu zgrały się w najbardziej udany i najbardziej odważny stylistycznie eksperyment sezonu.
Historia jest tak stara, jak stare są opowieści o miłości. Samotny szczery poeta, piękna kurtyzana i stojący na drodze ich miłości bogaty, mało rozgarnięty goguś. Charakterystyka postaci jest prosta i jednowymiarowa, jakby została żywcem przeniesiona na współczesny ekran z kina niemego. W niemych dwu-szpulowych historyjkach nie było czasu na długie wstępy. U Luhrmanna również nie ma, bo, jak to w musicalu, fabuła ma jedynie usprawiedliwiać kolejne muzyczno-taneczne ekscesy, a tych jest w filmie pod dostatkiem.
Baz Luhrmann nie przygotowuje i nie ostrzega widza – z miejsca wrzuca go na głęboką wodę, atakując od pierwszych chwil ścianą dźwięków i szybkich, stylizowanych obrazów. Pierwszych 20 minut filmu na sali kinowej po prostu mnie sponiewierało. Błyskawiczne ujęcia, muzyka, impresjonistyczne obrazy – wszystko razem przewala się przed oczami widza w ekstremalnym tempie, niczym rozpędzony pociąg. Niesamowity mariaż tradycji z nowoczesnością – stroje z początku wieku, scenografia wylewająca się z ekranu i toksyczna, zaraźliwa muzyka serwowana prosto ze stołu mikserskiego Fatboy Slima. Po 20 minutach film na szczęście zwalnia tempo (całość w tym tonie byłaby nie do wytrzymania – neurony w moim ciele i tak pracowały na 110 procent wydajności), ale w tym wstępie Luhrmann doskonale zgrał wszystkie elementy swojego podejścia do musicalu – musi być frenetycznie, nowatorsko, impresjonistycznie i przede wszystkim porywająco. W „Moulin Rouge” nie ma miejsca na subtelność – tutaj wszystko odbywa się na krańcowych punktach skali. Wszystko jest albo skrajnie rozdzierające, albo farsowo przerysowane, zawsze bombastyczne. To kino przesady i nadmiaru, ale serwowane z takim przekonaniem, że bez zastrzeżeń dałem się namówić na zawieszenie swojego niedowiarstwa i sceptycyzmu na 2 godziny. Ku mojemu zdziwieniu banalnie prosta historia i jednowymiarowe postacie (fakt, że zagrane z dużą swadą) zupełnie nie przeszkadzały mi w odbiorze.
Choć poza salą kinową wydaje mi się to prawie niemożliwe, podczas seansu nie miałem wątpliwości – wszystko, co w tym filmie jest nowe, ryzykowne i nowatorskie, sprawdza się. Niezwykle dynamiczny montaż, maksymalna przesada w scenografii, anachroniczna choreografia i muzyka – wszystko razem powoduje, że film wpływa w zupełnie niezwykły, energetyczny sposób na widza. „Moulin Rouge” to jeden z tych filmów, których tematem jest w ogromnym stopniu ich własny styl. Podejrzewam, że mnóstwo widzów stwierdzi po pierwszym seansie filmu, że nie są w stanie zdefiniować tego, co widzieli, ale nie zaprzeczą, że było to widowisko tyleż dziwaczne, co porywające.
Przy okazji, wykorzystując pozornie niewiarygodne chwyty, Luhrmann znalazł wiarygodny sposób przekazania dzisiejszej publiczności całej atrakcyjności, niesamowitości, erotycznego „odjazdu” Moulin Rouge z początku wieku. Tradycyjny kankan na ekranie wyglądałby dziś jak lekcja historii, pozbawiona życia i tego ryzykownego dreszczyku emocji, jaki musiał 100 lat temu towarzyszyć wieczorom w młynie. Kankan zmiksowany przez Fatboy Slima, z wplecionym niesamowitym rapem Jima Broadbenta („got some dark desire!”) i z obrazami zmieniającymi się jak w kalejdoskopie, zagwarantował wrażenie dotarcia do absolutnej granicy estetycznej i stylistycznej. Nieważne, że to kalejdoskop anachronizmów. Ważne, że odczułem na sali kinowej ten właśnie dreszcz nowości, ryzyka, erotyki i bezkompromisowości.
