Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 lipca 2018
w Esensji w Esensjopedii

Denis Villeneuve
‹Nowy początek›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNowy początek
Tytuł oryginalnyArrival
Dystrybutor UIP
Data premiery11 listopada 2016
ReżyseriaDenis Villeneuve
ZdjęciaBradford Young
Scenariusz
ObsadaAmy Adams, Jeremy Renner, Forest Whitaker, Michael Stuhlbarg, Nathaly Thibault, Mark O'Brien, Tzi Ma, Abigail Pniowsky
MuzykaJóhann Jóhannsson
Rok produkcji2016
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania116 min
WWW
GatunekSF
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Niedojechanie

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 3 »
Spojlery w recenzji najprościej wytłumaczyć rozgoryczeniem. Ujawniam fabułę, ponieważ nie uważam, by należało się z nią cackać. A jak usprawiedliwić esej ze spojlerami? Zażenowaniem. Film podobał się wszystkim, tylko nie mnie.

Borys Jagielski

Niedojechanie

Spojlery w recenzji najprościej wytłumaczyć rozgoryczeniem. Ujawniam fabułę, ponieważ nie uważam, by należało się z nią cackać. A jak usprawiedliwić esej ze spojlerami? Zażenowaniem. Film podobał się wszystkim, tylko nie mnie.

