Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Joel Coen, Ethan Coen
‹Człowiek, którego nie było›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCzłowiek, którego nie było
Tytuł oryginalnyThe Man Who Wasn’t There
Dystrybutor Vision
Data premiery4 stycznia 2002
ReżyseriaJoel Coen, Ethan Coen
ZdjęciaRoger Deakins
Scenariusz
ObsadaScarlett Johansson, Tony Shalhoub, Frances McDormand, Billy Bob Thornton, Michael Badalucco, James Gandolfini, Katherine Borowitz, Jon Polito, Richard Jenkins
MuzykaCarter Burwell
Rok produkcji2001
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania116 min
WWW
Gatunekdramat, komedia, kryminał
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Dużo pod powierzchnią
[Joel Coen, Ethan Coen „Człowiek, którego nie było” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
"Człowiek, którego nie było" to kolejny powrót braci Coen do krajobrazu filmu noir. Po hołdzie składanym Dashiellowi Hammettowi i Raymondowi Chandlerowi przyszła pora na trzeciego mistrza czarnego kryminału, Jamesa M. Caina, sytuującego swoje opowieści nie w ciemnawych biurach prywatnych detektywów, czy wśród gangsterów, a raczej w domowych pieleszach, czyli wśród amatorów w świecie zbrodni. Tak jak poprzednio, Coenowie zdołali jednocześnie wpasować się w ramy gatunku i przewrócić jego założenia do góry nogami.

Michał Chaciński

Dużo pod powierzchnią
[Joel Coen, Ethan Coen „Człowiek, którego nie było” - recenzja]

"Człowiek, którego nie było" to kolejny powrót braci Coen do krajobrazu filmu noir. Po hołdzie składanym Dashiellowi Hammettowi i Raymondowi Chandlerowi przyszła pora na trzeciego mistrza czarnego kryminału, Jamesa M. Caina, sytuującego swoje opowieści nie w ciemnawych biurach prywatnych detektywów, czy wśród gangsterów, a raczej w domowych pieleszach, czyli wśród amatorów w świecie zbrodni. Tak jak poprzednio, Coenowie zdołali jednocześnie wpasować się w ramy gatunku i przewrócić jego założenia do góry nogami.

