Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Quentin Tarantino
‹Kill Bill: Vol. 1›

WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKill Bill: Vol. 1
Dystrybutor Monolith
Data premiery17 października 2003
ReżyseriaQuentin Tarantino
ZdjęciaRobert Richardson
Scenariusz
ObsadaUma Thurman, Daryl Hannah, Michael Madsen, Lucy Liu, Vivica A. Fox, David Carradine, Julie Dreyfus, Chiaki Kuriyama, Sonny Chiba
MuzykaRZA
Rok produkcji2003
Kraj produkcjiUSA
CyklKill Bill
Czas trwania111 min
WWW
Gatunekakcja
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Kill Bill - czwórgłos
[Quentin Tarantino „Kill Bill: Vol. 1” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Cztery głosy – cztery diametralnie różne opinie na temat „Kill Bill vol.1”. Zapoznajcie się z tym co do powiedzenia na temat najnowszego filmu Quentina Tarantino mają Anna Draniewicz, Marta Bartnicka, Michał Chaciński i Konrad Wągrowski.

Marta Bartnicka, Michał Chaciński, Anna Draniewicz, Konrad Wągrowski

Kill Bill - czwórgłos
[Quentin Tarantino „Kill Bill: Vol. 1” - recenzja]

Cztery głosy – cztery diametralnie różne opinie na temat „Kill Bill vol.1”. Zapoznajcie się z tym co do powiedzenia na temat najnowszego filmu Quentina Tarantino mają Anna Draniewicz, Marta Bartnicka, Michał Chaciński i Konrad Wągrowski.

