Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 9 kwietnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Stanisław Rostocki
‹Biały Bim Czarne Ucho›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBiały Bim Czarne Ucho
Tytuł oryginalnyБелый Бим Черное ухо
ReżyseriaStanisław Rostocki
ZdjęciaWiaczesław Szumski
Scenariusz
ObsadaWiaczesław Tichonow, Iwan Ryżow, Walentina Władimirowa, Maria Skworcowa, Michaił Dadyko, Irina Szewczuk, Michaił Zimin, Wasilij Worobjow, Anna Rybnikowa, Siergiej Szewliakow, Rimma Manukowska, Giennadij Koczkożarow, Raisa Riazanowa, Anatolij Barancew, Witalij Leonow, Aleksiej Czernow
MuzykaAndriej Pietrow
Rok produkcji1976
Kraj produkcjiZSRR
Czas trwania183 min
Gatunekdramat, obyczajowy
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Klasyka kina radzieckiego: Człowiek – psu – wilkiem!
[Stanisław Rostocki „Biały Bim Czarne Ucho” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Znam przynajmniej kilka przepięknych filmów o przyjaźni człowieka ze zwierzęciem. Ale ten, radziecki obraz Stanisława Rostockiego sprzed ponad czterdziestu lat, jest chyba najwspanialszy. Najbardziej wzruszający i wyciskający łzy. W największym stopniu skłaniający do refleksji. I dzięki temu również najaktualniejszy. Choć nazywa się tak niepozornie – „Biały Bim Czarne Ucho”.

Sebastian Chosiński

Klasyka kina radzieckiego: Człowiek – psu – wilkiem!
[Stanisław Rostocki „Biały Bim Czarne Ucho” - recenzja]

Znam przynajmniej kilka przepięknych filmów o przyjaźni człowieka ze zwierzęciem. Ale ten, radziecki obraz Stanisława Rostockiego sprzed ponad czterdziestu lat, jest chyba najwspanialszy. Najbardziej wzruszający i wyciskający łzy. W największym stopniu skłaniający do refleksji. I dzięki temu również najaktualniejszy. Choć nazywa się tak niepozornie – „Biały Bim Czarne Ucho”.