Joel Coen, Ethan Coen
‹Człowiek, którego nie było›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCzłowiek, którego nie było
Tytuł oryginalnyThe Man Who Wasn’t There
Dystrybutor Vision
Data premiery4 stycznia 2002
ReżyseriaJoel Coen, Ethan Coen
ZdjęciaRoger Deakins
Scenariusz
ObsadaScarlett Johansson, Tony Shalhoub, Frances McDormand, Billy Bob Thornton, Michael Badalucco, James Gandolfini, Katherine Borowitz, Jon Polito, Richard Jenkins
MuzykaCarter Burwell
Rok produkcji2001
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania116 min
WWW
Gatunekdramat, komedia, kryminał
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Bardzo dziwny zbieg okoliczności - dwóch spośród najciekawszych amerykańskich reżyserów, David Lynch i bracia Coen (którzy są jak wiadomo jedną osobą w dwóch ciałach), nakręciło równolegle dwa filmy pozornie nie mające ze sobą wiele wspólnego, a jednak przy dokładniejszym rzucie oka zdradzające mnóstwo podobieństw formalnych i stylistycznych. "Mulholland Drive" i "Człowieka, którego nie było" łączy niechęć do prezentacji liniowo pojętej fabuły, próba przekazania raczej krajobrazu emocjonalnego niż zwartej historii, enigmatyczne główne postacie, co do istnienia których można nawet mieć wątpliwości (przynajmniej w formie przedstawionej na ekranie) oraz... wyjątkowo meandryczna narracja. W moim odczuciu Coenowie wywiązali się z filmowego zadania lepiej i oryginalniej niż Lynch, ale może po prostu dlatego, że mieli nieco ułatwioną sytuację - odnosili się do pewnego nurtu kina, a nie jak Lynch, raczej do własnej twórczości.
"Człowiek, którego nie było" to kolejny powrót braci Coen do krajobrazu filmu noir. Po hołdzie składanym Dashiellowi Hammettowi i Raymondowi Chandlerowi przyszła pora na trzeciego mistrza czarnego kryminału, Jamesa M. Caina, sytuującego swoje opowieści nie w ciemnawych biurach prywatnych detektywów, czy wśród gangsterów, a raczej w domowych pieleszach, czyli wśród amatorów w świecie zbrodni. Tak jak poprzednio, Coenowie zdołali jednocześnie wpasować się w ramy gatunku i przewrócić jego założenia do góry nogami. Pominę w tekście kwestie oczywiste dla ich filmów - fenomenalne zdjęcia, świetną obsadę i wyjątkowe dialogi - i skoncentruję się na dwóch sprawach, które wydają mi się kluczowe - konstrukcji bohatera oraz zasadniczego dla filmu noir zagadnienia winy, kary i przypadku.
W czarnym kryminale jedną z najbardziej rozpoznawalnych grup głównych bohaterów są ci, którzy sami wplątują się w kłopoty, najczęściej z nadmiernych ambicji i głupoty napędzanej chciwością i/lub pożądaniem. Tymczasem Ed Crane w filmie Coenów od początku nie ma wątpliwości co do swojego miejsca w świecie - jest fryzjerem, strzyże ludzi, nie ma nic do powiedzenia. Nie zżera go ani nadmierna ambicja, ani wielkie plany. Żaden też z niego twardziel. Jest antytezą egoistycznych, paranoicznych i chciwych postaci zaludniających typowy film noir. W kinie sprzed pół wieku, czyli w złotym okresie noir, Crane byłby gdzieś w tle, jako instrumentalna dla akcji postać np. męża znudzonej nim femme fatale, która zdołała uwieść nadmiernie ambitnego bohatera i planuje morderstwo swojego małżonka choćby dla ubezpieczenia (dokładnie jak w "Podwójnym
Nowoczesne modele skrzypiec raczej nie zastąpią klasycznego kształtu.
ubezpieczeniu" autorstwa właśnie Jamesa M. Caina). U Coenów jest odwrotnie - Crane staje się główną postacią. Ogląda zdradę swojej żony bez zazdrości i bez nadmiernej pasji, czyli dwóch cech, które napędzały noir od samego początku (w związku z tym oczywiście to nie on postrada w filmie życie z powodu romansu z femme fatale). Ot, postanawia po prostu upiec przy tym swoją pieczeń. Jeśli jedną z kluczowych cech bohaterów noir jest konieczność dokonywania w pewnym momencie wyboru, w którym stawką może być życie bohatera, Crane sprawia wrażenie postaci całkowicie pozbawionej tej typowej dla noir desperackiej chęci przeżycia - przyjmie wszystko co się wydarzy, bez większego narzekania. Stoicki noir to dla mnie nowość.
Nowoczesne modele skrzypiec raczej nie zastąpią klasycznego kształtu.
Nowoczesne modele skrzypiec raczej nie zastąpią klasycznego kształtu.