Quentin Tarantino
‹Kill Bill: Vol. 1›

WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKill Bill: Vol. 1
Dystrybutor Monolith
Data premiery17 października 2003
ReżyseriaQuentin Tarantino
ZdjęciaRobert Richardson
Scenariusz
ObsadaUma Thurman, Daryl Hannah, Michael Madsen, Lucy Liu, Vivica A. Fox, David Carradine, Julie Dreyfus, Chiaki Kuriyama, Sonny Chiba
MuzykaRZA
Rok produkcji2003
Kraj produkcjiUSA
CyklKill Bill
Czas trwania111 min
WWW
Gatunekakcja
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
ANNA DRANIEWICZ
KILL BILL, czyli manifest feministyczny! [100%]
Jak doszło do tego, że Quentin Tarantino, sztandarowy twardziel Hollywoodu, został feministą? Zaczynał przecież od filmów, których co delikatniejsze panie nie są nawet w stanie oglądać! W trzech pierwszych obrazach Tarantino („Wściekłe psy”, „Pulp Fiction” i nowela „Mężczyzna z Hollywood” z „Czterech pokojów”) głównymi bohaterami byli mężczyźni. Aż do tytułowej „Jackie Brown”, kobiety odgrywały u niego role drugoplanowe. Teraz Quentin Tarantino, po 5 latach milczenia, zrobił swój kolejny film – mityczną opowieść o zemście nieugiętej wojowniczki. Do naszych kin wchodzi właśnie tom pierwszy dyptyku „Kill Bill”.
„Kill Bill” to straszny, a jednocześnie piękny, krwawy balet. Obrazy uwodzą swoim pięknem, mimo, że na ekranie krew sika litrami i walają się tam różne odcięte kończyny. Tarantino jest mistrzem w atrakcyjnym pokazywaniu przemocy. Poza tym potrafi wspaniale dobrać muzykę, która idealnie współgra z jego mistrzowsko sfilmowanymi jatkami. Ale te wszystkie siniaki, rany i blizny, to tylko symboliczne przedstawienie psychicznego bólu, jaki ci ludzie zadają sobie nawzajem. W ten sposób zobrazowano wewnętrzne męki, jakie trawią bohaterów.
W „Dawno temu w Meksyku”, najnowszym filmie Roberta Rodrigeza, przyjaciela Quentina Tarantino, główny bohater mści się na swoim wrogu, który zabił mu żonę i dziecko. Tutaj główną bohaterką jest kobieta, która mści się na ukochanym mężczyźnie za zdradę. Bezimienna Panna Młoda pragnie, by Bill zapłacił jej za ból, który jej zadał, zdradzając ją z trzema kobietami i zostawiając samą z dzieckiem, które jej potem odebrał. Panna Młoda planuje najpierw zemstę na swoich konkurentkach, a Billa zostawia sobie na deser. Nie znamy jeszcze końca tej historii, która powoli układa się przed naszymi oczami w spójną całość, trudno więc zgadnąć co dokładnie łączyło pannę młodą z Billem. Ale z jej strony musiało to być bardzo głębokie uczucie, skoro teraz przerodziło się w tak silną nienawiść.
Posądzenie Quentina o feminizm wynika zatem z faktu, że odwrócił w swoim filmie role płci. Konkurentki Panny Młodej to kobiety równie silne i niezależne jak ona. Są godnymi przeciwniczkami i nie łatwo je pokonać, ale nasza wojowniczka jest niezwyciężona, gdyż ma po swojej stronie sprawiedliwość. Kibicujemy jej cały czas, bo wiemy, że jej ofiary zasłużyły sobie na śmierć. Każdy z nas chciałby się czasem zemścić za krzywdy, które wyrządzili nam inni. Bohaterka filmu „Kill Bill” robi to za nas. Polecam ten film każdemu, bo każdy z nas chciał kiedyś, by osoba, która nas skrzywdziła, cierpiała równie mocno, jak my wtedy…
• • •
MARTA BARTNICKA
Gra w zabijanego [60%]
„Kill Bill” – recenzja emocjonalna z dedykacją dla Saddie i Zuzanki
Quentinowi Tarantino do reszty odjebało. Może od razu to wyjaśnijmy: jeśli komuś nie odpowiada takie słownictwo jak w poprzednim zdaniu, to niech dalej nie czyta. To jest bardzo, kurwa mać, emocjonalna recenzja, bo ten film wywołał u mnie cholernie mocne emocje. Negatywne.