Dzięki posłom Samoobrony, głosowania w nowym Sejmie nabrały nowego kolorytu.
Dzięki posłom Samoobrony, głosowania w nowym Sejmie nabrały nowego kolorytu.
Musical jest gatunkiem, który w założeniu niesie ze sobą sztuczność prezentacji, formy i środków wyrazu. W większości przypadków musicalowi twórcy próbują udawać, że tej sztuczności nie zauważają, albo mniej lub bardziej usprawiedliwiać się z niej przed widzem. Luhrmann od początku odrzucił to podejście i ze sztuczności uczynił jeden z atutów swojego filmu. Za wielkie osiągnięcie reżyserskie i aktorskie uważam fakt, że film mimo wszystko działa nie tylko na poziomie wirtuozerskiej żonglerki dźwiękiem i obrazem, ale również na poziomie samej opowieści. Dzięki aktorstwu McGregora i Kidman, nawet najbanalniejsze teksty z piosenek o miłości zabrzmiały w moich uszach przekonująco. Obok scen farsowych i obok przerysowanych charakterów, jest w tym filmie również mnóstwo scen, w których wszystko co trzeba, można wyczytać ze spojrzeń aktorów. Widać to zwłaszcza przy kolejnych seansach filmu. O ile przy pierwszym kontakcie „Moulin Rouge” miażdży widza nieustającym zalewem atrakcji, o tyle kolejne seanse powoli ujawniają jego spokojniejsze strony (obejrzałem film dotychczas trzykrotnie i przy trzecim seansie stwierdziłem, że „Moulin Rouge” nadal sprawia mi wielką przyjemność, choć działa na nieco innym poziomie niż pierwotnie).
Niezwykle ujęło mnie też to, że przy całym swoim postmodernistycznym sztafażu, „Moulin Rouge” nie jest filmem wywrotowym – nie wyśmiewa typowych cech musicalu. Luhrmann raczej aktualizuje je dla dzisiejszej publiczności. Tak jak muzyka Gershwina, czy Rodgersa i Hammersteina była w amerykańskim kinie aktualna kilka dekad temu, tak dziś żyjemy w czasach Fatboy Slima, U2 i na nowo miksowanej Nirvany. Nie chcę być źle zrozumianym – uwielbiam Rodgersa i Hammersteina, przepadam za Gershwinem, Nat King Colem, czy Irvingiem Berlinem, ale powielenie ich stylu w dzisiejszym musicalu byłoby jedynie stylizacją na „złoty wiek” amerykańskiej piosenki czy amerykańskiego musicalu. Luhrmann odrzucił tę koncepcję i zdołał przez to osiągnąć wyjątkowy wynik – odświeżył skostniały gatunek dla nowego pokolenia widzów. Zrobił to przy tym, moim zdaniem, w prawdziwie wizjonerski, „autorski” sposób, prezentując jeden z najbardziej udanych eksperymentów stylistycznych ostatnich lat. Luhrmann dotarł dokładnie tam, gdzie nie udało się dotrzeć Larsowi von Trierowi.
Pomimo szybkiego tempa realizacji, aktorom zdarzało się przysypiać na planie.
Pomimo szybkiego tempa realizacji, aktorom zdarzało się przysypiać na planie.
Zwolennicy bardziej wyszukanego kina od lat narzekają, że we współczesnym amerykańskim kinie średnio- i wysokobudżetowym najbardziej brakuje autorskiej wizji. Niekończące się poprawki w scenariuszach, dopasowujące film do oczekiwań możliwie najszerszej grupy widzów, wielokrotne pokazy testowe, po których co bardziej wymagające/ryzykowne elementy znikają z filmów, powodują, że ostateczny kształt większości rozrywkowego kina nadaje zespół specjalistów od marketingu. Rządzi utarta, sprawdzona formuła. Luhrmann zdaje się zupełnie ignorować te próby przypodobania publiczności, serwując swoją wizję bez znieczulenia. Jeśli nadajesz na tej samej fali, baw się dobrze. Jeśli nie, trudno. Nie da się zadowolić każdego. W kinie o poważnym budżecie to ujmująco szczere podejście.
