Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 stycznia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Filmy

Magazyn CXCII

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

kinowe (wybrane)

więcej »

dvd i blu-ray

więcej »

Zapowiedzi

kinowe

więcej »

dvd i blu-ray (wybrane)

więcej »

Robert Eggers
‹Lighthouse›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLighthouse
Tytuł oryginalnyThe Lighthouse
Dystrybutor UIP
Data premiery29 listopada 2019
ReżyseriaRobert Eggers
ZdjęciaJarin Blaschke
Scenariusz
ObsadaWillem Dafoe, Robert Pattinson, Valeriia Karaman
MuzykaMark Korven
Rok produkcji2019
Kraj produkcjiKanada, USA
Czas trwania109 min
Gatunekdramat, groza / horror
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Światło wiekuiste
[Robert Eggers „Lighthouse” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Podczas gdy „Czarownica” urzekała czystą stroną wizualną i delikatnymi, choć jeżącymi włos na głowie podtekstami, najnowsze dziecko Eggersa, „Lighthouse”, łupie między oczy surowością rasowego dramatu. Właściwa zabawa zaczyna się jednak dopiero po seansie, gdy nadchodzi czas dopasowywania fabularnych elementów.

Jarosław Loretz

Światło wiekuiste
[Robert Eggers „Lighthouse” - recenzja]

Podczas gdy „Czarownica” urzekała czystą stroną wizualną i delikatnymi, choć jeżącymi włos na głowie podtekstami, najnowsze dziecko Eggersa, „Lighthouse”, łupie między oczy surowością rasowego dramatu. Właściwa zabawa zaczyna się jednak dopiero po seansie, gdy nadchodzi czas dopasowywania fabularnych elementów.

