Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Robert Altman
‹Gosford Park›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGosford Park
Dystrybutor Vision
Data premiery10 maja 2002
ReżyseriaRobert Altman
ZdjęciaAndrew Dunn
Scenariusz
ObsadaMichael Gambon, Charles Dance, Emily Watson, Jeremy Northam, Maggie Smith, Kristin Scott Thomas, Camilla Rutherford, Geraldine Somerville, Tom Hollander, Natasha Wightman, Bob Balaban, James Wilby, Claudie Blakley, Laurence Fox, Trent Ford, Ryan Phillippe, Stephen Fry, Ron Webster, Kelly Macdonald, Clive Owen, Eileen Atkins, Alan Bates, Derek Jacobi, Richard E. Grant, Jeremy Swift, Helen Mirren
MuzykaPatrick Doyle
Rok produkcji2001
Kraj produkcjiNiemcy, USA, Wielka Brytania, Włochy
Czas trwania137 min
WWW
Gatunekkomedia, kryminał
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Po prostu Altman
[Robert Altman „Gosford Park” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Jest takie popularne twierdzenie na temat utalentowanych twórców – w miarę jak zbliżają się do końca swojego życia, poziom ich nowych dzieł zbliża się do średniej z całej ich wcześniejszej kariery. Innymi słowy wyjątkiem są artyści, którzy tworzą wielkie dzieła pod koniec długiego życia.

Michał Chaciński

Po prostu Altman
[Robert Altman „Gosford Park” - recenzja]

Jest takie popularne twierdzenie na temat utalentowanych twórców – w miarę jak zbliżają się do końca swojego życia, poziom ich nowych dzieł zbliża się do średniej z całej ich wcześniejszej kariery. Innymi słowy wyjątkiem są artyści, którzy tworzą wielkie dzieła pod koniec długiego życia.