Mam wrażenie, że „Moulin Rouge” to wymarzony film dla pokolenia dzisiejszych 20- i 30- latków, którzy od dzieciństwa wiedzieli, że tekst w piosence nie jest jedynie zwykłym zapełniaczem. Luhrmann doskonale wydobywa znaczenie każdego użytego wersu, każdej frazy. Dla kogo od zawsze oczywiste było, że „Smells Like Teen Spirit” jest niesłychanie energetyczne, a „Roxanne” i „The Show Must Go On” rozdzierające i dramatyczne, ten zaakceptuje film Luhrmanna od pierwszych minut. Z tego samego powodu starsze pokolenie zapewne przyjmie film jako trywialny, sztuczny i, jak napisał już o nim Tadeusz Sobolewski, bezduszny. Jeśli ktoś nie widzi duszy w muzyce U2, wczesnego Stinga czy Nirvany, rzeczywiście może odebrać film jako pusty. Trudno. W kwestii oceny „Moulin Rouge”, zamiast spierać się o gusta, proponuję drobną parafrazę hasła sprzed 3 dekad: Nie wierz nikomu po czterdziestce! Zresztą sam film zdaje się znakomicie odpowiadać na ten stary sposób myślenia: You won’t fool children of the revolution.
Jedno z przesłań filmu: palenie szkodzi na cerę.
Jedno z przesłań filmu: palenie szkodzi na cerę.
Ponad 10 lat temu David Lynch w „Dzikości serca” w znacznym stopniu zdefiniował stylistykę amerykańskiego kina dla dekady lat 90. Przychodzący kilka lat po nim, jeszcze bardziej wpływowy w popularnym kinie, Quentin Tarantino czerpał już pełnymi garściami z rozwiązań Lyncha (mieszając je m.in. z pomysłami Kubricka, Scorsese i braci Coen). Nie wiem, czy „Moulin Rouge” stanie się dla nowej dekady filmem równie wpływowym co obraz Lyncha, ale miałem podczas seansu wrażenie, że oglądam podobny wybuch ekspresji, oryginalnej wizji i nowej stylistyki, jak kiedyś oglądając „Dzikość serca”. Już teraz widać, że, podobnie jak wtedy Lynch, Luhrmann podzielił i krytyków, i widzów na zaprzysięgłych fanów i zdeklarowanych wrogów. Rzeczywiście, „Moulin Rouge” można pokochać albo znienawidzić, ale to jeden z tych filmów, po seansie których trzeba przyznać, że czegoś takiego po prostu jeszcze się na ekranie nie widziało. I dla tego niezwykłego wrażenia obcowania z nową „autorską” wizją trzeba wybrać się do kina (koniecznie z wielkim ekranem i dobrym systemem dźwiękowym!) – dla niesamowitego wokalu McGregora, fenomenalnej realizacji i wszystkich reżyserskich sztuczek Luhrmanna, które nadają pozornie kiczowatym zagraniom zaskakująco dużego ciężaru. „Moulin Rouge” to jeden z niewielu obrazów w tym sezonie, które widzowie szukający w kinie nowości po prostu muszą zobaczyć. Nie przypuszczam, żeby do końca roku trafił na nasze ekrany bardziej euforyczny i odważniejszy stylistycznie film.
P.S. Kilka tygodni temu „Moulin Rouge” zostało wybrane hollywoodzkim filmem roku przez komisję Hollywoodzkiego Festiwalu Filmowego i kinową publiczność amerykańską (jednocześnie Nicole Kidman i Ewana McGregora wybrano aktorami roku). Sama nagroda ma w światku filmowym niewielkie znaczenie prestiżowe, warto jednak zwrócić na nią uwagę z innego powodu. W komisji festiwalu, wybierającej nominowane filmy i aktorów roku, zasiada szereg ważnych hollywoodzkich twórców, m.in. James Cameron, John Schlesinger, Quentin Tarantino, Richard Donner, Wes Craven, James Caan, James Woods, Norman Jewison, Martin Landau, Penny Marshall, Gene Hackman, Debra Hill itd. Wiele z tych nazwisk kojarzy się z bardziej wymagającymi i bardziej ryzykownymi produkcjami hollywoodzkimi. W tym kontekście wyróżnienie „Moulin Rouge” sygnalizuje, że film przebił się nie tylko do młodej publiczności, ale również do tej bardziej otwartej i twórczej grupy hollywoodzkich rezydentów. Czy będzie to miało jakiś wpływ na branżę, zobaczymy.
koniec
1 października 2001