Denis Villeneuve
‹Nowy początek›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNowy początek
Tytuł oryginalnyArrival
Dystrybutor UIP
Data premiery11 listopada 2016
ReżyseriaDenis Villeneuve
ZdjęciaBradford Young
Scenariusz
ObsadaAmy Adams, Jeremy Renner, Forest Whitaker, Michael Stuhlbarg, Nathaly Thibault, Mark O'Brien, Tzi Ma, Abigail Pniowsky
MuzykaJóhann Jóhannsson
Rok produkcji2016
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania116 min
WWW
GatunekSF
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
1.
Choć wśród nieprzetłumaczalnych angielskich słów moim ulubionym jest „creepy”, akurat teraz potrzebne nam będzie zupełnie inne. Brzmi ono „hack” i posiada aż kilkadziesiąt znaczeń. Na świecie najbardziej rozpowszechniło się to związane z manipulowaniem programami oraz systemami komputerowymi, oddawane u nas neologizmem „hakować”. Jednak odmienny homonim – wywodzący się od wyrazu „hackney”, czyli m.in. „konia do wynajęcia” – określa kogoś, kto, kolokwialnie rzecz ujmując, udaje, że umie, ale w gruncie rzeczy nie umie.
Dlaczego więc nie przetłumaczyć po prostu „hacka” jako „szachraja” lub „blagiera”? Dlatego, że w angielskim zwrocie odnajdziemy dwa pierwiastki, które trudno uchwycić pojedynczym słowem polskim. Po pierwsze, działalność hacka związana jest przede wszystkim ze sferą artystyczną. Nazwiemy tak przede wszystkim nieudolnego pisarza („grafomana”) bądź malarza („pacykarza”), nie ślusarza czy polityka – chociaż Urban Dictionary, w przeciwieństwie do Random House Dictionary, definiuje pojęcie szeroko i rozciąga je na wszelkie możliwe profesje.
Po drugie i co ważniejsze, hack nie jest bynajmniej pierwszym lepszym oszukańcem. W jego wytwory oraz wypowiedzi wiele osób uwierzyło, ponieważ hack świetnie radzi sobie z zachowywaniem pozorów. Nazwanie tak kogoś wymaga zatem, jeśli nie bezczelności kontrującej domniemaną bezczelność hacka, to przynajmniej estetyczno-intelektualnej zarozumiałości. „Wszyscy go chwalą, ale ja wam powiadam: to blaga nad blagi!”. Określenie kogoś mianem hacka okazuje się perlokucyjnym aktem mowy. Próbujemy zburzyć nim obowiązujący pogląd, wystrzelić snopem jaskrawego, krytycznego światła, skłonić ludzi do powtórnego namysłu.
Pozwólcie, że i ja spróbuję: Denis Villeneuve, „un enfant prodige” współczesnej kanadyjskiej kinematografii, jest hackiem.
Obejrzawszy dwa z jego wcześniejszych filmów – „Pogorzelisko” i „Wroga” – odczułem ogromne rozczarowanie. Scenariusze były cienkie jak zupy na gwoździu, tyle że przyrządzone dla zmyłki w świetnie wyposażonej kuchni. Villeneuve posiada bez wątpienia doskonały warsztat, potrafi ugnieść atmosferę jak neapolitański kucharz ciasto na pizzę, lecz do fabuł jakoś zupełnie nie ma ręki.
Historia opowiedziana w „Pogorzelisku” opiera się na zwrocie akcji tak wyuzdanym i nieprawdopodobnym zarazem, że zawstydziłaby niejedną operę mydlaną. Natomiast „Wróg” to taki upośledzony Lynch – film aspirujący do kategorii „kina metafizycznego niepokoju”, lecz z fabułą, której obie główne interpretacje okazują się całkowicie nieracjonalne. A nieracjonalność stanowi wszak najcięższą zbrodnię, jaką popełnić może dzieło usiłujące uchodzić za irracjonalne. Wzburzonych apologetów brodatego Gyllenhaala i monstrualnego pająka łażącego po Toronto informuję, że po seansie poświęciłem trochę czasu na analizę fabuły, ale nadal uważam, iż Villeneuve zrobił ich tym filmem w jajo. Rodzimych krytyków również.
Do tej pory skłonny byłem machnąć na wyczyny kanadyjskiego reżysera ręką, ergo nie silić się na pisanie demaskatorskich recenzji. Swoją najnowszym produkcją sknocił jednak „Historię twojego życia” Teda Chianga, jedno z najwybitniejszych opowiadań fantastycznonaukowych lat dziewięćdziesiątych, które odkryłem samodzielnie, co w erze internetowych recenzji oraz wszechobecnych polecanek zdarza się rzadko. Przeczytałem je przypadkowo w antologii i z miejsca się nim zachwyciłem; na długo zanim autora począł chwalić Dukaj, zanim na łamach „Esensji” opisała je w superlatywach Anna Kańtoch.
Gdy reżyser-hack patroszy na twoich oczach mistrzowski kawałek prozy i gdy wszyscy wokół go oklaskują – doprawdy trudno przejść obok takiego skandalu obojętnie. Bez spojlerów się nie obejdzie, lecz jeśli jeszcze nie czytałeś opowiadania ani nie widziałeś filmu, z całego serca radzę: zacznij od literackiego (niedługiego!) pierwowzoru. Bo król – czyli film Villeneuve’a okrzyknięty najlepszym SF mijającego roku – jest nagi.
2.