Idąc dalej, Crane jest też postacią całkowicie statyczną, znowu wbrew głównym bohaterom czarnego kryminału, którzy aktywnie zmagają się w nierównej walce z przeznaczeniem. Billy Bob Thornton gra tę rolę znakomicie, prezentując bez przerwy mieszankę niedowierzania i osłupienia. Tak jakby Crane nie podejmował decyzji, a jedynie obserwował ze zdziwieniem ich konsekwencje. Wydaje się, że nawet własne działania są dla niego zaskakujące. W filmie jest tylko jeden moment, w którym bohater okazuje determinację i zdaje się wreszcie być czegoś absolutnie pewnym - mowa o wątku edukacji młodej pianistki. Oczywiście okaże się, że właśnie w tym przypadku bohater mylił się bardziej niż w jakiejkolwiek innej kwestii w tej historii. Coenowie dużo ryzykowali stawiając w centrum filmu postać tak enigmatyczną i mało ekspresyjną, toteż kolejny raz skorzystali z jednego ze swoich ulubionych chwytów stylistycznych - narracji zza kadru (moim zdaniem dziwnie poruszającej na jakimś ludzkim poziomie, dzięki świetnie kontrolowanej intonacji Thorntona). Widz patrzy na rozwój sytuacji oczami bohatera, i z jednej strony łatwiej mu zaakceptować zachowanie Crane′a, ale z drugiej strony elementy zaskakujące dla bohatera pozostają równie zaskakujące dla widza. Choćby werdykt nauczyciela fortepianu dotyczący talentu dziewczyny - przy prezentacji "obiektywnej" najprawdopodobniej zorientowalibyśmy się od razu, że dziewczyna nie umie grać; jednak sytuację prezentuje nam ze swoich wspomnień sam Crane, dla którego oczywiste było, że skoro odpoczywał przy tej muzyce, to dziewczyna musiała grać pięknie. Równie ciekawą kwestią jest zresztą sam wizerunek młodej pianistki - historię opowiada nam Crane, któremu wydawała się po prostu niewinnym dziewczęciem i stąd tak wielkim zaskoczeniem dla niego i automatycznie dla widza jest jej gest w samochodzie. Znowu daliśmy się nabrać subiektywnej wizji prezentowanej sprytnie przez Coenów. Najwyraźniej dziewczyna nie była takim niewiniątkiem, jak zdawało się Crane′owi. Tyle, że o ile Crane może kolejny raz okazać swoje osłupienie i zaskoczenie sytuacją, której nie rozumie do końca, widz powinien już w tym momencie zdawać sobie sprawę, że dał się podejść twórcom filmu i "kupił" subiektywny sposób prezentacji oczami postaci, której nie należy wierzyć. Ten subiektywny sposób prezentacji pozwala w rzeczywistości kwestionować w filmie praktycznie wszystko - od przebiegu wydarzeń, przez autentyzm rysunku postaci (np. kto widział kiedykolwiek w filmie tak współczujących detektywów policyjnych?), po samo ich istnienie (patrz oczywista sugestia w tytule filmu, wsparta faktem, że Crane sprawia wielokrotnie wrażenie jakby był duchem).
Hmm dziwne, Joel miał rację. W damskich majtkach czuję się na planie znacznie pewniej.
Hmm dziwne, Joel miał rację. W damskich majtkach czuję się na planie znacznie pewniej.
Jeszcze ciekawiej rozegrano w filmie kwestię winy, kary i przypadku. Wina, kara i przypadek w świecie czarnego kryminału to materiał na pracę doktorską, więc praktycznie każde uproszczenie tematu będzie krzywdzące. Niemniej, dla potrzeb tej krótkiej recenzji myślę, że można uprościć temat następująco: w noir bohater próbuje wycisnąć sens z otaczającego chaosu, poruszając się w świecie, w którym normy moralne nie mają zastosowania; najważniejszymi siłami wszechświata są pieniądze i przypadek. Pieniądze pomińmy, bo to temat oczywisty. Natomiast przypadek odgrywa w noir rolę zasadniczą jako jeden z najważniejszych elementów mających wpływ na życie bohaterów. W bardziej romantycznym odłamie noir opowiadającym o "ostatnich sprawiedliwych", czyli prywatnych detektywach kierujących się jakimiś normami moralnymi, przypadek naprowadza często bohatera na trop pozwalający wyjaśnić sprawę. W nurcie czarnego kryminału opowiadającym o bohaterach łamiących prawo, planujących kradzież, morderstwo itp. przypadek niejako zastępuje skorumpowany i nieefektywny system prewencyjno-jurysdykcyjny (policja, sądy) - prędzej czy później doprowadza do niepowodzenia planu lub, już po jego realizacji, do demaskacji sprawców przestępstwa. Noir to przecież najczystsze filmowe wcielenie egzystencjalizmu, zatem nie może być inaczej - to przypadek decyduje o życiu i sukcesie. W "Człowieku, którego nie było" mamy opowieść pozbawioną świętych - każdy ma tutaj "coś za uszami". Jak przystało na czarny kryminał, każda z postaci zostaje w końcu ukarana, ale w zgrabnej przeróbce egzystencjalizmu z filmów noir, los karze trzy spośród czterech głównych postaci za cudzą zbrodnię. Czwarta osoba, przedsiębiorca grany przez Jamesa Gandolfiniego również ginie przypadkiem i niezasłużenie - ostatecznie odkrył przecież tylko nieuczciwy plan Crane′a - tu jednak można się już spierać, że bójka jest sytuacją drastyczniejszą (Crane zabił w samoobronie). Możemy wprawdzie powiedzieć, że każdy zasłużył tutaj na swój los, jednak nie da się ukryć, że z prawnego punktu widzenia bohater, jego żona i sprytny naciągacz (Jon Polito) giną niewinnie.
