Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 listopada 2018
w Esensji w Esensjopedii

Filmy

Magazyn CLXXXI

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

Zapowiedzi

kinowe (wybrane)

więcej »

dvd i blu-ray

więcej »
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

American Film Festival 2018 (1)

Esensja.pl
Esensja.pl
Rozpoczynamy dziś cykl tekstów podsumowujących niedawno zakończony 9. American Film Festival we Wrocławiu. Dziś prezentujemy recenzje „Narodzin gwiazdy”, „Szatana i Adama” oraz „Assassination Nation”.

Jarosław Robak, Kamil Witek

American Film Festival 2018 (1)

Rozpoczynamy dziś cykl tekstów podsumowujących niedawno zakończony 9. American Film Festival we Wrocławiu. Dziś prezentujemy recenzje „Narodzin gwiazdy”, „Szatana i Adama” oraz „Assassination Nation”.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Narodziny gwiazdy
(2018, reż. Bradley Cooper)
Jarosław Robak [60%]
Reżyserski debiut Bradleya Coopera to czwarta – a jeśli wliczać „What a Price Hollywood?” z 1932 roku – piąta wersja tej samej historii: gwiazdor-alkoholik poznaje utalentowaną amatorkę, ułatwia jej start w show businessie, bohaterowie zakochują się w sobie, ona zostaje „it girl”, on się stacza. Gwiazdora (tu: muzyki country) zagrał sam reżyser, za to w roli Ally, niepewnej siebie piosenkarki i tekściarki obsadzono Lady Gagę. Kto widział którekolwiek z poprzednich „Narodzin gwiazdy” nie będzie zaskoczony zwrotami fabularnymi: w najnowszej wersji dodano wprawdzie obojgu bohaterom ciekawe wątki rodzinne (czapki z głów przed Samem Elliottem w roli starszego brata muzyka), oczywiście tylko we współczesnej produkcji mogłyby znaleźć się tak pyszne sceny z udziałem drag queens („śpiewaj cokolwiek, byłeś patrzył mi w oczy” – mówi jedna z nich do przystojnego, błękitnookiego Coopera), jednak na tym kończą się zmiany. „Narodziny gwiazdy” A.D. 2018 są niemal równie konserwatywne, co wersje z lat 30-tych, 1954 i 1976 roku. Do pewnego momentu to nie przeszkadza – aktorska chemia między Cooperem i Lady Gagą jest wspaniała (kreacja piosenkarki słusznie typowana jest do oscarowej nominacji, ale wyrazy uznania należą się też Cooperowi, który doskonale wie, kto jest gwiazdą w jego filmie, i kiedy należy usunąć się w cień); opowiedziane jest to bardzo sprawnie, bez realizatorskich popisów à la „La La Land” – ale formalna surowość w niczym nie ujmuje magii takim momentom jak pierwsze spotkanie bohaterów i ich nocna włóczęga; piosenka „Shallow” wkręca się w ucho i zostanie tam przez długie miesiące. Wystarcza tego na poruszający melodramat – ale brak nowych kontekstów i przesunięć akcentów wywołuje poczucie niedosytu. Cooper udanie zmienia dekoracje, ale wciąż opowiada odrobinę zwietrzałą historię o szlachetnym, choć czasem błądzącym mężczyźnie, który robi z ukochanej gwiazdę, poświęca się dla niej i motywuje ją komplementami na temat jej urody. Nie jestem też w stu procentach przekonany do wątku kariery Ally – w filmie jej (pierwszym) wielkim momentem jest wokalny popis we wspomnianym „Shallow”, gdy potężny głos piosenkarki rozbrzmiewa na rockowej scenie; potem widzimy jednak, jak naturalny talent bohaterki zostaje poddany rynkowej obróbce: repertuar Ally staje się bardziej popowy, na scenie gitary zostają zastąpione przez tancerki, zmieniają się fryzury i kostiumy, przy czym autentyczność jakby się ulatniała – to trochę jakby krytykować Lady Gagę, że jest… Lady Gagą?
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Satan i Adam
(2018, reż. Scott Balcerek, V. Scott Balcerek)
Kamil Witek [60%]
Niech nikogo nie zwiedzie tytuł zwycięskiego na American Film Festival dokumentu V. Scotta Balcerka. „Szatan i Adam” nie traktuje o grzechu pierworodnym, jego twórca nie pochyla się nad zawiłymi meandrami wiary. To spojrzenie na unikalny – jak na lata 80. – muzyczny sojusz dwóch artystów różniących się od siebie niemal wszystkim: kolorem skóry, wiekiem i pochodzeniem. Pierwsze kadry reżyser utrwalał już ponad trzy dekady temu, stąd ukończony dopiero w 2018 roku film ma wszystkie zalety i bolączki realizacyjnego ultramaratonu. Pierwotnym założeniem było bowiem jedynie udokumentowanie nietypowego mezaliansu: Adama–białego chłopaka grającego na harmonijce, z Szatanem-czarnym wygą bluesa. W międzyczasie do historii artystów przyklejono wątek społeczno-polityczny, bo ich sceną na początku nie były sale koncertowe, lecz zwyczajna ulica na nowojorskim Harlemie. Umiejscowienie akcji to zresztą jedna z bardziej