Robert Altman
‹Gosford Park›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGosford Park
Dystrybutor Vision
Data premiery10 maja 2002
ReżyseriaRobert Altman
ZdjęciaAndrew Dunn
Scenariusz
ObsadaMichael Gambon, Charles Dance, Emily Watson, Jeremy Northam, Maggie Smith, Kristin Scott Thomas, Camilla Rutherford, Geraldine Somerville, Tom Hollander, Natasha Wightman, Bob Balaban, James Wilby, Claudie Blakley, Laurence Fox, Trent Ford, Ryan Phillippe, Stephen Fry, Ron Webster, Kelly Macdonald, Clive Owen, Eileen Atkins, Alan Bates, Derek Jacobi, Richard E. Grant, Jeremy Swift, Helen Mirren
MuzykaPatrick Doyle
Rok produkcji2001
Kraj produkcjiNiemcy, USA, Wielka Brytania, Włochy
Czas trwania137 min
WWW
Gatunekkomedia, kryminał
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Mimo, że przychodzi mi od razu na myśl cała grupka twórców, którzy zdołali wymknąć się tej regule (Dvorak, Beethoven) to jednak jeśli przyjrzeć się światkowi filmowemu w ciągu ostatnich lat, zwłaszcza kinu amerykańskiemu, okaże się, że reguła w dużej części znajduje potwierdzenie. Najnowsze filmy Stanley’a Kubricka, Woody Allena, czy Martina Scorsese choć nie były w żadnym razie artystyczną kompromitacją, nie zbliżyły się również do poziomu arcydzieł, jakie każdy z tych reżyserów dał kinu przed laty. Altman również nie oparł się temu trendowi. Od dobrych dziesięciu lat żaden z jego filmów nie zrobił na mnie wrażenia, poza oczywistą przyjemnością obcowania ze starym mistrzem, choćby ten nie był już w najwyższej formie. „Gosford Park” jest zaskoczeniem. To najlepszy film Altmana od dekady. Mimo że nie podzielam zdania wielu krytyków, którzy nazywają „Gosford Park” jednym z absolutnie najlepszych filmów Altmana (podejrzewam, że po prostu wszyscy bardzo już stęsknili się za naprawdę dobrym Altmanem, toteż opinie poszybowały nieco za wysoko), to jednak do najlepszych filmów reżysera faktycznie jest tu już dużo bliżej niż ostatnio.
W „Gosford Park” dostajemy to, co w najbardziej znanych filmach Altmana stało się jego znakiem rozpoznawczym – szereg przeplatających się historii, przemieszanie wątków romansowych, dramatycznych, kryminalnych itp. Tym razem jednak miejsce akcji jest znacznie bardziej ograniczone. Altman zawęża filmową scenę do jednego domu, dzieląc wszystkich uczestników na dwie grupy – arystokrację i służących. Potencjalnie pojawia się tutaj od razu pole do powielenia mnóstwa schematów znanych z innych filmów prezentujących życie arystokracji, ale Altman tradycyjnie odrzuca najprostsze rozwiązania. W samym obrazie arystokracji nie ma niespodzianki – jak zawsze, okazuje się ona zainteresowana raczej pieniędzmi niż innymi wartościami (pieniądz wypiera szlachetne urodzenie, co ładnie widać w wątku bezproblemowego wprowadzenia na salony producenta z Hollywood). W filmie zaskakuje jednak to, że środowisko służących, zamiast odrzucać we własnym gronie podziały klasowe, z lubością je powiela. Ba, służący traktują się w sposób dużo bardziej szorstki i znacznie wyraźniej podkreślają różnice między sobą, wynikające z pozycji swojego Pana – niezamierzenie stają się karykaturą wyższych sfer. To jedno z najciekawszych spostrzeżeń filmu, altmanowskie w duchu szyderstwo, podkreślające ludzkie zamiłowanie do postawienia się ponad innymi i wykorzystania uprzywilejowanej pozycji, na którą w gruncie rzeczy przecież się nie zapracowało. W obrazie służby pobrzmiewa smutny komentarz, że człowiek w każdych warunkach potrafi zrezygnować z solidarności na rzecz władzy. Z drugiej strony w obrazie arystokratów mamy też sygnał, że każda pozycja i każde stanowisko życiowe niosą ze sobą swoje ograniczenia. Ostatecznie okazuje się przecież, że pozycja arystokratów nie daje im większej wolności pomimo nadrzędnej roli wobec służby – i jedni i drudzy są niewolnikami rytuału. Trudno nawet powiedzieć, kto jest w tej podległości gorszy – obrzydliwa w swoim hołdowaniu pieniądzom arystokracja, czy dobrowolnie narzucająca sobie hierarchię służba. Ludzcy wydają się jedynie Ci bohaterowie, którzy od początku traktują wszelkie podziały z pogardą. W podsumowaniu z twarzą również wyjdą tylko Ci, którzy ponad skostniałe formy stawiają drugiego człowieka – pozornie wyjątkowo prosty i pokrzepiający morał, choć w rzeczywistości żadnemu z bohaterów nie da wielkiej satysfakcji. Altman bardzo ładnie „wygrywa” wszystkie środowiskowe powiązania i zależności, jak zawsze w subtelny sposób, w mnóstwie scen, w których widz musi czasami dopowiedzieć sobie kwestie, które powiedziane w filmie wprost zabrzmiałyby może zbyt ostentacyjnie. Miło poczuć przed ekranem, że są wciąż reżyserzy traktujący widza jak dorosłego człowieka, potrafiącego podczas seansu używać nie tylko oczu i uszu.