O ile „Pulp Fiction” genialnie balansował na cienkiej linie między śmiechem a obrzydliwością, między dobrem a złem, między sztuką a kiczem, to „Kill Bill” zjebał się z liny na ryja w tę paskudną stronę. Walenie widza po oczach obcinanymi hurtowo kończynami i głowami, bryzgająca krew, mordobicie z przytupem – to wszystko wkurwia. Po prostu, na bardzo niskim poziomie, wkurwia. Nie wiem – może wieloletnie masturbowanie szarych komórek horrorami mogłoby tę reakcję przytępić, ale mnie przez cały film (i parę godzin po nim) adrenalina tryskała uszami.
I żeby to chociaż było w jakimś celu. „Kill Bill” nie ma tej co „Pulp Fiction” finezji konstrukcji ani tej co „Wściekłe psy” głębi, że się tak wyrażę, przekazu. Treściowo jest pierdoleniem o niczym, którego fabułę dałoby się streścić w dwóch zdaniach. Kompozycyjnie rozjebuje się w drugiej (urzygliwie długiej) sekwencji walki w japońskiej dyskotece: ręka, noga, mózg na ścianie – i tak 17 razy. Kurwa, nie – 117 razy. Widzowie nerwowo chichoczą, a ja się zastanawiam, czy jest na sali lekarz. Psychiatra.
Znajomi mangiści-animiści mówili, że jakoby nie jestem odpowiednio przygotowana do odbioru takiej SZTUKI. Że nie mam podstaw… Chuja tam podstaw. Kluczowe i (jakoby) głębokie nawiązania do wschodniej estetyki wyłapuje się naprawdę łatwo – i nawet przyjemnie: generyczny japoński puciu-puciu ogródeczek, „Bill” wypisane na szybie w sposób nawiązujący do sztuki kaligrafii, ′kawaii′ różowy kutasik przy samurajskim mieczu O-Ren Ishii. No i ta cała animowana wstawka, w której bohaterowie, jakżeby inaczej, zarzynają się, a jucha bluzga. Hm. Czy to, że Japończycy mają długą i piękną tradycję ohydnych historyjek obrazkowych, to już jest powód, żeby cipieć nad nimi z zachwytu? Nie wiem jak Państwo, ale ja nie cipieję.
Nie umiem jednakowoż powiedzieć, że pójście na „Kill Bill” to stracony czas i pieniądze. Uma Thurman i Lucy Liu grają rewelacyjnie. Japońskie klimaty chwilami dają oczom miło odpocząć. Ujęła mnie nawet pierdolnięta nastolatka z morgensternem (Chiaki Kuriyama, niezła rólka) czy marny koniec zboczonego jebaki Bucka (Michael Bowen). No i muzyka jest wyjebista.
I tak sobie myślę, że jeśli ktoś lubi w kinie grę w zabijanego, to niech to ogląda tak właśnie – z ofiarami pełzającymi w kałużach krwi, z obciętą głową toczącą się po stole. Tylko jeśli, kurwa, powiecie, że się Wam ten film P-O-D-O-B-A, to trzymajcie się ode mnie z daleka. Jesteście pojebani jak Tarantino.
• • •
MICHAŁ CHACIŃSKI
Mało udane naśladownictwo[ 50%]
„Kill Bill” to film inspirowany kinem B, ale przeznaczony dla ludzi, którzy kina B nie znają i w tym tkwi cały haczyk. Tarantino kopiuje tuziny cudzych pomysłów i jeśli ktoś nie zna pierwowzorów może pomylić mało udane naśladownictwo z oryginalnością. Dlaczego mało udane? Bo kto zna wpływy Tarantino, z miejsca zorientuje się, że w „Kill Bill” zabrakło najważniejszych elementów, jakich wcale nie brakuje w pierwowzorach „Kill Bill” – w kinie braci Shaw, Kinji Fukasaku, Takashi Miikego czy Seijuna Suzuki. Jest jatka, są nawalanki, są walki na miecze – zrealizowane z pasją i bardzo przyzwoite technicznie – ale nie ma powodu, żeby się nimi przejmować. Postacie są oczywiście stylowe, ale niestety jednowymiarowe – nic nie obchodzi mnie, co i dlaczego robią. Cały film sprawia wrażenie, jakby Tarantino skleił po prostu greatest hits swoich ulubionych kawałków kina B i miał nadzieję, że wyjdzie z tego film. Niestety, greatest hits działają zwykle świetnie jako zbiorki pojedynczych kawałków, ale nie tworzą sensownej całości – nie dają pojęcia ani o jakości poszczególnych albumów (jeśli mowa o składankach muzycznych), ani filmów (jeśli chodzi o zbiorki „najlepszych” scen). Do tego przy składankach preferowane są hity i rzeczy spektakularne – na subtelności nie ma miejsca. Tutaj jest podobnie – nie ma filmu, jest zbiór spektakularnych scenek. Jeden jedyny moment, w którym „Kill Bill” zmienia się na chwilę w coś poza błyskotkami to spotkanie z wytwórcą mieczy – nie bez powodu przez chwilę wraca w filmie zainteresowanie tym, kim są ci ludzie na ekranie (czytaj: znika nuda). To oczywiście również ukłon w stronę kina B (Sonny Chiba), ale w tym wypadku właśnie taki, który pozwala zbudować coś nowego – pokazać nowa postać, zainteresować nową historią.