uwypuklonych prób nadania wielowymiarowości relacji Szatan-Adam. W latach 80. dzielnica przechodziła gruntowną przemianę z czarnego zamkniętego getta, dlatego obecność w niej białego uzurpującego sobie prawo do grania bluesa, wielu „rdzennych” mieszkańców odczytywała jako chęć wejścia z butami do nie swojego domu. Poszukiwanie odpowiedzi na pytania o nową definicję tożsamości dzielnicy i powstających społecznych napięć niestety słabnie wraz z miałkością popierających ową tezę archiwalnych materiałów. Kompozycja opowieści skupiona jest bowiem przede wszystkim na rozwoju przyjaźni i muzycznej kariery obojga muzyków, gdzie światopoglądowe tematy, choć obecne, nie mają większego znaczenia. Dlatego obserwując wieloletnie zmagania ze sceną, ale też z własnymi oczekiwaniami i marzeniami, nie trudno dojść do wniosku, iż w relacji Szatan-Adam najsilniejszym orężem jest nie kontrast ich osobowości, lecz spójna energetyczna twórczość. W efekcie nawet wyświechtany i dominujący motyw dokumentu, mówiący o tym, iż muzyka to uniwersalny język, który wolny jest od jakichkolwiek uprzedzeń, jest z łatwością do przełknięcia.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Assassination Nation
(2018, reż. Sam Levinson)
Kamil Witek [80%]
Selfie, filtry, hashtagi, like’i czy followersi to tylko jedne z mnóstwa terminów, które kształtują dzisiejszą rzeczywistość nie tylko młodzieży, ale niemal każdego, kto kiedykolwiek miał w ręku smartfon. Wystarczy rozejrzeć się w autobusie, w szkole, w pracy. Świecące ekrany przyciągają naszą uwagę częściej niż cokolwiek innego. Wślepieni w nie spędzamy więcej czasu niż patrząc innym w oczy. „Assasination Nation” może i odrobinę przejaskrawia wpływ social mediów i internetu, choć w gruncie rzeczy jego ambicje stoją znacznie wyżej niż bycie ledwie przestrogą ich obosiecznej siły. Zanim więc stwierdzicie, iż Was to nie dotyczy, przypomnijcie sobie wymieniane ze znajomymi (i nie tylko) zdjęcia, SMS-y, wiadomości czy historię swoich wyszukiwarek. Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia wszystko to ujrzy światło – dalej uważacie, że nie macie nic wstydliwego na sumieniu? Nie przez przypadek w dzisiejszych czasach większą obawę wywołuje wyciek wrażliwych danych niż atomowy konflikt. Jak bardzo będzie tu bezkompromisowo, reżyser Ben Levinson sygnalizuje już w pierwszych kadrach: przemoc, seks, homofobia czy ciosy w męskie ego będą ścielą się gęściej od lajków pod zdjęciami popularnego znajomego. Reżyser pod lupę swego socjologicznego badania bierze małą społeczność amerykańskiego Salem, gdzie wyciek prywatnych danych dotyka wszystkich mieszkańców: od burmistrza, dyrektora szkoły, po zwykłych mieszkańców i nastolatki. Odkrycie wszystkich sekretów wywołuje z miejsca prawdziwe średniowieczne polowanie na czarownice – na wierzch wypływają zdrady, tajemnice i polityczne hipokryzje. Od razu uprzedzam tych, którzy po takiej fali rewelacji liczą na mocny w treści, lecz uładzony w formie moralitet. „Assasination Nation” to jedno z tych filmowych doświadczeń bez trzymanki, które należy przeżyć na własnej skórze. Levinson stosuje bowiem środki odpowiadające social mediowemu szaleństwu: jest tu zatem barwnie, szybko, mnóstwo i bez jakichkolwiek zahamowań. W opowieści o skutkach niekontrolowanego „przecieku” zarysowuje jednakże chwilami zbyt rozbudowane tło dla rozbuchanej graficznie ogólnomiasteczkowej vendetty. Na tapetę podejmowanych rozważań trafia przebogate spektrum bolączek społeczeństwa: od krytyki patriarchalnej struktury, rasizmu, wiarygodności w polityce po tolerancję seksualną, mizoginizm etc. W efekcie przy odjazdowej i skąpanej w krwi i przemocy akcji, istotne tematy sprowadzane są do roli przerywnikowych hashtagów, które widzowi bardzo trudno wyłuskać z dyskotekowego wizualnego sosu. Nie zmienia to na szczęście zbyt wiele w realności siarczystego spojrzenia na rzeczywistość, jakie podsuwa nam w syntezie „Assasination Nation”. Wizji ponurego świata, gdzie jednego dnia uwielbiamy przez wszystkich influencer dla własnego kaprysu zamiast polecać nam milion różnorakich kosmetyków, postanowi jednym wpisem zniszczyć komuś życie. Dlatego lepiej dla nas samych będzie, jeśli przestaniemy się oszukiwać, iż mamy jeszcze jakikolwiek wpływ na kształtowanie przyszłego pokolenia. Generacji, które źródła pobudek swoich działań nie odnajduje w ideologii czy głębokich przekonaniach, lecz po prostu w zwyczajnej i często niczym nieuzasadnionej „bece”.
koniec
8 listopada 2018