Mówią na mnie 'Gąsior'. Pan wie, co mam na myśli...
Mówią na mnie 'Gąsior'. Pan wie, co mam na myśli...
Kolejny raz mamy zatem tę sytuację, w której Coenowie w jakiś dziwny sposób zaprzeczyli standardom konwencji i jednocześnie wpisali się w sam jej środek. Mamy bohatera przeczącego konstrukcji postaci bohaterów noir - statycznego, apatycznego, pozbawionego ambicji. A jednak jest to postać klasyczna dla noir w swojej anty-bohaterskości i wyobcowaniu (Crane′a łączy zresztą z bohaterami pokroju Sama Spade′a również ten drobny gest ciągłego sięgania po papierosa - jeden z rytuałów noir, choć tutaj znowu jest on wyolbrzymiony prawie do poziomu żartu.) Mamy też świat, w którym przypadek decyduje o śmierci głównych postaci, ale choć każda z nich popełniła w filmie przestępstwo lub oszustwo, ostatecznie umierają za winy, których nie popełnili. Ale tym razem Coenom udało im się również coś więcej, niż tylko przewietrzenie konwencji gatunku. Oprócz wszystkich zabaw formalno-gatunkowych, "Człowiek, którego nie było" sprawia też wrażenie nienachalnie, mimochodem prezentowanej panoramy przełomu lat 40. i 50. W filmie roi się od drobiazgów, które perfekcyjnie definiują nastrój okresu - mamy amerykańskie przedmieścia, czyli ziemię obiecaną Levitta (człowiek odpowiedzialny za koncepcję zaludnienia przedmieść przez Amerykanów w latach 50. - w ciągu całej dekady praktycznie 3/4 domów budowanych w USA powstało w zaprojektowanych przez niego Levittowns), mamy podsycaną przez media paranoję najazdu kosmitów i zakulisowe działania rządu (co oznacza, że w tle krąży gdzieś obawa przed zagładą z rąk naukowców), mamy natychmiast zauważalne codzienne drobiazgi, takie choćby jak możliwość palenia papierosów w dowolnym miejscu publicznym, z czego skrzętnie korzysta w prawie każdej scenie bohater. Nawet amerykański plakat filmu znakomicie ujmuje styl, w jakim w latach 50. wykonywano plakaty filmowe (niestety, akurat ta wersja plakatu nie trafiła do Polski). Żaden z tych elementów nie ma znaczenia dla fabuły, ale wszystkie razem przydają filmowi wrażenia, że Coenowie nie chcieli nam tym razem pokazać samej tylko dziwnej historii oczami nie całkiem rozumiejącego ją bohatera - chcieli również zaprezentować krajobraz wycinka określonego czasu, tak jak postrzegał go tenże specyficzny bohater. Muszę przyznać, że obserwowanie tej panoramy historycznej sprawiło mi przyjemność nie mniejszą od przyglądania się fabule i konstrukcji filmu.
I jeszcze jeden mały drobiazg na marginesie - wśród krytyków i widzów analizujących twórczość braci Coen krąży drobny żarcik dotyczący realizacji ich filmów. Otóż w większości obrazów Coenów jedną z kluczowych ról w filmowym krajobrazie odgrywa jakiś okrągły lub kulisty przedmiot (często toczący się). Chronologicznie w kolejnych filmach od "Ścieżki strachu" są to: kapelusz, ludzka głowa, hula-hoop, brzuch bohaterki w ciąży, kula kręglarska i okrągłe opakowanie pomady do włosów. Coenowie pytani o znaczenie tych elementów udają zaskoczonych i wykręcają się od odpowiedzi, zatem bardzo możliwe, że nie poznamy nigdy kanonicznej wykładni tego symbolu. Możliwe też zresztą, że to kolejny drobiazg bez większego podtekstu, ot kolejny żart jakim Coenowie bawią się w filmach. Oczywiście w "Człowieku, którego nie było" również mamy ten element, nawet w dwóch wydaniach - latającego talerza i nawiązującej do niego frunącej felgi samochodowej. Interpretację każdy musi sobie ułożyć sam...
"Człowiek, którego nie było" to moim zdaniem jeden z najlepszych filmów braci Coen. Nie należy do kategorii filmów natychmiast zdobywających widza wciągającą fabułą, czy poruszającym wielkimi emocjami. Zmusza raczej do grzebania w źródłach gatunkowych i mechanizmach konstrukcyjnych postaci i fabuły. Widz, którego bawią tego typu dywagacje formalne, zapewne zareaguje na film Coenów bardzo dobrze. Widz niezainteresowany takim spojrzeniem może podczas seansu zdrowo zirytować się [komentarz mojej żony: "E tam, raczej pospać"] tym, że reżyser "pogrywa" z oczekiwaniami widowni, zamiast zwyczajnie opowiedzieć po prostu ciekawą historię. Mam wrażenie, że sami twórcy w typowo dla siebie subtelny sposób skomentowali ten fakt w filmie. W pewnym momencie główny bohater wspomina, że gdy narzeczona postanowiła wyjść za niego za mąż zaledwie po kilku tygodniach znajomości, zaskoczony tą szybką oceną jego osoby zapytał "Nie chcesz mnie bliżej poznać?" Odpowiedź była zdawkowa: "Po co, robi się ciekawiej?" Tak się składa, że w przypadku tego filmu owszem.
koniec
1 lutego 2002