Robert Eggers
‹Lighthouse›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLighthouse
Tytuł oryginalnyThe Lighthouse
Dystrybutor UIP
Data premiery29 listopada 2019
ReżyseriaRobert Eggers
ZdjęciaJarin Blaschke
Scenariusz
ObsadaWillem Dafoe, Robert Pattinson, Valeriia Karaman
MuzykaMark Korven
Rok produkcji2019
Kraj produkcjiKanada, USA
Czas trwania109 min
Gatunekdramat, groza / horror
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Robert Eggers jest reżyserem niepokornym. Za nic ma gatunkowe szufladki, dowolnie mieszając elementy dramatu psychologicznego z horrorem, i to skrojonym wedle XIX-wiecznych zasad. Że robi to jednak z niebywałym wdziękiem, ani sympatycy kina moralnego niepokoju, ani wielbiciele kina grozy, nie maja mu tych mieszanek za złe, co na co dzień jest rzeczą wręcz niewyobrażalną. Wbrew ogólnie przyjętym trendom nie pozwala też sobie na żadne niechlujstwo faktograficzne, bardzo uważnie pilnując tak detalu scenograficznego, jak i sposobu wysławiania się postaci. Decydując się na oglądanie jego filmów możemy być pewni, że to, co zobaczymy, zostało wiernie odtworzone i rzeczywiście będzie odpowiadać epoce, w jakiej osadzono fabułę. Przede wszystkim zaś Eggers wciąż kręci kino swoje, nie cenzurowane pod żadne konkretne kategorie wiekowe, co tak naprawdę – ponieważ oba filmy zostały ometkowane R-ką – wyklucza finansowy sukces na amerykańskim rynku, ale jednocześnie zapewnia kompletność autorskiej wizji. Szkoda by było, gdyby Hollywood wyciągnęło swoje macki po Eggersa…
„Lighthouse”, czyli „Latarnia morska”, to film bardzo surowy w odbiorze. Czarno-biały, ze zbliżonym do kwadratu formatem (1,19:1), ostatni raz stosowanym na szerszą skalę blisko stulecie temu, oszczędny w dialogi, ze szczupłą, dwuosobową obsadą oraz skąpą akcją przytwierdzoną do malutkiej, zagubionej na oceanie skalistej wysepki. Nie oferuje współczesnemu widzowi, przyzwyczajonemu do kolorowych fajerwerków i prostej, szybkiej akcji, żadnych luksusów. Jest jak toporna łódź żaglowa w epoce szybkich, wygodnych motorowców. Ale to właśnie podróż taką łodzią zapewnia niezapomniane wrażenia.
Czerń i biel obrazu, na spółkę z archaicznym formatem, cofają widza do zamierzchłej już epoki kina przedwojennego, ostrzegając, że osadzona w 1890 roku akcja nie będzie rozpieszczała zmysłów ckliwymi widoczkami i feerią barw. Panujący na ogół półmrok, falujący groźnie ocean, rozsypujące się zabudowania i uporczywe nocne buczenie syreny mgłowej wespół z pulsującym na szczycie latarni światłem bez trudu w tym momencie budują posępny klimat, dając grunt pod zasadniczą akcję. Ta zaś została luźno oparta na faktycznych wydarzeniach z 1801 roku, kiedy to dwóch walijskich latarników ze skalistej wysepki Smalls, obu o imieniu Thomas, zostało odciętych od świata sztormem, co skończyło się śmiercią pierwszego i niemalże szaleństwem drugiego. A wtedy na scenę wchodzą Willem Dafoe i Robert Pattinson, spinając swoją wyśmienitą grą aktorską całą tę konstrukcję w jeden, spójny gmach.
Ponieważ Eggers dorzucił do kompletu mnóstwo różnych kulturowych tropów i odniesień, film daje się odczytywać na wielu poziomach. W pierwszej warstwie – tej, którą widz odbiera bezpośrednio, po prostu podążając nicią intrygi – „Lighthouse” objawia się jako rasowy dramat o dwóch latarnikach odciętych na skalistej wyspie. Pierwszy, starszy (Dafoe), pozujący na doświadczonego żeglarza, zaborczo pilnuje dostępu do szczytu latarni. Jest niechlujny, szorstki, zabobonny, lubi zaglądać do kieliszka, a do tego bezwzględnie wymaga wykonywania poleceń, odhaczając sobie w księdze karność i pracowitość podwładnego. Drugi, młodszy (Pattinson), pierwszy raz pracujący przy latarni, zdaje się wycofany i uległy, choć gdzieś w środku nabrzmiewa bunt. Bo to on musi wykonywać najcięższą, najbardziej niewdzięczną robotę, włącznie z czyszczeniem zbiornika z gnijącą wodą i dostarczaniem węgla do infernalnych czeluści pieca, dzięki któremu działa upiorna syrena mgłowa, podczas gdy tamten po prostu siedzi na wieży, generalnie wpatrując się w światło latarni.