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Klasyka kina radzieckiego: Diablęta, których boją się anarchiści
Sebastian Chosiński

18 IX 2019

Chyba mało kto spodziewał się, włącznie z samym reżyserem, że największym sukcesem komercyjnym Ormianina Edmonda Keosajana będzie sequel niemego awanturniczo-przygodowego obrazu o „czerwonych diablętach” – grupie nastolatków walczących w czasie wojny domowej w Rosji z „czarnymi” i „białymi”. Nowa wersja tej opowieści, nakręcona w 1966 roku, otrzymała miano „Nieuchwytnych mścicieli” i okazała się początkiem trylogii.

więcej »

East Side Story: Gdzie Rzym, gdzie Krym… a gdzie Władywostok
Sebastian Chosiński

15 IX 2019

Po ośmiu latach przerwy na ekrany telewizorów powrócił w dwóch pełnometrażowych filmach pułkownik Siergiej Michajłowicz Diedow – weteran chyba wszystkich wojen, w jakie zaangażowany był Związek Radziecki i Rosja od czasów interwencji w Afganistanie. I ponownie odpowiedzialny za jego „przygody” został Andriej Szczerbinin. Szkoda jedynie, że „Jeden za wszystkich” – czwarta odsłona serii „W stanie spoczynku” – tak bardzo odstaje poziomem od trzech wcześniejszych.

więcej »

Klasyka kina radzieckiego: Kilka gorzkich scen z życia nomenklatury
Sebastian Chosiński

11 IX 2019

To ostatni wielki film kultowego radzieckiego reżysera, który jak nikt inny – może oprócz Gruzina Gierogija Danieliji – potrafił jednocześnie rozśmieszać i wzruszać. Choć akurat w „Zapomnianej melodii na flet” znacznie więcej jest powodów do wzruszeń. Nie bez powodu, wszak w czasie pracy nad tym melodramatem Eldar Riazanow przeżywał poważne kłopoty zdrowotne i musiał leczyć się po udarze.

więcej »

Polecamy

Dom jak malowanie

Z filmu wyjęte:

Dom jak malowanie
— Jarosław Loretz

Po szkielecie poznasz ich
— Jarosław Loretz

Uwaga na glizdoludzi!
— Jarosław Loretz

Rozbrykana rogacizna
— Jarosław Loretz

Polska szkoła plakatu
— Jarosław Loretz

Dlaczego sypanie soli na drogi jest złym pomysłem
— Jarosław Loretz

Drzewa-zabójcy
— Jarosław Loretz

A w zaświatach tańce i swawole
— Jarosław Loretz

Dla chcącego nic trudnego
— Jarosław Loretz

Gdy mści się niechlujstwo
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Tegoż twórcy

Błyskotka
— Małgorzata Steciak

Oddech przestrzeni
— Ewa Drab

Tegoż autora

„Ten film był dnem dna”, czyli historia ekranizacji prozy Stanisława Lema
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Krystian Fred, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Great Scott!
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Alicja Kuciel, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Strach siedzi w nas, czyli kino grozy pod lupą (2)
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Michał Kubalski, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Strach siedzi w nas, czyli kino grozy pod lupą (1)
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Michał Kubalski, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Dwóch samurajów
— Michał Chaciński

Quiz: Czy nadajesz się na producenta filmowego?
— Michał Chaciński

Kill Bill - czwórgłos
— Marta Bartnicka, Michał Chaciński, Anna Draniewicz, Konrad Wągrowski

Szara strefa moralności
— Michał Chaciński

Więcej czasu, mniej Apokalipsy
— Michał Chaciński

Dorastanie w drodze
— Michał Chaciński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.