Swoją drogą gdyby film był po prostu 90-minutową pokazówką nowych umiejętności technicznych Tarantino, oczywiście dałoby się to przełknąć. Tymczasem nawet same nawalanki zostały zmontowane tak, by ukryć brak umiejętności aktorów – na jedno cięcie mieczem przypada jedno cięcie montażowe. Przypomina to musicale z aktorami nie potrafiącymi tańczyć, gdzie co krok trzeba robić cięcie, by ukryć niezręczności (patrz: Renee Zellweger w „Chicago”). Wynik: nuda i rozczarowanie. A dodam, że miałem dotychczas Tarantino za mistrza inteligentnego pop-kina. Plusy: świetna sekwencja anime i dobra muzyka. Ale na to stać nawet naśladowców Tarantino – od niego samego oczekiwałem więcej.
„Kill Bill” zrobił jednak dobrą robotę w jednej kwestii – widzom niezainteresowanym kinem B pokazał, że tego typu produkcje mogą się im podobać. Krótko mówiąc zdemaskował kryptowielbicieli kina niszowego. Bo w końcu, jeśli podoba im się słabe naśladownictwo, powinni chyba jeszcze lepiej zareagować na oryginały? I cichcem liczę na to, że Tarantino tak właśnie zamierzał w pierwszej części, po czym w drugiej części pokaże, że nakręcił jednak film, a nie zbiorek własnych kopii najfajniejszych scen z lepszych filmów.
• • •
KONRAD WĄGROWSKI
Nie ściszać muzyki! [90%]
Jako naczelny, pozwalam sobie skorzystać z luksusu możliwości wypowiedzenia ostatniego słowa na temat „Kill Bill”. Dzięki temu do naszej dyskusji dorzucę 4 głos, zdanie odmienne od trzech wypowiedzianych do tej pory.
Miało być krwawo i jest krwawo. Ale oddajmy głos samemu reżyserowi: „Przecież, do cholery, to jest film Tarantino! Nie idzie się do na koncert Metalliki i karze skurwielom ściszyć muzykę!”. Natomiast osobiście dziwię się, że ktokolwiek mógł tą krew odbierać w sposób realistyczny. Może się nie znam na medycynie, czy anatomii, ale strugi krwi tryskające na kilka metrów w górę nie wyglądają na normalne zjawisko. Nie mówiąc już o tym, że taka np. Sophie Fatalne traci chyba z 10 litrów krwi, na ogólne około 6, które zapewne posiadała – i żyje. Nikt więc nie idzie na „Kill Bill”, aby zaspokajać swoje perwersyjne potrzeby – bo drastyczne sceny biją w oczy sztucznością i nieprawdziwością. A jeśli ktoś nie lubi krwi na ekranie? No cóż, przecież wiedział, że idzie na Tarantino. Odcinanie ucha, czy rozwalanie głowy w samochodzie nic mu nie sugerowało?
Ale nie ma w „Kill Bill” także żadnej głębi. To naprawdę kalki kina „B” z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Zabawa konwencją w dowcipny sposób – było tu miejsce nawet na makietę Tokio rodem z „Godzilli”, na (doskonałą) sekwencję anime, na klimatyczną scenę z wytwarzaniem miecza samurajskiego. I właśnie te kalki, nawiązania, czy żarty z oryginałów (scena z córeczką, katana przewożona w samolocie bez żadnych protestów) bawią. Nie jest to fascynacja okrucieństwem, to dokładnie ten sam rodzaj zabawy, jaką dają horrory „gore”. Nie każdego to bawić musi, ale przecież tego nie można za złe mieć reżyserowi. Nie chodzi się na koncerty Metalliki, aby kazać skurwielom ściszyć.
A propos muzyki – W „Kill Bill” jest znakomita. Tak uroczej wiązanki tematów z różnych lat, nawiązań do Morricone, disco lat 80-tych, motywów japońskich, country, bluesa dawno nie słyszałem. I to znowu są „graetest hits” – nie dają może pojęcia o całości pierwowzorów, ale słucha się tego doskonale.
koniec
1 listopada 2003