Stanisław Rostocki
‹Biały Bim Czarne Ucho›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBiały Bim Czarne Ucho
Tytuł oryginalnyБелый Бим Черное ухо
ReżyseriaStanisław Rostocki
ZdjęciaWiaczesław Szumski
Scenariusz
ObsadaWiaczesław Tichonow, Iwan Ryżow, Walentina Władimirowa, Maria Skworcowa, Michaił Dadyko, Irina Szewczuk, Michaił Zimin, Wasilij Worobjow, Anna Rybnikowa, Siergiej Szewliakow, Rimma Manukowska, Giennadij Koczkożarow, Raisa Riazanowa, Anatolij Barancew, Witalij Leonow, Aleksiej Czernow
MuzykaAndriej Pietrow
Rok produkcji1976
Kraj produkcjiZSRR
Czas trwania183 min
Gatunekdramat, obyczajowy
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
To nie jest przypadek, że w 1979 roku „Biały Bim Czarne Ucho” otrzymał nominację do Oscara w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny”. I chociaż statuetki ostatecznie nie zdobył, zyskał popularność na całym świecie. Dochodził do niej dość długo, bo przecież nakręcono go 1976 roku, uroczysta premiera w Kraju Rad odbyła się 15 września roku następnego, po kolejnych dwunastu miesiącach trafił do dystrybucji w Polsce. Wtedy też zaprezentowano go w innych krajach poza Związkiem Radzieckim; również na festiwalach filmowych, jak chociażby w Karlowych Warach (ówczesna Czechosłowacja), gdzie zapracował na Kryształowego Globusa. Jego twórca – Stanisław Iosifowicz Rostocki (1922-2001) – nie był już wtedy reżyserem anonimowym; miał wyrobioną markę nie tylko w ojczyźnie. Urodził się w nadwołżańskim Rybińsku, w rodzinie o korzeniach polskich i francuskich; ojciec był lekarzem, a matka modystką. Kinem zainteresował się jeszcze jako dziecko, po obejrzeniu znanego w całym świecie arcydzieła Siergieja Eisensteina „Pancernik Potiomkin” (1925). Kierując się jego wskazówkami, że tylko oczytany i świetnie wykształcony człowiek może zostać dobrym reżyserem, postanowił podjąć naukę w Moskiewskim Instytucie Filozofii i Literatury.
Miał wtedy siedemnaście lat; niespełna rok później wybuchła Wielka Wojna Ojczyźniana. W lutym 1942 roku Stanisław Iosifowicz został wcielony do Armii Czerwonej i wysłany na front, gdzie spędził dwa lata. Po odniesieniu ciężkich ran przez pół roku tułał się po szpitalach. Kiedy zdecydowano się odesłać go do cywila, otrzymał zaświadczenie o inwalidztwie drugiej grupy (frontowe rany doskwierały mu do końca życia). Nie użalał się jednak nad sobą i natychmiast wrócił do nauki, tym razem już powędrował prosto do Wszechzwiązkowego Państwowego Instytutu Kinematografii (WGIK) – na wydział reżyserski. Ukończył go w 1952 roku i otrzymał nakaz pracy w mieszczącej się w Moskwie Wytwórni Filmowej imienia Maksima Gorkiego, której zresztą pozostał wierny do ostatnich swych dni spędzonych w zawodzie. Jego dyplomowa krótkometrażówka zatytułowana „Drogi” (1952) nie spotkała się jednak z uznaniem radzieckiej cenzury i na kilka lat wylądowała na półce. Lepiej poradził sobie debiutancki pełnometrażowy komediodramat „Ziemia i ludzie” (1955), który powstał na podstawie satyrycznych opowiadań Gawriiła Nikołajewicza Trojepolskiego (zapamiętajcie to nazwisko!).
Dwa lata później Rostocki nakręcił głośny w ZSRR melodramat „Dwie rywalki”, w którym jedną z głównych ról zagrał Wiaczesław Wasiljewicz Tichonow (jego także zapamiętajcie!) – artysta ten pojawi się jeszcze w czterech innych dziełach Stanisława Iosifowicza, aż wreszcie stanie się bohaterem jego pełnometrażowego dokumentu „Zawód: aktor” (1979). Do niego jednak jeszcze droga daleka. Po zyskaniu popularności Rostocki idzie za ciosem i kręci kolejne filmy. Są to: wojenne „Gwiazdy majowe” (1959) i „Dom na rozstajach” (1962), dwuczęściowy historyczny, oparty na powieści Michaiła Lermontowa, „Bohater naszych czasów” (1965-1967), dramat „Dożyjemy do poniedziałku” (1968) oraz pierwszy z dwóch filmów, które unieśmiertelnią reżysera – monumentalne jeśli chodzi o czas trwania, ale kameralne w formie „Tak tu cicho o zmierzchu” (1972). Adaptacja niewielkiej objętościowo powieści Borisa Wasiljewa przynosi Stanisławowi Iosifowiczowi pierwszą w karierzę nominację do Oscara i dziesiątki innych nagród. Można więc sobie wyborazić, jaką czuł presję, przystępując do pracy nad kolejnym obrazem. Bo nie miał to już być zwykły film średnio rozpoznawalnego w świecie autora, ale TEGO Rostockiego. Prace trwały długo – cztery lata! – lecz przyniosły zadziwiający efekt w postaci dramatu obyczajowego „Biały Bim Czarne Ucho”.
