Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 9 kwietnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Świńska rura, a nie Ryś
[Stanisław Tym „Ryś” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Ryś” – bo zasada jest taka, że w zajawce recenzji musi paść tytuł filmu. Ręce opadają – bo dobrze, jeśli w tejże zajawce znajdzie się sugestia, jak został oceniony.

Marcin T.P. Łuczyński

Świńska rura, a nie Ryś
[Stanisław Tym „Ryś” - recenzja]

„Ryś” – bo zasada jest taka, że w zajawce recenzji musi paść tytuł filmu. Ręce opadają – bo dobrze, jeśli w tejże zajawce znajdzie się sugestia, jak został oceniony.
Wyszukaj / Kup
„Miećka, patrz. O, widzisz? To jest Honduras, o, taki malutki. Eeee, ja wiedziałem, że tak ze wszystkim to się pod niego podwiesić nie można.”
Stanisław Anioł, „Alternatywy 4”
Z kontynuacjami filmowych dzieł bywa, jak powszechnie wiadomo, rozmaicie. Seria „Rocky’ego” (część ostatnia, świeżutka, na dniach będzie w kinach), „Samych swoich” (osobiście należę do bardzo, ale to bardzo nielicznego grona tych, którzy trzecią z kolei część opowieści o Kargulu i Pawlaku oceniają najwyżej, jako tę najśmieszniejszą i najmądrzejszą), drugi sezon „Twin Peaks” (wybłagany u reżysera przez zachwyconych widzów – ewenement!) czy w końcu „Domu”, jednego z najlepszych polskich seriali – to nieliczne przykłady kontynuacji wyjątkowo trafionych. Na te spartolone jest urodzaj („Nieśmiertelny”, żeby daleko nie szukać), bo też albo podejmują wątek akurat tam, gdzie pomysł w zasadzie się wyczerpał, albo są kręcone, mimo że ich twórcom brak bożej iskry.
Reguły nie ma, zamiast tego jest statystyka – dla opisywanych wyżej przedsięwzięć dość bezlitosna. Najczęściej ktoś, kto rozwija dalej fabułę jakiegoś popularnego ongiś filmu czy serialu, wiesza sobie u szyi młyński kamień, by zaraz potem zmierzać na głębinę. Co zabawne, czyni to z własnej woli, zwykle w pogoni za brzęczącym bilonem (ciekawość, jak mu wyszło i jak rzecz wygląda w porównaniu z oryginałem potrafi mocno zwiększyć frekwencję). Niemałą rolę odgrywa też zapewne pokusa ogrzania się w blasku sławy kogoś, kto znalazł trwałe miejsce w historii kina, pozostawiając w swoim dorobku kultowe postacie, błyskotliwe, wciąż pamiętane dialogi czy bon moty goszczące już na dobre w języku potocznym. Kogoś, kto zyskał nieznające pokoleniowych granic rzesze wielbicieli. Bywa owa pokusa tyleż silna, co często katastrofalna w skutkach, gdy się jej ulegnie.
A jednak tych, którzy ulegają, nie brakuje. „Jak powiedział Sofronow”, od czasu do czasu ktoś się próbuje pod jakiegoś wybitnego twórcę podwiesić. Dla mnie, jako widza, czytelnika, słuchacza, jako odbiorcy i konsumenta czyjejś twórczości, jest to jedyna rzecz irytująca bardziej, niż zmarnowany czas na przedzieranie się przez dzieła nieudane.
• • •
Po tak sformułowanym wstępie Czytelnik, któremu dość dwie słowie, w lot załapie, jakież to pretensje żywię wobec twórcy „Rysia”, filmu określanego tuż przed premierą mianem „najbardziej wyczekiwanego filmu roku”. Wyreżyserował go Stanisław Tym, publicysta, satyryk i nierozerwalnie złączony z obrazami Stanisława Barei aktor, a jego dzieło to osadzona w realiach współczesnej Polski kontynuacja kultowego – chociaż to określenie troszkę już dziś zalatuje sztampą, trudno tutaj o lepsze – filmu Mistrza pt. „Miś”.
Perełka humoru „Rysia” – Ryś przebrany za Rysia. Ha ha.
Perełka humoru „Rysia” – Ryś przebrany za Rysia. Ha ha.