Jeżeli w recenzji „Historii twojego życia” przeczytamy, że opowiadanie Teda Chianga dokonuje kreatywnego przetworzenia tzw. hipotezy Sapira-Whorfa (HSW) na literacką materię, będzie to znaczyło, iż recenzent przeczytał je o jeden raz za mało. HSW nie zostaje wszak nigdy wymieniona z nazwy ani w utworze, ani w nocie odautorskiej. Ta nieobecność powinna dać nam do myślenia, ponieważ Chiang nie ma oporów przed tłumaczeniem swoich konceptów czytelnikowi wprost lub prawie wprost – zresztą owo mistrzowskie wplatanie „infodumpów” w narrację stanowi wielką zaletę jego fikcji.
To dopiero początek ironii. HSW nie jest w gruncie rzeczy ani hipotezą, ani Sapira, ani Whorfa. Benjamin Lee Whorf, wybitny amerykański lingwista, pod koniec lat 30. XX wieku postulował zasadę lingwistycznej względności, według której „idee nie są formułowane w sposób racjonalny i niezależny [od języka], lecz jako część określonej gramatyki i zmieniają się, mniej lub bardziej, w zależności od niej”. Nie chodzi bynajmniej o to, że Eskimosi posiadają kilkadziesiąt słów na nazwanie śniegu (nie posiadają). Whorf miał na myśli coś bardziej doniosłego: gramatyka języka segreguje pojęcia, kształtuje nasze postrzeganie rzeczywistości.
Bardziej doniosłego, lecz niekoniecznie prawdziwszego. Wśród lingwistów po dziś dzień trwają spory dotyczące Whorfowskiej „teorii względności”. Nikt oczywiście nie kwestionuje, że zdania przekazują informacje o rzeczywistości, że wiedzę o świecie zdobywamy poprzez język, albo że różne rzeczy i zjawiska posiadają odmienne nazwy. Ale czy język determinuje nasze myślenie o świecie? Czy Polak myśli inaczej niż Japończyk?
Być może tak właśnie przypuszczał Harry Hoijer, który w 1953 r. na konferencji poświęconej pracom Whorfa (podówczas już nieżyjącego) ukuł „hipotezę Sapir-Whorfa”. Nie wiadomo niestety, na czym HSW miałaby dokładnie polegać, ani jak Hoijer zamierzał połączyć zasadę Whorfa z odkryciami swojego promotora Edwarda Sapira, innego słynnego antropologa i lingwisty, twórcy klasyfikacji języków amerykańskich Indian. Hoijer wspomniał tylko mgliście o „języku definiującym doświadczenie”. Bądź tu teraz mądry.
Nie ulega wątpliwości, że język do pewnego stopnia wpływa na nasze procesy myślowe. Wie o tym każdy, kto choć raz prowadził w swojej głowie monolog analizując jakąś sytuację lub przygotowując się do ważnej rozmowy. Jednak czy kognicja jest językowi całkowicie posłuszna? Oznaczałoby to istnienie myśli, których w danym języku nie sposób pomyśleć – a nawet myśli, których nie sposób pomyśleć w ogóle, bo żadna ludzka mowa ich nie ogarnia. Tak radykalna konkluzja obraża chłopski rozum, wywołuje protesty wielu lingwistów i rozwściecza Polaków nie znających obcych języków.
Kompromis brzmi tak: Język reguluje pewne aspekty procesów myślowych, rozkłada akcenty w naszej percepcji, lecz jego wpływ na umysł nie jest totalny. Być może Niemcy oraz Hiszpanie są bardziej wyczuleni na komunikacyjny dystans wobec osoby, której nie znają, albo której chcą okazać grzeczność, gdyż w ich językach występuje odpowiednik naszego „pan / pani / państwo”. Nie znaczy to jednak, że idea wykracza poza zdolności rozumienia Anglików oraz Norwegów. Po prostu muszą się z nią wpierw oswoić, tak jak my ucząc się języka angielskiego musimy oswoić się z przedrostkami „a” i „the”. Czy tylko mnie w wieku bardzo małoletnim całkowicie zbił z tropu tytuł „The Incredible Machine”?
Obejrzawszy „Nowy początek” wielu widzów dojdzie do wniosku, że jest to film o hipotezie Sapira-Whorfa podniesionej do siódmej potęgi. Oto pewna lingwistka, poznawszy język obcej rasy, posiadła zdolność podróżowania w czasie (interpretacja skrajna) bądź zdolność widzenia przyszłości (interpretacja umiarkowana). Tyle w tym stwierdzeniu prawdy, ile w podsumowaniu fabuły „Blade Runnera” słowami, że to film o policjancie walczącym z robotami. Mowa tu oczywiście o pierwszym „Blade Runnerze” – bo o czym będzie kręcony przez Villeneuve’a sequel (sic!) dowiemy się dopiero za rok.
Natomiast w „Nowym początku” grzech kanadyjskiego reżysera polega na tym, że różnica między obiema interpretacjami jest zatarta. Ponadto z wariantu umiarkowanego wyparowały pewne kluczowe elementy. Ich brak uniemożliwi widzowi niezaznajomionemu z pierwowzorem docenienie genialnego i jednocześnie eleganckiego pomysłu Teda Chianga. W przekładzie opowiadania na film zbyt wiele słów się zagubiło, bo scenarzysta Eric Heisserer ich nie zrozumiał, a reżyser nie umiał uratować.
Ale pewnie obaj panowie myślą inaczej.
1 2 3 »