Szukając inspiracji, Stanisław Iosifowicz ponownie sięgnął po literaturę i po raz drugi w karierze wykorzystał prozę Trojepolskiego (1905-1995). Gawriił Nikołajewicz był nie tylko prozaikiem, ale także publicystą, satyrykiem, dramaturgiem, rzadziej pisał scenariusze filmowe (w tym przypadku wyręczył go sam reżyser). Zadebiutował w pamiętnym z Wielkiej Czystki 1937 roku, powieść „Biały Bim Czarne Ucho” ukazała się trzydzieści cztery lata później – i z miejsca podbiła serca czytelników. W tym również Rostockiego i Tichonowa, który zgodził się zagrać główną rolę w obrazie Stanisława Iosifowicza po raz piąty. Ale też trudno się dziwić. Nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek aktor o zacięciu dramatycznym – wypisz, wymaluj Wiaczesław Wasiljewicz! – po przeczytaniu scenariusza nie uznał, że jest to dzieło, które naprawdę dobrze rokuje. Zdjęcia kręcono w położonej na południowy-zachód od Moskwy (do trzech godzin drogi pociągiem w połowie lat 70. ubiegłego wieku) Kałudze nad rzeką Oką. Po premierze do kin na „Białego Bima…” udało się ponad dwadzieścia trzy miliony widzów. Którzy mieli pełną świadomość tego, że będą musieli spędzić – w niekoniecznie komfortowych warunkach – bite trzy godziny. Kolejne miliony poznały obraz trzy lata później, kiedy pokazano go – podzielony na dwie części, dwa dni pod rząd (tuż przed końcem wakacji) – w telewizji centralnej, a więc emitowanej na cały, jakże rozległy kraj.
Tichonow wcielił się tutaj w Iwana Iwanowicza, wojennego weterana, którego los nie oszczędzał. Pamiątką po chwalebnych czasach walki z faszystami są odłamki w ciele, które – jak w prawdziwym życiu reżyserowi filmu – rujnują mu zdrowie. Cztery lata wcześniej w górach zginął jego syn (jedyne dziecko), a rok później – możemy domyślać się, że z rozpaczy po stracie dziecka – zmarła żona. Pozostając samemu w czterech ścianach (jest już bowiem emerytem), poświęca czas pisaniu – od czasu do czasu coś mu nawet w lokalnej prasie wydrukują, ale na sławę i zaszczyty nie ma co liczyć. Kolejne dni są więc wszystkie takie same – puste i bezsensowne. Zmienia się to, gdy pewnego dnia znajomy myśliwy, któremu oszczeniła się suczka setera szkockiego, proponuje mu rasowego szczeniaczka. Iwan Iwanowicz ma do wyboru trzy, ale ostatecznie decyduje się na… czwartego – wyrodka, albinosa, którego myśliwy postanowił pozbyć się, bo przecież z takim wyglądem żaden związek kynologiczny ani myśliwski nie wystawi mu certyfikatu psa łowieckiego. Starszy mężczyzna, ujęty losem Bima, postanawia go przygarnąć i tym samym uratować od tragicznego końca. To początek ich wielkiej przyjaźni, a pewnie i nawet miłości – bezinteresownej i partnerskiej.
Iwan Iwanowicz szkoli Bima na psa myśliwskiego; wyprawia się z nim do lasu i poluje. Ale to są bezkrwawe polowania; chodzi tylko o to, aby seter nie stracił instynktu. By, kiedy przyjdzie mu już zdawać egzamin, spisał się, najlepiej jak potrafi. Ale komisja nie chce go nawet dopuścić do egzaminu z uwagi na nietypowe umaszczenie – Bim jest cały biały, tylko jedno ucho ma, jak podpowiada tytuł filmu, czarne. Właściciel czworonoga jest rozczarowany, lecz pies zdaje się nic sobie z tego nie robić. Jest u boku Iwana Iwanowicza równie szczęśliwy jak wcześniej. Jego spokojny świat zamienia się w gruzy, kiedy ciężka choroba sprawia, że emeryt zostaje zabrany do szpitala – najpierw w rodzinnej miejscowości, następnie przetransportowany do specjalistycznej kliniki w Moskwie. Jego stan jest nadzwyczaj ciężki, konieczna staje się operacja, a później wielomiesięczna rehabilitacja. Bim, pozostawiony sam w mieszkaniu, trafia na łaskę bądź niełaskę ludzi. Opiekuje się nim sąsiadka-starowinka Stiepanowna, lecz sama jest schorowana i nie może chodzić na długie spacery, jakie potrzebne są Bimowi. Podobnie jej wnuczka Lusia. Wypuszczają więc setera w ciągu dnia z domu, licząc na to, że na noc sam wróci. On w tym czasie rozpaczliwie poszukuje swego najbliższego ludzkiego przyjaciela, niejenokrotnie narażając się przy tym na niebezpieczeństwo.