Dla czystej formalności muszę to zdanie teraz napisać: Stanisław Bareja – o czym wie każdy, kto wie cokolwiek na temat polskiego kina – to człowiek legenda. Wybitny portrecista Polaków doby PRL-u, wnikliwy podpatrywacz, karykaturzysta, którego mistrzostwo polegało na tym, że potrafił wyśmiać bez jadu. Niedostatki warsztatu i błędy dostrzegane w jego filmach przez fachowców, tudzież skromne środki, jakie miał do dyspozycji, skutkujące choćby topornymi często dekoracjami, w najmniejszym stopniu nie wpływają na odbiór jego twórczości, nawet po latach, gdy pamięć o bezsensie i upiorności PRL-u blaknie. Świetne pomysły fabularne pozwalające poupychać w nie wyraziste postacie, znakomite, skrzące się od humoru dialogi, wreszcie koncertowe wprost kreacje dobrze obsadzonych aktorów potrafiły uczynić w jego filmach rzecz niezwykłą i piekielnie trudną do osiągnięcia – pozostawić nieusuwalny ślad nie tylko w pamięci kolejnych pokoleń widzów, ale i w ich codziennym języku. Wyczyn ten udało się powtórzyć chyba tylko Juliuszowi Machulskiemu w jego „Seksmisji” (też dzięki kapitalnym dialogom i trafionej w dziesiątkę obsadzie). Nie zginąć, nie przegrać sromotnie, nie zniknąć w cieniu takiego twórcy, miałby szanse wyłącznie ktoś naprawdę wybitny, kto zaoferowałby nie tylko tej klasy dowcip, ale – a może nade wszystko – podobnego kalibru przenikliwość obserwacji i formułowania jakichś syntetycznych ocen, celnie następnie przekutych na filmowy obraz.
• • •
W piątym numerze miesięcznika „Niezależna Gazeta Polska” z 7 lipca 2006 roku Rafał A. Ziemkiewicz opublikował tekst „Panie Tym, odpuść pan!”, który dziś, post factum można w zasadzie uznać za proroczy (nawet jeśli przewidywanie, że kontynuację „Misia” niewielu polskich reżyserów da radę udźwignąć, trudno uznać za przesadnie przenikliwe). Warto zacytować kilka fragmentów:
„[…] Stanisław Tym, choć formalnie był współautorem sławnego filmu Barei, […] kompletnie nie rozumie, w czym wziął wtedy udział. […] Najwyraźniej sądzi, że sprawa jest łatwa. Obsadzi prezesa Ochódzkiego w nowej rzeczywistości – sądząc po felietonach pisanych dla »Rzeczpospolitej«, pewnie uczyni go zwolennikiem Radia Maryja i Kaczyńskich – wymyśli parę grepsów, parę gagów, i jakoś to pójdzie. […] Wielkość »Misia«, wbrew temu, co się w kółko o tym filmie powtarza – i sam Tym żywi chyba to samo przekonanie – nie bierze się z wykpiwania »absurdów Peerelu«. Nie chodzi o to, że w knajpie sztućce i talerze są przytwierdzone do stołów, że baba w kiosku sprzedaje spod lady mięso, z każdego kranu płynie rdzawa breja, a rozbezczelnieni robole zamiast pracować, domagają się, by im stawiać gorzałę. To tło. Tym, co w »Misiu« – i wcześniejszym »Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz« – najważniejsze, jest obraz społeczeństwa, które, poddane totalnemu kłamstwu, oddychające tym kłamstwem, zatrute nim, kupiło je i uznało za regułę rządzącą światem. […] I jeśli potrafimy patrzeć, nagle dostrzegamy syntezę socjalizmu, jakiej nie stworzył bodaj nikt. Portret tej chorej, zbrodniczej ideologii, pokazanej w jej codziennych ofiarach. Widzimy Polskę, do imentu – pardon – skurwioną, ześwinioną, załganą, przepychającą się jak stado świń u półpustego koryta, widzimy ludzi zdegenerowanych i zdeformowanych życiem w paskudztwie Peerelu, i w tych ludziach widzimy samą istność realnego socjalizmu […] Co najniezwyklejsze – widzimy to wszystko pokazane bez odrobiny żółci, bez pogardy dla ześwinionych ludzi, wręcz z miłością dla nich.”
Twórcy, w przypływie proroczych zdolności, potrafili przewidzieć nastrój widzów…
Twórcy, w przypływie proroczych zdolności, potrafili przewidzieć nastrój widzów…