Komentarze

08 XI 2018   20:21:38

Intrygująco wysoka ocena dla "Assasination Nation”. Trailer na YouTube bynajmniej nie zachęca do obejrzenia filmu. Wręcz przeciwnie. Opis fabuły tez średnio zachęcający. Tolerancja seksualna, mizoginizm, patriarchalna struktura, rasizm, ciosy w męskie ego, homofobia... Serio? Zupełnie jakby Demokraci zamówili film na czas kampanii wyborczej by dokopać "zacofanym" Republikanom.

09 XI 2018   14:01:08

No coz, Republikanie SA zacofani i zasluguja nawet na takie symboliczne manto, wiec wszystko sie zgadza. Poprawnosc polityczna for the win! :D

09 XI 2018   19:52:02

Wszystko zależy od tego jak definiuje się postęp i zacofanie. Jeżeli "cywilizacja śmierci" jest postępem no to faktycznie są zacofani.

09 XI 2018   23:13:48

Tak może pobocznie - jak mnie drażni to określenie kościelnej propagandy. Przecież to jest tak głupie, od wieków to kościół głosił "memento mori" i straszył wiecznymi torturami, wszystkich przekonywał o marności życia doczesnego, w proch się obrócisz, dance macabre, umartwiaj się, biczuj, pość, a jak masz inne zdanie, to spalimy cię jako heretyka, bo kto nie z nami tego ogniem i mieczem. Zatem, jeśli do kogoś pasuje to określenie, to do kościoła (bardziej z przeszłości, na szczęście).
Cywilizacja "zachodnia" jest dla mnie cywilizacją zaprzeczania śmierci, przecież tam z kolei chodzi o to, by się kolorowo, dobrze bawić, młodość, uroda i wszelkie przyjemności, a co nam psuje obrazek, to wypchnijmy poza ramki, żeby sobie humoru nie psuć. Więc ta "cywilizacja śmierci" pasuje jak kwiatek do kożucha.

09 XI 2018   23:36:43

@Beatrycze "(bardziej z przeszłości, na szczęście)." Kluczowe słowa, myślę, że cały akapit zbędny, nie o historii jest mowa.
Znajdująca się w fazie dekadencji cywilizacja Zachodu właśnie dlatego jest określana "cywilizacją śmierci", że eliminuje wszystko co stoi na drodze tej zabawy niczym z Titanica. Mordowanie nienarodzonych "bo mieszkanie za małe" (litościwie przemilczę nazwisko wokalistki, która poczyniła takie wyznanie), czy eutanazja na zamówienie (bo po co komu starzy ludzie, tylko kłopot z nimi, lepiej dać im możliwość szybszego odejścia) mają chyba sporo wspólnego ze śmiercią, nie?

11 XI 2018   04:33:00

@zyx- zarówno aborcja jak eutanazja są wynalazkami starymi jak świat i są akceptowane dużo lepiej w cywilizacjach zdecydowanie nie pochodzących z Zachodu. Jak już kiedyś wspominałem, u nas ważna jest jednostka, co powoduje silne przywiązanie do praw życia każdej osoby. Tymczasem w Chinach, części Afryki, w Ameryce Południowej (u tzw. plemion pierwotnych) ważniejsze pozostaje dobro grupy. Odczuwają oni głęboki smutek, ale w związku z ciężką sytuacją porzucają ludzi starszych.