Celny żarcik o procesie w Norymberdze rozbawi każde towarzystwo...
Celny żarcik o procesie w Norymberdze rozbawi każde towarzystwo...
Jak zawsze u Altmana, część przyjemności z seansu „Gosford Park” bierze się z drobnych modyfikacji utartych schematów. Tym razem reżyser zaskakuje całą masą zabawnie przerobionych motywów z opowieści kryminalnych: wymownie sugeruje w konkretnym miejscu obecność trucizny, żeby po godzinie uświadomić widzowi swój żart (trucizna jest w tym domu wszędzie); wprowadza postać pewnego siebie, pozornie sprytnego detektywa w typie Herculesa Poirot, żeby ośmieszyć nasze przyzwyczajenie do pewnego typu gestów (pomimo pozorów kompetencji detektyw okazuje się idiotą); wprowadza motyw kryminalny, żeby po kolejnej godzinie pokazać, że przecież nie ma on żadnego znaczenia (ofiara i tak była nielubianym gburem – znacznie bardziej liczą się żywi ludzie, których unieszczęśliwiła) itd. I znowu – wszystkie te elementy pojawiają się na ekranie chwilami prawie mimochodem, gdzieś na marginesie opowiadanej historii i dopiero po zastanowieniu robią na widzu wrażenie. Dzięki temu „Gosford Park” dobrze ogląda się również podczas kolejnego seansu.
Oczywiście żadnym zaskoczeniem u Altmana nie jest to, że aktorzy grają swoje role rewelacyjnie. Całościowo to na ekranie bez wątpienia najlepsza aktorska ekipa ostatnich miesięcy (ze szczególnym wskazaniem na Maggie Smith, która chyba dla wielu widzów w szybkim tempie staje się ukochaną, sympatyczną starszą aktorką – wakat na tej pozycji po śmierci Jessiki Tandy trwał już zresztą zbyt długo). Film sprawia wrażenie ekranowej wersji przewodnika po brytyjskim katalogu zasłużonych aktorów. Paradoksalnie, chwilami chodziło mi po głowie, że obraca się to przeciwko samej fabule. Jeśli tak znakomici aktorzy jak Derek Jacobi pojawiają się w filmie w dwóch-trzech scenach, zaczynam się zastanawiać, czy to nie marnowanie talentu aktorskiego i niepotrzebne dekoncentrowanie widza, reagującego na znaną twarz. Z drugiej strony, Altman w typowy dla siebie sposób dystansuje widza od ekranowych postaci. W tej sytuacji znana twarz w pewnym stopniu nadrabia brak możliwości utożsamienia z bohaterami, przynajmniej w przypadku tych widzów, którzy takiego utożsamienia absolutnie wymagają.
Umiejętność wprowadzenia lampy w stan hipnozy nie była już w ich małżeństwie tak skuteczną techniką gry wstępnej jak niegdyś...
Umiejętność wprowadzenia lampy w stan hipnozy nie była już w ich małżeństwie tak skuteczną techniką gry wstępnej jak niegdyś...
Swoją drogą nigdy nie potrafiłem zrozumieć na czym polega altmanowska metoda reżyserowania aktorów. Wiem tylko, że wywołuje na mnie zawsze wrażenie całkowitej autentyczności odgrywanych scen – coś jakby wrażenie podglądactwa. Aktorzy nie grają u niego swoich wyrwanych ze scenariusza scen dla kamery ani dla reżysera, a tym bardziej nie dla jakiegoś przyszłego widza. Wydaje mi się raczej, jakbym miał okazję zajrzeć do pomieszczenia, w którym przez kilka chwil zobaczę jakiś intymny moment – nie jedyny i może nawet nie najważniejszy, ale pozostałych będę mógł się tylko domyślać, bo reżyser nie pokaże mi ich na ekranie. Tak jakby historia nie została zainscenizowana, tylko toczyła się swoim torem, a ja mogę być świadkiem jedynie niektórych jej fragmentów, z których muszę domyślić się całości. Nie wiem skąd to wrażenie. Być może Altman ma jakieś specjalne uwagi dla aktorów (nie znalazłem po nich śladu w wywiadach). Na pewno wchodzi tu w grę odpowiednio nienachalne prowadzenie kamery, odpowiedni rytm montażu całego filmu, wykorzystanie muzyki, ogólnie brak ostentacji, rzadki w amerykańskim