Stanisław Lem miał takie powiedzonko: „Ludzie książek nie czytają. A jeśli nawet czytają, to ich nie rozumieją. A jeśli nawet rozumieją, to szybko zapominają.” Cóż, Stanisław Tym przytoczonego wyżej tekstu nie przeczytał. A jeśli nawet przeczytał, nie przekonał go on do rezygnacji z zamiarów. A jeśli nawet przekonał, to szybko mu wahania przeszły, a ochota wróciła. Szkoda. Nikt by mu przecież nie bronił zrobić jakiejś komedii o dzisiejszej Polsce i Polakach, wykpić do woli ugrupowanie polityczne, którego nie darzy sympatią, albo polityków w ogóle, ponatrząsać się z moherów, z tych, co to powinni spadać na księżyc, z policji ścigającej wulgarnych meneli – z czego i z kogo by tylko panu Tymowi nabijać się przyszło do głowy. Tylko dlaczego nie mógł tego zrobić od początku do końca na zupełnie własny rachunek, bez angażowania w swoje pomysły postaci znanych z innych filmów? Dlaczego nawet tytuł musiał dać taki, że się każdemu kojarzy?
Głupie pytania. Chyba równie głupie, jak zastanawianie się, ilu ludzi by poszło na Tyma do kina, gdyby nie stał za nim nimb kultowej komedii.
• • •
Gdy wreszcie przeszła mi po projekcji złość, że się w ogóle na ten film wybrałem, zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie dostrzegłem w nim niczego, co zobaczyli inni krytycy, tak dobrze oceniający nowy produkt polskiej kinematografii (w końcu to właśnie ich głosy przekonały mnie, by mimo sceptycyzmu wybrać się na seans). I jako żywo nie potrafię wymyślić innego powodu niż taki, że tych rzeczy tam po prostu nie ma. Nie jest ten film śmieszny (wyłączywszy dosłownie dwa, trzy gagi), nie sposób też doszukać się w nim jakichś celnych konstatacji, które coś ciekawego mówiłyby o współczesnej polskiej rzeczywistości (tutaj kłania się chociażby „Wesele” Smarzowskiego, mimo zgrzytów warsztatowych po prostu fenomenalny, choć mocno przerysowany obraz o tym właśnie).
Fabuła „Rysia” jest dosyć prosta, bo to w zasadzie karykatura „Misia” i „Rozmów kontrolowanych”. Tam prezes Ochódzki próbował się dobrać do pieniędzy leżących na koncie w Londynie, tutaj usiłuje wydobyć je zza szafy komendanta policji. Tam zostaje zmuszony do wstąpienia do „Solidarności”, tutaj do Sejmu. W „Misiu” ma kochankę głupią jak but z lewej nogi, tutaj blond barbie również w pełni pasuje do schematu. I tu, i tam romansuje z żoną pułkownika Molibdena, który tutaj nie jest już ubekiem, lecz oficerem policji (ten sam Krzysztof Kowalewski, który w międzyczasie zwiększył swój wagomiar, co zresztą w filmie pokazano z okrutną dla widza bezpośredniością). Tych podobieństw można by wyliczyć dużo więcej, ale już tyle, ile wymieniłem, wystarczy, by sobie wyobrazić wtórność scenariusza.
Podobieństwo wykonania „Rysia” do „Misia” jest łudzące także dlatego, że to w ogromnym stopniu zlepek gagów, częstokroć w wykonaniu gwiazd aktorstwa (że wymienię tylko Grażynę Szapołowską w roli sprzątaczki) bądź młodego polskiego kabaretu (pojawili się reprezentanci nieistniejącego już świetnego „Potem”, „Kabaretu Moralnego Niepokoju” czy robiącego furorę w reklamach telefonów komórkowych „Mumia”), w którym fabuła kompletnie znika (jeśli w ogóle istniała, bo mam poważne podejrzenia, że jednak nie; może coś by mi rozjaśniła lektura książki opartej na „Rysiu” pióra Tyma, ale dwa razy w ciula to ja się zrobić nie pozwolę). Ocena poziomu prezentowanego tam dowcipu to oczywiście pochodna gustu, więc tutaj opinie mogą być – i są – bardzo różne. W trakcie premierowego seansu, na który się wybrałem, słyszałem widzów dosłownie spazmujących. Dla mnie to było – z wyłączeniem dwóch czy trzech scen – pasmo niebywale trudnego do zniesienia prostactwa i żenady, erupcji humoru łudząco przypominającego to, co prezentuje dziś Szymon Majewski czy seriale w rodzaju „Daleko od noszy” – coś, co nawet z dużą dozą dobrej woli trudno uznać za zaliczkę na dowcip.