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Klasyka kina radzieckiego: Diablęta, których boją się anarchiści
Sebastian Chosiński

18 IX 2019

Chyba mało kto spodziewał się, włącznie z samym reżyserem, że największym sukcesem komercyjnym Ormianina Edmonda Keosajana będzie sequel niemego awanturniczo-przygodowego obrazu o „czerwonych diablętach” – grupie nastolatków walczących w czasie wojny domowej w Rosji z „czarnymi” i „białymi”. Nowa wersja tej opowieści, nakręcona w 1966 roku, otrzymała miano „Nieuchwytnych mścicieli” i okazała się początkiem trylogii.

więcej »

East Side Story: Gdzie Rzym, gdzie Krym… a gdzie Władywostok
Sebastian Chosiński

15 IX 2019

Po ośmiu latach przerwy na ekrany telewizorów powrócił w dwóch pełnometrażowych filmach pułkownik Siergiej Michajłowicz Diedow – weteran chyba wszystkich wojen, w jakie zaangażowany był Związek Radziecki i Rosja od czasów interwencji w Afganistanie. I ponownie odpowiedzialny za jego „przygody” został Andriej Szczerbinin. Szkoda jedynie, że „Jeden za wszystkich” – czwarta odsłona serii „W stanie spoczynku” – tak bardzo odstaje poziomem od trzech wcześniejszych.

więcej »

Klasyka kina radzieckiego: Kilka gorzkich scen z życia nomenklatury
Sebastian Chosiński

11 IX 2019

To ostatni wielki film kultowego radzieckiego reżysera, który jak nikt inny – może oprócz Gruzina Gierogija Danieliji – potrafił jednocześnie rozśmieszać i wzruszać. Choć akurat w „Zapomnianej melodii na flet” znacznie więcej jest powodów do wzruszeń. Nie bez powodu, wszak w czasie pracy nad tym melodramatem Eldar Riazanow przeżywał poważne kłopoty zdrowotne i musiał leczyć się po udarze.

więcej »

Polecamy

Dom jak malowanie

Z filmu wyjęte:

Dom jak malowanie
— Jarosław Loretz

Po szkielecie poznasz ich
— Jarosław Loretz

Uwaga na glizdoludzi!
— Jarosław Loretz

Rozbrykana rogacizna
— Jarosław Loretz

Polska szkoła plakatu
— Jarosław Loretz

Dlaczego sypanie soli na drogi jest złym pomysłem
— Jarosław Loretz

Drzewa-zabójcy
— Jarosław Loretz

A w zaświatach tańce i swawole
— Jarosław Loretz

Dla chcącego nic trudnego
— Jarosław Loretz

Gdy mści się niechlujstwo
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Listopad 2017 (2)
— Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Co za dzień! Co za cudowny dzień!
— Piotr Dobry

Oswajanie melancholii
— Grzegorz Fortuna

Tom Chaney musi wisieć
— Konrad Wągrowski

Co nam w kinie gra: Wenecja i Poważny człowiek
— Esensja

Kot Schrödingera
— Karol Kućmierz

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (1)
— Jakub Gałka

Perfekcyjna niedoskonałość
— Jakub Gałka

Prowincjonalne ciasteczko, czyli bracia Coen trzymają poziom
— Łukasz Kustrzyński

Farsa z głową
— Michał Chaciński

Tegoż autora

„Ten film był dnem dna”, czyli historia ekranizacji prozy Stanisława Lema
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Krystian Fred, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Great Scott!
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Alicja Kuciel, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Strach siedzi w nas, czyli kino grozy pod lupą (2)
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Michał Kubalski, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Strach siedzi w nas, czyli kino grozy pod lupą (1)
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Michał Kubalski, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Dwóch samurajów
— Michał Chaciński

Quiz: Czy nadajesz się na producenta filmowego?
— Michał Chaciński

Kill Bill - czwórgłos
— Marta Bartnicka, Michał Chaciński, Anna Draniewicz, Konrad Wągrowski

Szara strefa moralności
— Michał Chaciński

Więcej czasu, mniej Apokalipsy
— Michał Chaciński

Dorastanie w drodze
— Michał Chaciński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.