kinie. Na pewno pomaga w tym również altmanowskie podejście do samych dialogów – w końcu na przełomie lat 60. i 70. to właśnie Altman zrewolucjonizował w kinie sposób prezentowania dialogów. To dzięki niemu w amerykańskim kinie dopuszczalne stało się równoległe wypowiadanie kwestii – jak w życiu, nie jak w hollywoodzkim filmie, gdzie każdy wypowiadał się w odpowiedniej kolejności. A skoro po części to Altmanowi amerykańskie kino zawdzięcza wyjście z fazy teatralnej gry w fazę aktorskiego naturalizmu, to co tu się dziwić, że tak dobrze wychodzi mu oderwanie się od atmosfery inscenizowanych scen i wywołanie na widzu wrażenia absolutnej autentyczności oglądanej historii.
„I teraz jak wcisnę w tym miejscu, to odpadnie Ci nos. No słowo daję.”
„I teraz jak wcisnę w tym miejscu, to odpadnie Ci nos. No słowo daję.”
Pomimo wszystkich pochwał, w trakcie seansu miałem wątpliwości co do najbardziej nieoczekiwanych, jak na film Altmana, składowych. Miałem w filmie problem z montażem. Co najmniej kilka razy wydawało mi się, że Altman przerywa scenę w najciekawszym miejscu, jakby świadomie próbował „przyciąć” dramaturgię chwili. Biorąc pod uwagę, że wśród światowej śmietanki reżyserskiej Altman jest reżyserem bodaj najbardziej doświadczonym w orkiestrowaniu dramatów z dużymi zespołami aktorskimi, trudno przypuszczać, żeby ten chwyt pojawił się w filmie przypadkiem. Tym bardziej, że według „listy płac”, głównym montażystą filmu był Tym Squyres – jeden ze stałych współpracowników Anga Lee, odpowiedzialny za wyśmienity rytm jego filmów. Być może więc Altman próbował tutaj w mniej zauważalny sposób eksperymentować z manipulowaniem dramaturgią opowieści? Jeśli tak, byłoby to bodaj jedyne poważniejsze ryzyko realizacyjne podjęte w „Gosford Park” przez Altmana – reszta filmu jest zrealizowana zaskakująco konwencjonalnie.
Innym drobiazgiem, na który zareagowałem średnio było, jak na mój gust, zbyt ostentacyjne rozciągnięcie paraleli między scenariuszem tej fikcyjnej hollywoodzkiej produkcji, streszczanym przez amerykańskiego producenta przez telefon, a akcją „Gosford Park”. Oczywiście tego typu filmowe zagranie natychmiast wywołuje lekki uśmieszek na twarzy, ale mam wrażenie, że w ciągu ostatnich 10 lat zabieg mocno stracił na świeżości. Za przeproszeniem, postmodernizm w kinie zrobił z niego jeden z najbardziej ogranych zagrań reżyserów, dla których tego typu mrugnięcie do widza było czasami jedyną próbą nawiązania z nim dialogu. To sztuczka poniżej poziomu Altmana, przynależna raczej produkcjom w rodzaju „Krzyku”. Dobrze, że pomysł pojawił się w filmie jedynie chwilowo.
Wspomnę o jeszcze jednym elemencie, który uważam za jedyny niewątpliwy błąd filmu – brak zdefiniowania topografii planu. Przez całe 2,5 godziny oglądamy przeplatające się losy ponad tuzina bohaterów krążących po jednym domu, a jednak nie mamy pojęcia o wielkości domostwa, o odległości między poszczególnymi pomieszczeniami, piętrami itd. Przeszkadzało mi to w seansie i uważam, że to jedyne faktyczne niedopatrzenie Altmana. Tym dziwniejsze, że przecież wystarczyło tutaj dosłownie kilka dłuższych ujęć ze steadicamem. Altman potrafił w poprzednich filmach ciągnąć pojedyncze ujęcia po kilka minut tylko dla realizacyjnego żartu. Tutaj zabrakło kilku chwil na takie właśnie opisanie miejsca akcji, które ułatwiłoby widzowi orientację.
Gdybym miał określić główne wrażenie, jakie wywarł na mnie „Gosford Park”, powiedziałbym, że to… brak zaskoczenia. Nie samą fabułą filmu, tylko faktem, że Altman pokazał mi bardzo dobry film w znanym stylu, czyli brak zaskoczenia wysoką jakością. Tak się już jakoś utarło, że po Altmanie po prostu spodziewam się samych dobrych filmów. „Gosford Park” formalnie nie wnosi nic nowego do filmografii reżysera (może za wyjątkiem nowej scenografii), ale pierwszy raz od kilku lat pozwala przypomnieć sobie dlaczego Altman uchodzi za jednego z mistrzów amerykańskiego kina i przypomnieć sobie jak smakuje satysfakcja po jego naprawdę udanym filmie. Przyjemnie stwierdzić, że reguła „uśrednienia” poziomu dzieł pod koniec długiej kariery artysty jednak nie wytrzymała konfrontacji z talentem Altmana.
koniec
1 lipca 2002