…a także chęć ucieczki z kina za pomocą dowolnego środka transportu.
…a także chęć ucieczki z kina za pomocą dowolnego środka transportu.
Uznawszy, że humoru w żadnym, choćby minimalnym stopniu nie mogę uznać za motor tego filmu, naturalna wydawała się próba dojrzenia czegoś ciekawego w ukazanej tam Polsce i Polakach. No i się dowiedziałem, że kibole, którzy demolują nam stadiony i wymagają specjalnych policyjnych eskort, to w gruncie rzeczy kompletne głąby, groteskowo zaprzęgające patriotyczne symbole do prymitywnej ekspresji swoich emocji. Szkolne wypracowanie wybełkotane z sejmowej mównicy w zasadzie wystarcza do tego, by porwać ludzi i wzbudzić ich gorący entuzjazm (to, co w „Nikodemie Dyzmie” świetnie chwyciło, tutaj dało chyba najbardziej naciąganą sekwencję filmu). Mafie, jedne z największych zagrożeń dla każdego państwa, nie tylko takiego po przejściach, jak Polska, tutaj okazują się być organizacjami kierowanymi przez postacie groteskowe (jakiegoś durnowatego, otyłego babsztyla czy przesiadującego na basenowej wieży suchotnika z poetyckimi inklinacjami), zaś cynglami realizującymi zlecenia odstrzału niewygodnych, przeszkadzających w interesach ludzi są w „Rysiu” wystrojone niczym szpiedzy w Krainie Deszczowców tatuśki. Jedyną godną obśmiania telewizją – inna sprawa, że zasłużenie – okazuje się „Telewizja Trwam” sparodiowana jako „Telewizja Witraż”.
Tym celnie wydrwił trudne do zniesienia – powiedzmy wprost – pieprzenie polityków przed kamerami, opowiadanie najrozmaitszych dyrdymałów, które stanowią, zdaje się, górny pułap intelektualnych możliwości większości z nich, w paru miejscach trafił kpinami z bezmyślności (jak choćby w próbnym alarmie w banku), ale to tylko nieliczne przebłyski w całym morzu scen zupełnie żenujących (ot, choćby przyjęcie w domu komendanta, w którym Ryś jest zagrzewany do bycia kandydatem na prezydenta). Przerysowanie, jako technika pozwalająca obśmiać pewne rzeczy, wymaga wyczucia i subtelności, by należycie spełnić swą rolę. Jeśli ktoś przesadzi, robi się z tego rzecz zupełnie tandetna. Zresztą, co tu dużo gadać, robi się z tego „Ryś”. I jest to chyba jedna z niewielu zalet, jakie w tym filmie dostrzegam – odtąd, by móc stwierdzić, że ktoś spartolił coś tak, że niewiele pozostaje po nim do posprzątania, będzie można krótko, zwięźle i treściwie skonstatować: „Stary, aleś machnął Rysia!”
• • •
Pozostaje zakończyć niniejszy tekst trzykrotnym „niestety”. Niestety, dzisiaj znakomita większość komedii stawia sobie za cel dotrzeć nie do widza, lecz do gawiedzi, i wzbudzić w niej nie śmiech, lecz rechot. Niestety, „Ryś” nie tylko nie uniknął pójścia tą koleiną, lecz wręcz idealnie się w nią wpasował. Niestety, poszedłem na ten film do kina i zmarnowałem trzy godziny cennego czasu – jeśli wliczyć przejazdy w obie strony. Czwartego „niestety” chyba bym nie zdzierżył. Zaprawdę, śpiewający bez jąkania Rywiński, obustronnie rozwijająca się gospodarka, transmitaż, odwrócona tęcza, dojrzała uroda Anny Korcz, wreszcie upływ czasu, który trochę zatarł mi w pamięci wspomnienie wielu bezdennie głupich gagów wyczerpują listę powodów, dla których nie sięgnąłem po ocenę najniższą.
A było naprawdę blisko. Na grubość lakieru.
koniec
5 marca 2007