Komentarze

07 XII 2016   09:50:07

Jeżeli Villeneuve to oszust to ja w obszarze kinowego SF poproszę takich więcej. Please - lie to me!

11 XII 2016   23:48:41

Choć czasu brak, jako ćwierćetatotowy komentator recenzji na temat filmu „Nowy początek”, poczułem się w obowiązku zabrać głos.
Mimo przydługiego wstępu recenzja jest ciekawa, szczególnie, że bardzo daleka od entuzjazmu. W kwestii rachunku kwantowego i fizyki różyczkowej jestem kompletnym lajkonikiem… Nie czytałem też opowiadania więc nie wiem ile i co zepsuł reżyser. Mimo to pozwalam sobie na kilka bezczelnych uwag:
1. To jest film na motywach, a nie adaptacja tekstu opowiadania. Skoro w recenzji pojawia się „Blade runner”… Podobno Ridley Scott nawet nie przeczytał książki Dicka. Film stał się klasyką, ale treściowo mocno odbiega od powieści „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” Stephen King nie cierpi „Lśnienia” Kubricka, Lem ponoć nie lubił „Solaris” Tarkowskiego; filmy odbiegały od tego co mieli w głowie pisarze. Czy to automatycznie oznacza, że te są one złe?
Film „Władca pierścieni” mocno trywializuje i spłyca przekaz Tolkiena, a jednak jest świetnym widowiskiem i jednym z najlepszych obrazów fantastycznych jakie powstały.

2. Z listą „absurdzików” z grubsza się zgadzam, podobne jednak można znaleźć w wielu hollywoodzkich filmach uważanych dziś za znakomite i kultowe.

3. Recenzent twierdzi: „w filmie wszystko sprowadza się do wyświechtanego przesłania „musimy ze sobą współpracować i żyć w pokoju”.”

NIEPRAWDA! Jak błyskotliwie udowodniłem w komentarzach do poprzednich esensjonalnych recenzji, twórcy „Arrival” pozostawiają furtkę dla odmiennych interpretacji; może czeka nas współpraca międzynarodowa i świetlana przyszłość, może to powstanie nowego gatunku człowieka, a może to początek inwazji…. Nic tu nie jest oczywiste, chyba, że oglądałem jakiś inny film, ale z tego samego roku, z tymi samymi aktorami, tym samym reżyserem i tym samym tytułem.

4. Lubię się czepiać, więc na koniec jeszcze szpila językowa. W politpoprawnym angielskim termin „American Indians” ma pewien sens, bo pozwala odróżnić rdzennych mieszkańców Ameryki od mieszkańców Indii. Podobne sformułowanie istnieją i w innych językach narodów z kolonialną przeszłością (np. w języku francuskim „amérindien”). Po polsku jednak amerykański Indianin brzmi jak masło maślane, bo innych Indian w języku polskim po prostu nie ma. W Indiach można spotkać co najwyżej Indian turystów z USA. Już mniej mnie rażą „australijski kangur”, „góralski oscypek” albo „francuski szampan”…
Pomimo lekkiej złośliwości, zapewniam, że kolejne recenzje kolejnych filmów przeczytam z zainteresowaniem. Z uszanowaniem
P.S. Popieram Bartmana

12 XII 2016   09:29:08

Dzięki za obszerny komentarz i za dobre słowo. Odpowiadam pokrótce:

Ad. przydługi wstęp do recenzji: Może i przydługi, ale jak zaznaczam już w samym wstępie, to nie jest recenzja. :)

Ad. 1: Reżyserowie nie muszą oczywiście niewolniczo trzymać sie pierwowzorów. Mogą nawet coś odjąć – ważne, żeby bilans końcowy był dodatni (jak u Petera Jacksona, którego ekranizacja WP jest, jak piszesz, "świetnym widowiskiem"). Uważam jednak, że w "Nowym początku" Villeneuve więcej zabrał niż dodał. Tutaj trafniejszym kontrargumentem do mojej recenzji byłoby stwierdzenie "Przecież Chiangowi się podobało!", ale skoro go nie użyłeś, nie będę nań odpowiadał. :)

Ad. 2: Jasne, lecz ja nie krytykuję typowych "movie mistakes", lecz niespójności fabularne. Wielu chwali film jako "realistyczne SF", a reżysera za jego warsztat. Te absurdziki nie mają zatem prawa tu być.

Ad. 3: Ciekawe zagadnienie: Czy zakończenie otwarte (w sensie: "nie wiadomo, co dalej się wydarzy?") oznacza zakończenie niejednoznaczne ("chcemy zastanawiać się, co dalej się wydarzy, fabuła filmu z nami 'zostaje'")? Dla mnie nie. Zakończenie może być otwarte (a takie jest w "Nowym początku", nieco paradoksalnie, zważywszy na kolistą konstrukcję filmu), ale do namysłu nie zachęcać, choćby dlatego, że jeden z głównych bohaterów łopatologicznie wyjaśnił, o co chodzi. Więcej niedomówień, poproszę. Więcej krwi z rozbitej wargi w szklance z alkoholem.