12 XI 2018   12:45:23

A mnie się jakoś tak przypomnieli dziś przy śniadaniu "Chłopi": pojawia się tam kobieta, wystawiona przez własną rodzinę za drzwi, gdy była za stara, żeby pracować, a także młoda kobieta idąca zimą ze starym ojcem po chrust, w nadziei, że może ojciec zgubi się i zamarznie w lesie. U Żeromskiego się pojwiała, bodaj w "Przdwiośniu" nieogrzewana chatka gdzieś na skraju wsi, gdzie wypychano starców, aby tam sczeźli. Tego sobie raczej pisarze nie wymyślili całkiem z powietrza. Za to religijni ci ludzie byli - na mszy wszyscy się stawiali i święta celebrowali. O to mi się w tym akurat komentarzu rozchodzi, że wiara w to, jak to w Polsce było cudownie, kiedy to religia katolicka miała większe znaczenie, to jednak iluzja. Złoty wiek moralności pozostaje tym, czym każdy złoty wiek - mitem.

Choć oczywiscie nadmierny dekadentyzm - do niczego konstruktywnego nie prowadzi.

Niemniej,jeśli zmiany klimatu będą postępować tak szybko, jak teraz, zwali się na świat kryzys przewyższający wszystkie obecne i wtedy ludzie, jak sądzę, zamiast dojść do wniosku "byliśmy głupi, a teraz trzeba, żebyśmy zaczęli coś z tym bajzlem robić, wspólnie" raczej uderzą w tony" to kara za grzechy" lub "to spisek X", zaczną szukać kozłów ofiarnych i rozmaite skrajne ideologie znajdą posłuch.

12 XI 2018   20:30:43

@Beatrycze Nie bardzo wiem z kim polemizujesz, w każdym razie ja nic o religii i wierze w jakieś mityczne złote wieki nie pisałem. Informacja, że aborcja i eutanazja nie są wynalazkiem współczesnej cywilizacji Zachodu też nie jest dla mnie jakimś novum ;)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

XII Sputnik nad Polską: Bardzo starzy oboje, jedną nogą w grobie…
Sebastian Chosiński

17 XI 2018

Kino jakuckie coraz odważniej podbija Europę i świat. Twórcy z Syberii wykorzystują do tego głównie egzotykę swej ojczyzny, ale również groźną i fascynującą przyrodę. A że przy okazji mają coś konkretnego do powiedzenia, nie powinno nas dziwić, że filmy z Republiki Sacha prezentują z roku na rok wyższy poziom – zarówno artystyczny, jak i realizatorski. Czego kolejnym dowodem dramat „Car-ptak” autorstwa Eduarda Nowikowa.

więcej »

XII Sputnik nad Polską: Duch grzechu pierworodnego
Sebastian Chosiński

16 XI 2018

W czasach radzieckich każda republika posiadała swoje „narodowe” studio filmowe. Po rozpadzie ZSRR większość z nich popadła w poważne tarapaty, niektóre nie odbudowały swojej pozycji do dzisiaj. W Rosji przemysł kinematograficzny funkcjonuje na podobnych co przed laty zasadach, choć jego peryferia są zdecydowanie niedoinwestowane. Dlatego tak niewiele obrazów powstaje w poszczególnych okręgach autonomicznych (poza Jakucją). Jednym z nich są „Głębokie rzeki” – dzieło Władimira Bitokowa.

więcej »

American Film Festival 2018 (3)
Jarosław Robak, Konrad Wągrowski

15 XI 2018

W kolejnej edycji relacji z American Film Festival piszemy o „Kokainowym Ricku”, „Zatrzyj ślady” i „Pierwszym reformowanym”.

więcej »

Polecamy

Łabędziot

Z filmu wyjęte:

Łabędziot
— Jarosław Loretz

Zatokaman i wspólnicy
— Jarosław Loretz

Zatokaman
— Jarosław Loretz

Żeby lepiej słyszeć
— Jarosław Loretz

Ostatnia impreza
— Jarosław Loretz

Coś dla gniazdowników
— Jarosław Loretz

Jeszcze o marihuanie...
— Jarosław Loretz

Marihuana to Zło
— Jarosław Loretz

Jezdem opentana
— Jarosław Loretz

Straszliwy sznurek
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Tegoż autora

Wiatraki pokonane!
— Kamil Witek

Pretty in Pink
— Jarosław Robak

Szycie wewnętrzne
— Jarosław Robak

Film o filmie tak złym, że aż dobrym
— Jarosław Robak

One Man Show
— Kamil Witek

Czarująca historia miłosna
— Jarosław Robak

Nie interesuje mnie żaden związek
— Kamil Witek

Remanent filmowy 2017
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Grzegorz Fortuna, Adam Kordaś, Marcin Osuch, Jarosław Robak, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Kuglarskie sztuczki
— Kamil Witek

Ameryka jak wielki park Disneya
— Jarosław Robak

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.