Po sielankowej części pierwszej filmu następuje druga, znacznie bardziej dramatyczna i wzruszająca, chwytająca za serce i wyciskająca łzy. Bim w czasie swych poszukiwań trafia na ludzi dobrych i życzliwych (jak moskwianka Dasza, która odbywa staż w miejscowym archiwum, czy mieszkający na wsi Alosza i jego ojciec, wreszcie wzruszony losem czworonoga uczeń Tolik), nie brakuje też jednak ludzi okrutnych i nienawistnych, którzy najzupełniej bezinteresownie gotowi są wbić – nie tylko zrozpaczonemu psu, ale każdemu – „nóż w plecy” (przede wszystkim sąsiadka Iwana Iwanowicza, ale też emeryt, który kradnie wałęsające się po ulicach psy, czy myśliwy-alkoholik, który pożycza Bima od ojca Aloszy, ba! nawet dbająca na każdym kroku o czystość w mieszkaniu matka Tolika). Biednemu seterowi nic nie zostaje oszczędzone – doświadcza przemocy i upokorzeń, głodu i zimna, a mimo to wciąż potężny jest w nim imperatyw, by wrócić do domu, odnaleźć przyjaciela. Można oczywiście „Białego Bima…” rozpatrywać jedynie w kategorii ciekawostki, kolejnego filmu o przyjaźni człowieka ze zwierzęciem, ale obraz Rostockiego wyniósł to dzieło na znacznie wyższy poziom, czyniąc z niego również – przedstawioną w formie artystycznej – rozprawę socjologiczną na temat kondycji współczesnego człowieka.
Bo choć od premiery filmu minęły ponad cztery dekady, tak naprawdę niewiele zmieniło się w naszym podejściu do tych, których z łatwością określamy piętnującym mianem „innych”, wykluczonych, nieprzystających do naszej rzeczywistości. Obojętnie czy chodzi o człowieka, czy zwierzę. Od tamtej pory wcale nie przybyło tych dobrych, raczej obrodziło – idąc tropem wskazanym przez twórców „Białego Bima…” – wrednymi sąsiadkami i niedowartościowanymi starcami (chociaż tak naprawdę to wcale nie jest kwestia płci czy wieku), których jedynym celem jest uprzykrzanie życia innym. Którym trosk przecież i tak nie brakuje. Obraz Stanisława Iosifowicza to jednak również pean pod adresem ludzi dobrej woli. Nie jest ich może, jak(by) życzył sobie tego Czesław Niemen, więcej, lecz bez nich świat byłby jeszcze gorszym miejscem, niż jest w rzeczywistości. Co ciekawe, adaptacja prozy Gawriiła Trojepolskiego pozbawiona jest elementów propagandowych. Owszem, pojawiają się obrazki z codziennego życia człowieka radzieckiego, ale one jedynie odwzorowują realność – nie mają charakteru indoktrynacyjnego. Z perspektywy czasu stanowią raczej smaczek, pozwalający spojrzeć w przeszłość, przyjrzeć się światu, który już nie istnieje (przynajmniej w sferze politycznej, bo z mentalną jest już znacznie gorzej).
Jak wspomniałem już wcześniej, w główną postać Iwana Iwanowicza wcielił się Wiaczesław Tichonow (1926-2009), jedna z największych gwiazd kina radzieckiego („Siedemnaście mgnień wiosny”, „Wojna i pokój”, „Oni walczyli za Ojczyznę”). Pawła Rydajewa, przewodniczącego komitetu blokowego, zagrał Iwan Ryżow (1913-2004), którego kariera filmowa trwała nieprzerwanie przez kilkadziesiąt lat („Kalina czerwona”, „Romanca o zakochanych”); wredną sąsiadkę, która wydatnie wpływa na nieszczęsny los Bima – Walentina Władimirowa („Lecą żurawie”, „Cudze listy”), natomiast starowinkę Stiepanowną – Maria Skworcowa („Wieczory na chutorze w pobliżu Dikańki. Noc wigilijna”, „Samolot w płomieniach”). Studentka / stażystka Dasza ma twarz młodziutkiej Iriny Szewczuk („Tak tu cicho o zmierzchu”), a nieczuły, przynajmniej do pewnego momentu, ojciec Tolika – Michaiła Zimina („Moskwa nie wierzy łzom”); niewdzięczna rola złodzieja psów przypadła z kolei Michaiłowi Dadyce („Ballada o żołnierzu”). Za zdjęcia odpowiadał Wiaczesław Szumski, który w ciągu ćwierćwiecza współpracował z Rostockim przy siedmiu filmach, jednych z najlepszych w swojej operatorskiej karierze. Zapadająca w pamięć ścieżka dźwiękowa wyszła natomiast spod ręki niezwykle popularnego w latach 70. i 80. XX wieku kompozytora Andrieja Pietrowa („Biurowy romans”, „Jesienny maraton”, „Garaż”, „Dworzec dla dwojga”, „Gorzki romans”). Po „Białym Bimie…” Stanisław Iosifowicz Rostocki nakręcił jeszcze trzy pełnometrażowe fabuły: do spółki z Nikitą Chubowem opowiadający o wojnie rosyjsko-francuskiej 1812 roku „Szwadron latających huzarów” (1980), z pomocą Knuta Andersena i w koprodukcji z Norwegami historyczny „I drzewa rosną na kamieniach” (1985), wreszcie oparty na powieści Borisa Możajewa dramat psychologiczny „Z życia Fiodora Kuźkina” (1989). Reżyser zmarł w dramatycznych okolicznościach. 10 sierpnia 2001 roku jechał na festiwal filmowy do Wyborga, za kierownicą samochodu doznał ataku serca. Zdążono jeszcze przewieźć go do szpitala.
koniec
25 marca 2020