Sytuacja nieco się rozluźnia w przeddzień oczekiwanego końca miesięcznej szychty. Wtedy jednak następuje jedna katastrofa za drugą. Najpierw młodszy symbolicznie wypowiada posłuszeństwo i zabija mewę, czego nie wolno mu było czynić ze względu na silnie zakorzeniony u starszego przesąd, że w ptakach siedzą duchy zmarłych żeglarzy. Wiatr momentalnie zmienia kierunek i wyspa zostaje wkrótce osaczona przez ciężki sztorm. Później – znowu symbolicznie – młodszy łamie swoje zasady i daje się namówić na spełnienie toastu wódką, co kończy się całonocnym pijaństwem i otwartą awanturą o światło na wieży. Sztorm rośnie w siłę, wykluczając rychłe przybycie zmienników. Zaraz potem okazuje się, że zamoczeniu uległy zapasy żywności i będzie trzeba zupełnie przerzucić się na dietę wódczaną. No i jeszcze ta sprawa syreny…
Alkohol wyzwala w bohaterach tłamszone dotąd emocje. Starszy, Thomas Wake, którego imię poznajemy dopiero w połowie filmu, zdaje się tęsknić za normalnym uczuciem, którego brak uwiera go od chwili, gdy dla oceanu zostawił kiedyś żonę i dzieci. Młodszy, przedstawiający się zrazu jako Ephraim Winslow, zdradza w końcu prawdziwą przyczynę porzucenia wycinki drzew przy granicy z Kanadą i przyjęcia posady pomocnika latarnika na zapomnianej przez Boga i ludzi wyspie. Wódka jednak wymywa nie tylko brudy z duszy, ale i poluźnia samokontrolę, wiodąc do nieuchronnej konfrontacji.
Obie role są wyśmienicie odegrane. Mroczny, tajemniczy Dafoe ze swadą używa żargonu atlantyckich żeglarzy, z dumą obnosząc się jako strażnik tak światła, jak i wiedzy dotyczącej życia na morzu. Z kolei Pattinson, któremu wypadło posługiwać się farmerskim dialektem z Maine, stopniowo ewoluuje z pokornego robotnika, zamkniętego w sobie i mimo poniżeń wykonującego sumiennie kolejne polecenia – w postać czysto tragiczną, wręcz kipiącą od tłamszonej frustracji, balansującą na krawędzi szaleństwa i obsesyjnie pragnącą dotknąć jedynej zakazanej rzeczy – światła.
Niestety, przy literalnym podejściu do fabuły „Lighthouse” rozczarowuje mocno enigmatycznym, w zasadzie nic nie wyjaśniającym finałem, a także niepewnością co do wątków nadprzyrodzonych, bardziej przynależących do świata rozwijającego się w głowie Ephraima szaleństwa niż do prującej się tkaniny naszej rzeczywistości. Oczywiście mankamenty te nie mają zbyt istotnego wpływu na ogólny odbiór filmu, ale mimo wszystko nie pozwalają uznać obrazu za dzieło wybitne. Chyba że przyjąć, iż historia dwóch samotnych latarników jest tylko sreberkiem, które trzeba rozedrzeć, żeby dostać się do miąższu. Wtedy zaś…
…dochodzimy do momentu, w którym osoby, które nie oglądały filmu i nie chcą sobie psuć jego seansu poznawaniem istotnych dla rozwiązania intrygi detali, powinny przerwać lekturę i wrócić do tekstu po zapoznaniu się z „Lighthouse”.
(wciąż jest czas na przerwanie lektury)
Kluczowe sceny, dające asumpt do dalszych przemyśleń, znajdują się w samej końcówce filmu. Oczywiście i wcześniej trafiają się rozmaite wskazówki i tropy, niekiedy wręcz rozmiarów Czomolungmy, ale to finał determinuje kierunek, w jakim powinny podążać nasze myśli. To finał mówi o tym, że cała historia jest w zasadzie swego rodzaju alegorią. Pro forma więc: Ephraim, a tak naprawdę Thomas Howard, pokonuje swojego przełożonego i – umazany jego krwią – włamuje się wreszcie do komory z lampą latarni. Zbliża się w uniesieniu do światła, sięga doń ręką, po czym z krzykiem odrywa dłoń i stacza się po schodach na sam dół wieży. Ostatnia scena to mewy wydziobujące mu – żywcem – trzewia.
Pierwsza interpretacja, prostsza i zahaczająca o mniej kulturowych tropów, pozwala uznać, że Ephraim trafił na wyspę na sąd nad własną duszą. Trawiony różnymi skrywanymi przewinami, na wszelki wypadek stroniący od rozwiązującego język alkoholu, zostaje poddany próbie, w której nagrodą ma być dostąpienie światła, symbolu odkupienia. Musi jednak na to dostąpienie zasłużyć. Temu służy cała harówka: w deszczu i wichrze, w piekielnych czeluściach kotłowni, w zgniliźnie i zepsuciu, w mozole. Jego starania obserwuje i ocenia latarnik, będący nie tylko strażnikiem światła, ale też przewodnikiem wskazującym drogę odkupienia, a także sędzią, odnotowującym w specjalnej księdze wszelkie uchybienia. Ephraim jest jednak niecierpliwy. Odpracowanie grzechów go