Ad. 4: Masz sto procent racji. Staram się starannie przeczesywać swoje teksty pod kątem pleonazmów, ale niektórych nie wychwytuję. Full disclosure: Pisząc ten fragment zerknąłem do hasła o Sapirze w angielskiej Wikipedii i oczywiście zasugerowałem się "ichnim" politycznopoprawnym "american Indians".

14 XII 2016   22:18:10

Trochę się zgadzam, trochę się nie zgadzam, ale zawsze miło, kiedy autorzy artykułów reagują na komentarze czytelników. Czuwaj!

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Krótko o filmach: Bright
Jarosław Loretz

16 VII 2018

Kilka zdań o nowym filmie Davida Ayera.

więcej »

East Side Story: Gdzie diabeł nie może, tam Rosjan pośle
Sebastian Chosiński

15 VII 2018

Trzy lata temu miało swoją premierę „Terytorium” Aleksandra Mielnika – monumentalny obraz o poszukiwaniach złota w północno-wschodniej Syberii. „Pierwsi” Dmitrija Suworowa w pewnym sensie kontynuują ten temat, chociaż opowiadają o wydarzeniach o ponad dwieście lat wcześniejszych, których kanwą są losy tak zwanej Wielkiej Ekspedycji Północnej, w ramach której Rosjanie dotarli półwyspu Tajmyr i odkryli przylądek dzisiaj nazywany Czeluskin.

więcej »

Wszystko zostaje w rodzinie
Joanna Najbor

9 VII 2018

Wydawać by się mogło, że w tematyce filmów z dreszczykiem wszystkie “kropki nad i” zostały już postawione, a hasło na plakacie reklamowym głoszące, że każda rodzina ma coś do ukrycia wywołać może co najwyżej obojętne wzruszenie ramion. Twórcy “Dziedzictwa” podejmują jednak próbę obalenia tej “horroroburczej” tezy, z rozmachem sięgając do większości atrybutów charakterystycznych dla kina grozy. I jeśli sukces ich filmu mierzyć odczuciem strachu (bądź ilością opętanych osób na metr kwadratowy), (...)

więcej »

Polecamy

Nasze mięso armatnie

Z filmu wyjęte:

Nasze mięso armatnie
— Jarosław Loretz

Nasi międzynarodowo
— Jarosław Loretz

Muchy na uwięzi
— Jarosław Loretz

Sierpem go, i kamieniem!
— Jarosław Loretz

Zaciskanie zębów: Level 2
— Jarosław Loretz

Kulturalny człowiek nie niszczy książek, ale…
— Jarosław Loretz

Powiedziałem koledze, że chcę statek kosmiczny
— Jarosław Loretz

Klucz do miasta otworzy każde drzwi
— Jarosław Loretz

Gdy masz niepotrzebną połówkę rekina…
— Jarosław Loretz

I siedzieć nie będzie już nikt
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Inne recenzje

Dogadajcie się najpierw sami
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Czy kangur na pewno jest kangurem?
— Jarek Tokarski

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Grudzień 2017 (4)
— Konrad Wągrowski

W poszukiwaniu samego siebie
— Marcin Szałapski

Esensja ogląda: Październik 2017 (3)
— Jarosław Loretz

Muzyka stop!
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Dotyk zła
— Jarosław Robak

Transatlantyk 2015: Dzień 6
— Sebastian Chosiński

Esensja ogląda: Wrzesień 2014 (1)
— Piotr Dobry, Jarosław Robak, Kamil Witek

14. T-Mobile Nowe Horyzonty: Chaos to porządek, którego jeszcze nie rozumiemy
— Kamil Witek

Esensja ogląda: Październik 2013 (1)
— Gabriel Krawczyk

Co nam w kinie gra: Pogorzelisko
— Artur Zaborski

Tegoż autora

Ziemia obiecana
— Borys Jagielski

Głos miał nieprzyjemny
— Borys Jagielski

A gdy się zejdą, raz i drugi...
— Borys Jagielski

Medjugorje
— Borys Jagielski

Ojciec Rosemary
— Borys Jagielski

Kres górny
— Borys Jagielski

Gorąca gra
— Borys Jagielski

Portrety nietoty
— Borys Jagielski

Hollywoodzkie emerytury
— Borys Jagielski

Wrzód na tkance
— Borys Jagielski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.