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Klasyka kina radzieckiego: Diablęta, których boją się anarchiści
Sebastian Chosiński

18 IX 2019

Chyba mało kto spodziewał się, włącznie z samym reżyserem, że największym sukcesem komercyjnym Ormianina Edmonda Keosajana będzie sequel niemego awanturniczo-przygodowego obrazu o „czerwonych diablętach” – grupie nastolatków walczących w czasie wojny domowej w Rosji z „czarnymi” i „białymi”. Nowa wersja tej opowieści, nakręcona w 1966 roku, otrzymała miano „Nieuchwytnych mścicieli” i okazała się początkiem trylogii.

więcej »

East Side Story: Gdzie Rzym, gdzie Krym… a gdzie Władywostok
Sebastian Chosiński

15 IX 2019

Po ośmiu latach przerwy na ekrany telewizorów powrócił w dwóch pełnometrażowych filmach pułkownik Siergiej Michajłowicz Diedow – weteran chyba wszystkich wojen, w jakie zaangażowany był Związek Radziecki i Rosja od czasów interwencji w Afganistanie. I ponownie odpowiedzialny za jego „przygody” został Andriej Szczerbinin. Szkoda jedynie, że „Jeden za wszystkich” – czwarta odsłona serii „W stanie spoczynku” – tak bardzo odstaje poziomem od trzech wcześniejszych.

więcej »

Klasyka kina radzieckiego: Kilka gorzkich scen z życia nomenklatury
Sebastian Chosiński

11 IX 2019

To ostatni wielki film kultowego radzieckiego reżysera, który jak nikt inny – może oprócz Gruzina Gierogija Danieliji – potrafił jednocześnie rozśmieszać i wzruszać. Choć akurat w „Zapomnianej melodii na flet” znacznie więcej jest powodów do wzruszeń. Nie bez powodu, wszak w czasie pracy nad tym melodramatem Eldar Riazanow przeżywał poważne kłopoty zdrowotne i musiał leczyć się po udarze.

więcej »

Polecamy

Dom jak malowanie

Z filmu wyjęte:

Dom jak malowanie
— Jarosław Loretz

Po szkielecie poznasz ich
— Jarosław Loretz

Uwaga na glizdoludzi!
— Jarosław Loretz

Rozbrykana rogacizna
— Jarosław Loretz

Polska szkoła plakatu
— Jarosław Loretz

Dlaczego sypanie soli na drogi jest złym pomysłem
— Jarosław Loretz

Drzewa-zabójcy
— Jarosław Loretz

A w zaświatach tańce i swawole
— Jarosław Loretz

Dla chcącego nic trudnego
— Jarosław Loretz

Gdy mści się niechlujstwo
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Tegoż twórcy

Szalone lata 60.
— Piotr Nyga

Jedyna taka mitologia
— Piotr Dobry

Esensja ogląda: Maj 2013 (3)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Jakub Gałka, Kamil Witek

Esensja ogląda: Maj 2013 (2)
— Miłosz Cybowski, Ewa Drab, Gabriel Krawczyk, Kamil Witek

Esensja ogląda: Luty 2013 (Kino)
— Miłosz Cybowski, Gabriel Krawczyk, Alicja Kuciel, Konrad Wągrowski

Wściekły pies
— Grzegorz Fortuna

Esensja ogląda: Styczeń 2013 (Kino)
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Piotr Dobry, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Alicja Kuciel, Beatrycze Nowicka, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Podoba mi się, jak kręcisz filmy, chłopcze
— Ewa Drab

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (10)
— Jakub Gałka

Daj się uwieść obliczu żydowskiej zemsty
— Konrad Wągrowski

Tegoż autora

Kochając Diego, nienawidząc Maradony
— Konrad Wągrowski

Najtrudniejsza decyzja
— Konrad Wągrowski

Ten dziwny przycisk „dojrzewanie”
— Konrad Wągrowski

Sympatyczny seryjny morderca
— Konrad Wągrowski

Finał poniżej oczekiwań
— Konrad Wągrowski

Inwazja ekojaszczurów
— Konrad Wągrowski

Kryminalny egzystencjalizm
— Konrad Wągrowski

900 metrów w pionie
— Konrad Wągrowski

Mam wiersz
— Konrad Wągrowski

Obiecaliśmy już wszystko. Czego jeszcze chcecie?
— Konrad Wągrowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.