męczy i szuka innej, szybszej drogi dotarcia do światła. Ostatnia wieczerza łamie wszelkie bariery. Ephraim daje się odwieść z właściwej drogi i – łamiąc przykazania kodeksu latarników, wyznaczającego prostą ścieżkę postępowania – sięga po alkohol i zaprzedaje duszę pragnieniu dotknięcia zakazanego światła. Nie ma już pracy nad sobą, nie ma próby odkupienia win. Jest gorączkowa masturbacja, libacje, wzrastająca agresja. W końcu podnosi dłoń na boskiego strażnika i sięga – nieczysty tak duszą, jak i ciałem – po światło. Co kończy się jego ostatecznym upadkiem i wydaniem na mękę. Bo dla grzeszników miejsca w niebie, w blasku wiekuistej światłości, nie ma.
Otwartym pozostaje kwestia, czy jest to klasyczny osąd i wkrótce na wyspie pojawi się kolejny nieszczęśnik, podczas gdy dusza Ephraima dołączy – jako potępiona na wieczność mewa – do czeredy krążących nad wyspą ptaszysk, czy też raczej jest to forma czyśćca i bohater będzie tu wracał raz za razem, bezskutecznie usiłując sięgnąć po niedostępny dlań blask.
Druga interpretacja, mitologiczna, o tyle bliższa zamierzonej, że reżyser rozsiał jasne odnośniki nawet w dialogach, mówi o starciu Prometeusza z Proteuszem. Proteusz-Thomas, strażnik boskiej wiedzy, zamieszkujący według starożytnych wyspę Faros, na której tysiąclecia temu znajdowała się słynna latarnia morska, niechętnie dzieli się mądrością. Potrafi zmieniać kształt (być może tak się dzieje w bliskości światła latarni), doskonale czuje się na morzu (w końcu porzucił rodzinę dla oceanicznej tułaczki) i posiada wgląd w przyszłość (zakazał zabicia mewy). Jedynym jego zajęciem jest pilnowanie świętego ognia (światła) oraz wiedzy (dziennika). W końcu jest bogiem, a bogów należy czcić (czyli wykonywać bez szemrania i zwłoki polecenia), a nie czegokolwiek od nich wymagać. Prometeusz-Ephraim zaś – wykonujący wszelkie prace, których przecież wedle mitologii uczył ludzi – jest wciąż wpatrzony w zakazane światło, w boski ogień, który go nieustannie nęci i przyciąga. Gdy wreszcie decyduje się bluźnierczo podnieść rękę na strażnika i włamać do komnaty z lampą latarni, symbolizującej zamknięty dla śmiertelników szczyt Olimpu, boleśnie przekonuje się, że boska moc przerasta jego pojęcie. Że w najmniejszym stopniu nie był przygotowany do obcowania z nią. Porażony blaskiem, strącony z powrotem na ziemię, kończy na skale, z mewą wyjadającą mu wątrobę. Mewą, której nazwa angielska (seagull) jest łudząco podobna w wymowie do tej, jaką określa się orła (eagle). A w oryginalnym micie to właśnie orzeł żarł Prometeuszowi wątrobę.
Istnieją i inne drogi rozgryzania znaczenia fabuły. Na przykład oparte na kontekście seksualnym – z latarnią-fallusem i strzegącym jej patriarchalnym latarnikiem, który jako głowa domu rozdaje zadania pomocnikowi od prac przyziemnych. Pomocnikowi, który tak naprawdę ma osłodzić mu pobyt na wyspie. Zresztą z czasem relacje obu mężczyzn mocno się komplikują, w pewnym momencie niemalże doprowadzając do cielesnego zbliżenia. A przecież obok tego jest jeszcze seksualna fascynacją światłem u latarnika i podobnie seksualne zauroczenie figurką syreny u pomocnika.
Dopiero gdy złączyć warstwę podstawową, fabularną, z warstwami interpretacyjnymi, pozwalającymi odczytać opowieść na wiele sposobów, otrzymujemy ostateczny obraz filmu. Filmu, który będzie dłuższą chwilę chodził za nami i wywoływał z pamięci rozmaite mocno symboliczne sceny, których inspiracyjne źródło będzie leżało bądź w ogólnej twórczości szeregu pisarzy czy reżyserów (Lovecraft, Hitchcock, Bergman), bądź wręcz w jednostkowych dziełach („Hipnoza” Saschy Schneidera).
To prawda, „Czarownica” była filmem wizualnie czystszym, bardziej przyjaznym dla przeciętnego widza. Owszem, także proponowała niepokojące warstwy interpretacyjne i chwilami wręcz szokowała podejściem do pewnych spraw, ale przy niej „Lighthouse” jest jak cios obuchem w głowę. Chropawy, posępny, brudny (również w odniesieniu do seksu), potrafi wryć się w pamięć równie mocno jak „Czarownica” – tyle że nie tempem opowieści, a jej wieloznacznością. Jej ogromną pojemnością interpretacyjną. Z niecierpliwością czekam na następny film Eggersa.
koniec
14 stycznia 2020