Komentarze

26 III 2020   17:31:15

Potwierdzam piękny film.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Klasyka kina radzieckiego: „Kto boi się śmierci…”
Sebastian Chosiński

8 IV 2020

Zastanawiam się, czy dzisiaj – gdy w konstytucji mamy wpisany zakaz propagowania ustroju komunistycznego (jako przejawu totalitaryzmu) – mógłby zostać zaprezentowany w telewizji jeden z najsłynniejszych powojennych obrazów Julija Rajzmana. Przedstawia on przecież mit o „dobrym komuniście” – człowieku prostym, ale uczciwym, niewykształconym, lecz marzącym o świetlanej przyszłości chłopów i robotników. W Polsce Ludowej wyświetlano go pod tytułem „Niezłomny”…

więcej »

Zaraza, odc. 5: Boże, czemu nas opuściłeś?
Marcin Mroziuk

7 IV 2020

W piątym odcinku „Zarazy” na pierwszy plan wybija się wreszcie Valerio Huertas, którego czekają teraz wyjątkowo trudne chwile, ale na znaczeniu zyskuje też Luis de Zúñiga, a ponadto sporo emocji dostarcza nam dochodzenie prowadzone przez Mateo. Widzowie z pewnością więc nie będą narzekać na nudę.

więcej »

Spiesz się powoli!
Sebastian Chosiński

6 IV 2020

Brian De Palma nikomu już nic nie musi udowadniać. Ma już niemal osiemdziesiąt lat na karku i nakręcił wystarczająco dużo arcydzieł, aby zajmować poczesne miejsce w panteonie najwybitniejszych reżyserów XX wieku. Właśnie, XX, bo w XXI radzi już sobie znacznie gorzej. Oparty na scenariuszu Norwega Pettera Skavlana thriller „Domino” nie pozwala, niestety, zmienić tego zdania.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.