Komentarze

18 III 2020   14:37:22

Ryś to mniej niż zero.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Klasyka kina radzieckiego: „Kto boi się śmierci…”
Sebastian Chosiński

8 IV 2020

Zastanawiam się, czy dzisiaj – gdy w konstytucji mamy wpisany zakaz propagowania ustroju komunistycznego (jako przejawu totalitaryzmu) – mógłby zostać zaprezentowany w telewizji jeden z najsłynniejszych powojennych obrazów Julija Rajzmana. Przedstawia on przecież mit o „dobrym komuniście” – człowieku prostym, ale uczciwym, niewykształconym, lecz marzącym o świetlanej przyszłości chłopów i robotników. W Polsce Ludowej wyświetlano go pod tytułem „Niezłomny”…

więcej »

Zaraza, odc. 5: Boże, czemu nas opuściłeś?
Marcin Mroziuk

7 IV 2020

W piątym odcinku „Zarazy” na pierwszy plan wybija się wreszcie Valerio Huertas, którego czekają teraz wyjątkowo trudne chwile, ale na znaczeniu zyskuje też Luis de Zúñiga, a ponadto sporo emocji dostarcza nam dochodzenie prowadzone przez Mateo. Widzowie z pewnością więc nie będą narzekać na nudę.

więcej »

Spiesz się powoli!
Sebastian Chosiński

6 IV 2020

Brian De Palma nikomu już nic nie musi udowadniać. Ma już niemal osiemdziesiąt lat na karku i nakręcił wystarczająco dużo arcydzieł, aby zajmować poczesne miejsce w panteonie najwybitniejszych reżyserów XX wieku. Właśnie, XX, bo w XXI radzi już sobie znacznie gorzej. Oparty na scenariuszu Norwega Pettera Skavlana thriller „Domino” nie pozwala, niestety, zmienić tego zdania.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż autora

Piosenki Wojciecha Młynarskiego
— Przemysław Ciura, Wojciech Gołąbowski, Adam Kordaś, Marcin T.P. Łuczyński, Konrad Wągrowski

Wracaj, gdy masz do czego
— Marcin T.P. Łuczyński

Scenarzysta bez Wergiliusza
— Marcin T.P. Łuczyński

Psia tęsknota
— Marcin T.P. Łuczyński

Dym/nie-dym i polarne niedźwiedzie na tropikalnej wyspie
— Konrad Wągrowski, Jędrzej Burszta, Marcin T.P. Łuczyński, Karol Kućmierz

Zagraj to jeszcze raz, odtwarzaczu…
— Marcin T.P. Łuczyński

Panie Stanisławie, Mrogi Drożku!
— Marcin T.P. Łuczyński

Towarzyszka nudziarka
— Marcin T.P. Łuczyński

Tom Niedosięgacz
— Marcin T.P. Łuczyński

Filiżanki w zlewie
— Marcin T.P. Łuczyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.