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Klasyka kina radzieckiego: Diablęta, których boją się anarchiści
Sebastian Chosiński

18 IX 2019

Chyba mało kto spodziewał się, włącznie z samym reżyserem, że największym sukcesem komercyjnym Ormianina Edmonda Keosajana będzie sequel niemego awanturniczo-przygodowego obrazu o „czerwonych diablętach” – grupie nastolatków walczących w czasie wojny domowej w Rosji z „czarnymi” i „białymi”. Nowa wersja tej opowieści, nakręcona w 1966 roku, otrzymała miano „Nieuchwytnych mścicieli” i okazała się początkiem trylogii.

więcej »

East Side Story: Gdzie Rzym, gdzie Krym… a gdzie Władywostok
Sebastian Chosiński

15 IX 2019

Po ośmiu latach przerwy na ekrany telewizorów powrócił w dwóch pełnometrażowych filmach pułkownik Siergiej Michajłowicz Diedow – weteran chyba wszystkich wojen, w jakie zaangażowany był Związek Radziecki i Rosja od czasów interwencji w Afganistanie. I ponownie odpowiedzialny za jego „przygody” został Andriej Szczerbinin. Szkoda jedynie, że „Jeden za wszystkich” – czwarta odsłona serii „W stanie spoczynku” – tak bardzo odstaje poziomem od trzech wcześniejszych.

więcej »

Klasyka kina radzieckiego: Kilka gorzkich scen z życia nomenklatury
Sebastian Chosiński

11 IX 2019

To ostatni wielki film kultowego radzieckiego reżysera, który jak nikt inny – może oprócz Gruzina Gierogija Danieliji – potrafił jednocześnie rozśmieszać i wzruszać. Choć akurat w „Zapomnianej melodii na flet” znacznie więcej jest powodów do wzruszeń. Nie bez powodu, wszak w czasie pracy nad tym melodramatem Eldar Riazanow przeżywał poważne kłopoty zdrowotne i musiał leczyć się po udarze.

więcej »

Polecamy

Dom jak malowanie

Z filmu wyjęte:

Dom jak malowanie
— Jarosław Loretz

Po szkielecie poznasz ich
— Jarosław Loretz

Uwaga na glizdoludzi!
— Jarosław Loretz

Rozbrykana rogacizna
— Jarosław Loretz

Polska szkoła plakatu
— Jarosław Loretz

Dlaczego sypanie soli na drogi jest złym pomysłem
— Jarosław Loretz

Drzewa-zabójcy
— Jarosław Loretz

A w zaświatach tańce i swawole
— Jarosław Loretz

Dla chcącego nic trudnego
— Jarosław Loretz

Gdy mści się niechlujstwo
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Tegoż twórcy

Powitać pożegnanie
— Ewa Drab

Tegoż autora

„Ten film był dnem dna”, czyli historia ekranizacji prozy Stanisława Lema
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Krystian Fred, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Great Scott!
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Alicja Kuciel, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Strach siedzi w nas, czyli kino grozy pod lupą (2)
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Michał Kubalski, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Strach siedzi w nas, czyli kino grozy pod lupą (1)
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Michał Kubalski, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Dwóch samurajów
— Michał Chaciński

Quiz: Czy nadajesz się na producenta filmowego?
— Michał Chaciński

Kill Bill - czwórgłos
— Marta Bartnicka, Michał Chaciński, Anna Draniewicz, Konrad Wągrowski

Szara strefa moralności
— Michał Chaciński

Więcej czasu, mniej Apokalipsy
— Michał Chaciński

Dorastanie w drodze
— Michał Chaciński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.