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Klasyka kina radzieckiego: Za dorosłość płaci się wysoką cenę
Sebastian Chosiński

22 I 2020

Przyglądając się polskiej kinematografii czasów PRL-u, okazuje się, że – w porównaniu z naszymi wschodnimi sąsiadami – mieliśmy ogromny problem w przedstawianiu miłosnych perypetii nastolatków. Że w Związku Radzieckim w latach 60. i 70. XX wieku powstało całkiem sporo filmów, które potrafiły mówić o tym nadzwyczaj poważnie i bez trywializowanie. Czego przykładem melodramat Pawła Liubimowa „Szkolny walc”.

więcej »

Krótko o serialach: For All Mankind odc.8: Są rzeczy ważniejsze niż Księżyc
Marcin Osuch

21 I 2020

W poprzednim odcinku bohaterowie serialu zostali w sytuacji praktycznie bez wyjścia. Od strony intrygi było to zrobione bardzo sprawnie. Twórcy kontynuują tę dobrą passę w ósmym epizodzie zatytułowanym „Rozłam”.

więcej »

Zderzenie wizji i osobowości
Marcin Mroziuk

20 I 2020

Cóż z tego, że „Dwóch papieży” ogląda się z przyjemnością, skoro po skończonym seansie okazuje się, że z filmu tego naprawdę niewiele nowego można dowiedzieć się o Benedykcie XVI czy Franciszku i w zasadzie nie do końca wiadomo, po co on w ogóle powstał.

więcej »

Polecamy

Alejandro González Iñárritu. Amores perros.

Do sedna:

Alejandro González Iñárritu. Amores perros.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky „mother!”
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Noe: Wybrany przez Boga
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Czarny łabędź.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Zapaśnik.
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Źródło
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Requiem dla snu
— Marcin Knyszyński

Darren Aronofsky. Pi
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Gdy demony rosną w siłę
— Jarosław Loretz

Tegoż autora

Pół-wampiry i pół-Niemcy
— Jarosław Loretz

Kiedy rozum śpi, budzą się upiory
— Jarosław Loretz

Niania średnio tania
— Jarosław Loretz

Klasyka gryziona po kostkach
— Jarosław Loretz

Wizyta w raju. Ponoć.
— Jarosław Loretz

Bazarki z kosmosu
— Jarosław Loretz

Międzygwiezdne czułości
— Jarosław Loretz

Święto zmarłych na ckliwie
— Jarosław Loretz

Brudne szpony bioenergoterapeutów
— Jarosław Loretz

Kwestia zaufonia
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.